Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1 2 3 4 5

#76 14-09-2018 o 12h26

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 671

....................................................................https://fontmeme.com/permalink/180914/d96945e634f6cab28a10e6a6234b0845.png

  Czy faktycznie chciała uzyskać odpowiedź na pytanie, które rozbrzmiewało w jej głowie nieustannie i którym zadręczała siebie i Noxa, bo tylko przy nim pozwalała sobie na odsłonięcie całej niechęci do Sol. Sama jej nie rozumiała, ale nie potrafiła inaczej okazywać swoich uczuć i tego, jak bardzo czuła się zraniona. Działało to na zasadzie instynktu obronnego i wcale nie przed Blondynką, bo ona sama nic złego jej nie zrobiła. Być może faktycznie była nieco irytująca, ale nie to uruchamiało lawinę nienawiści. Carine potrzebowała Shanea, bo tylko przy nim czuła się wartościowa dlatego, że mężczyzna o nią dbał i dzielenie się nim z kimkolwiek innym było dla niej nie do przyjęcia. Nie akceptowała tego iż spędza on znacznie więcej czasu ze swoim zastępcą, że ktoś lub coś może być ważniejszego od niej. Wampir jednak szybko zmienił temat, a Cari uznała to za swego rodzaju znak, by nie drążyć dłużej tego, co da nich obojga było trudne. Zmusiła się, by w każdym wypowiadanym zdaniu nie nawiązywać do Sol i nie obwieszczać światu, że lepiej by było, gdyby zniknęła. Duży wpływ na to miał sam Shane, który najwyraźniej dość już miał słuchania docinków na temat Wampirzycy, która była dla niego dość ważna, jak i dla całego Klanu. Polegał na niej, ufał jej i Bernadotte musiała wierzyć, że była to dobra decyzja, lepsza niż uczynienie jej istotnym członkiem społeczności.
  Dziewczyna westchnęła bezgłośnie i posłała lekki uśmiech Przywódcy, by ten wiedział, że wszystko jest między nimi dobrze, że wyjaśnili sobie choć część tego, co sieje zamęt między nimi. Kiedy Shane zaproponował kolejną grę, a raczej wyścig, przyjęła to z wielką radością, bo znowu miała okazję do odrobiny szaleństwa, którego tak bardzo jej brakowało i które sprawiało, że bycie wampirem było tak ekscytujące.
  - Oszukiwałeś! - odezwała się, gdy znaleźli się na dachu. Całe ich dziecięce zachowanie rozbawiło ją do tego stopnia, że nie potrafiła opanować śmiechu. Trudno będzie jutro wrócić do normalności, ale Carine postanowiła się tym nie przejmować, nie teraz gdy miała u swego boku ukochaną osobę.
  - Nie lubisz zdjęć, a ciągle szczerzysz się jak głupi do sera, kiedy fotoreporterzy pstrykają ci fotki na ściankach. Shane van den Heuvel, człowiek sukcesu, filantrop. Przekazał kolejny datek na cele dobroczynne. Dzieci w Afryce są wdzięczne. - Bernadotte wyrecytowała jeden z licznych artykułów, jaki pojawił się w prasie w przeciągu kilku miesięcy, okraszony kilkoma zdjęciami Wampira w eleganckim garniturze na jakimś bankiecie. Pokręciła głową i usiadła na podwyższonej krawędzi dachu, spoglądając na ludzi w dole, którzy bawili się beztrosko i nie zdawali sprawy, że wśród nich kręcą się krwiożercze istoty.
  - Właściwie, to powiedz mi, jak mają się sprawy klanu i jak przekonałeś tą Białą Wiedźmę, żeby nie próbowała mnie zabić? Mam na myśli Licentię, żeby była jasność. Mam nadzieję, że nie musiałeś poświęcić swojej czystości w zamian za moje bezpieczeństwo. Nie wybaczyłabym sobie - zerknęła na niego lekko się przy tym uśmiechając. Była ciekawa, co w trawie piszczy i jak idą poszukiwania tego, który sieje takie spustoszenie w całym mieście. Cari nie była dobra w poważne tematy, dlatego zawsze starała się rozmawiać tak, by jej słowa nie były pozbawione poczucia humoru. Nazwanie kogoś takiego, jak Shane dziewicą było już samo w sobie komiczne. Był to mężczyzna przystojny i niezwykle czarujący i bez wątpienia lubiący dobrą zabawę i inne uciechy cielesne.
  - Słyszałam, że w Harlem dwa dni temu doszło do dziwnego incydentu. Pożar strawił trzy domy, znaleziono dziewięć ofiar, ale bez dymu w płucach, czyli nie żyły już wcześniej i co więcej, kilka z nich miało rozszarpane gardło. Media powiadomiły o wybuchu gazu, ale jeden z policjantów jest zmiennokształtnym i często wpada do baru Ostatnia Przystań. Łazimy tam czasem z Noxem i byliśmy wczoraj po uroczym spotkaniu w magazynie. John, bo tak ma na imię policjant, jest bardzo wygadany, zwłaszcza kiedy masz cycki i krótkie szorty. Podpytałam go o to i o tamto i powiedział, że nigdy wcześniej nie widział czegoś takiego. Krew była wszędzie, jakby ktoś chlapał nią po prostu po ścianach. Myślisz, że to mógł być on? - zapytała, ściszając głos do szeptu, jakby bała się że ktoś może przysłuchiwać się ich rozmowie. Miała na myśli Wampira, którego szukają oba Klany i który podobno jest zagrożeniem dla wszystkich.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#77 14-09-2018 o 18h36

Straż Obsydianu
Valeriane
Żołnierz Straży
Valeriane
...
Wiadomości: 547

____________https://zapodaj.net/images/a7f3e41efa09c.png

        Tak już miałem, że lubiłem pakować się w niebezpieczne sytuacje, lubiłem prowokować i sama moja agresywna energia zdawała się wpływać na otoczenie. Dzisiaj, cóż, zdarzył się pierwszy wieczór od dawna, podczas którego wyjątkowo nie starałem się znaleźć żadnych kłopotów. Byłem zmęczony, rozdrażniony i nerwowy ze względu na wydarzenia ostatnich dni i tygodni. Chciałem odpocząć, odsunąć myśli od spraw ważnych na rzecz przyziemnych, prostych przyjemności. Napić się Bourbonu, a potem przejść do jakiegoś dania głównego podawanego prosto z tętnicy. Uwieść kobietę, zabawić się.
        I właśnie w taki wieczór problemy same znalazły mnie. Przyciągała uwagę – wyglądając jednocześnie jakby wcale się nie starała – od chwili, w której przekroczyła próg pomieszczenia. Nie tylko moich nadludzkich zmysłów, ale też zdecydowanej większości samców siedzących w obskurnym lokalu. Czuło się, że wchodzi ktoś, na kogo trzeba popatrzeć chociaż przelotnie. Trwało to tylko chwilę i większość zainteresowanych wróciła do swoich rozmów lub po prostu do samotnego picia, ale nie ja. Skupiłem na niej całą swoją uwagę, wykorzystując czas, w którym szła w moim kierunku, a następnie zamawiała sobie drinka na miejscu przy barze obok mnie.
        Stłumiłem ciężkie westchnięcie. Nie zamierzałem udawać przed sobą, że nie rozpaliła się we mnie iskierka zaciekawienia. A może cały płomień. Wątpliwe, że taki zbieg okoliczności był właśnie tylko tym. Spotkać się tutaj, w jednym z tysięcy takich samych podłych lokali w Chinatown podczas jednego z wielkich festynów... Mogła mnie śledzić? Byłoby to raczej upokarzające, bo znaczyłoby, że nie zwróciłem na to uwagi, nawet jeśli idąc ulicą pozwoliłem sobie na mniejszą czujność. I byłoby dziwne.
        Rozglądałem się przecież za ładną buzią.
        — Nicholas — przedstawiłem się krótko właściwie tylko przez wzgląd na wątpliwej jakości grzeczność, bo kobieta musiała mnie znać skoro zajmowałem honorowe miejsce u boku przywódczyni naszego klanu od dziesiątek lat.
          Inaczej sprawa się miała z Sol Hazelmere. Aż do teraz nie znałem nawet jej nazwiska, a i to, kiedy już go usłyszałem, nie mówiło mi zupełnie nic. Jej imię poznałem wcześniej, w drodze przekazywanych w klanie informacji i było dobrym, ironicznym żartem kogoś, kto go jej nadał. Już przy naszym pierwszym spotkaniu irytujące było to, jak mało o niej wiem, zupełnie jakby pojawiła się z innego wymiaru. A może to ja nie miałem czasu dowiedzieć się o niej więcej, cóż za rażące zaniedbanie. Zdałem sobie sprawę, że natychmiast zrobiłem się bardziej czujny, a plan rozrywki – przynajmniej we wcześniejszym jej pojmowaniu – musiał zostać odsunięty w czasie.
        Obróciłem szklankę w palcach, po czym znów przystawiłem ją do ust, tylko na moment przymykając oczy i starając się ułożyć jej wypowiedź w coś więcej, niż tylko prosty zlepek słów, grzeczności i czegoś na pograniczu wyzwania albo groźby. Jeszcze nie potrafiłem zdecydować, czy jest warta mojej uwagi i czasu, ale gdzieś w głębi czułem, że tak jest... Nawet jeśli nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
        — Coś ustalić? — prychnąłem cicho, mrużąc jednocześnie oczy i ponownie wbijając spojrzenie w twarz kobiety, prosto w źrenice. Nie zmieniłem pozycji; siedziałem przodem nie do lady, ale do niej i tylko jakoś zapomniałem, żeby wciąż obserwować drzwi. — Ty i ja, sami. Brzmi jak nielojalność albo wyjątkowo dobra oferta, którą chcesz mi przekazać w imieniu Shane’a tak, żeby na pewno trafiła do Licentii. Szkoda tylko, że mam wolny wieczór. Mam wrażenie, że mogłabyś mnie zaskoczyć — dodałem i ponownie podniosłem szklankę do ust.
        Wypiłem do dna to, co się w niej jeszcze znajdowało, wcale nie chcąc przed sobą udawać, że zrobiłem to tylko dlatego, że kobieta swoją porcję wypiła natychmiast. A ja przecież nie mogłem być gorszy.
        — Gęsta atmosfera powoduje, że prawe czuję, jak moje serce mocniej bije — podjąłem zupełnie nie w temacie, tym razem zatrzymując wzrok na pustej szklance, którą położyłem na ladzie i sugestywnie przesunąłem w stronę barmana. — Jeśli natomiast chodzi ci o miejsce... Może następne będzie bardziej odpowiednie — rzuciłem luźno, uśmiechając się po raz pierwszy od początku rozmowy. Niezbyt miło czy grzecznie.
        Poza tym, że lubiłem stwarzać problemy, przyjemność sprawiało mi droczenie się. Nawet, jeśli jego cena mogła być wysoka – bo co ja właściwie wiedziałem o tej kobiecie? Była tajemnicą, być może bolesną w skutkach, a jednak nie mogłem się powstrzymać. Właściwie... raczej nie chciałem tego robić.

Ostatnio zmieniony przez Valeriane (14-09-2018 o 18h41)


                                    t o   l o v e   i s   T O   D E S T R O Y
https://78.media.tumblr.com/5ecf2eb93f82154412a80dfd29b67f01/tumblr_p2eulo37G51w8mobyo9_400.gif https://78.media.tumblr.com/c536949fd44696685688d1a0b2da8a19/tumblr_p2eulo37G51w8mobyo5_400.gif
                                                                             t o   b e   l o v e d   i s   T O   B E   T H E   O N E   D E S T R O Y E D

Offline

#78 14-09-2018 o 22h20

Straż Lśniąca
Hidney
Zbieg Okoliczności
Hidney
...
Wiadomości: 2 814

________________________https://i.imgur.com/V0Wvctc.png
        Swój taniec rozpoczęła całkowicie solo. Stało się to wtedy, gdy weszła do baru, swobodnie ruszając w kierunku miejsca, które aktualnie zajmowała. Miejsca obok ciebie.
        Wiesz, chyba właśnie w taki sposób miało się to wszystko rozpocząć, Nicholasie – każdy z was, na wstępie osobno, potencjalnie wolny od podejmowania druzgoczących decyzji. Dzięki temu mieliście możliwość wystartowania z dokładnie takich samych pozycji.
        Jej taniec był ryzykowny, zuchwały, nagły, nieprzemyślany. Innymi słowy - bardzo na żywioł. Sol nie przepadała za działaniem w taki sposób. Zdecydowanie bardziej wolała planować, dokładnie obmyślać każdą, nawet najdrobniejszą sekundę swych przyszłych czynów. Tym razem jednak było inaczej – ryzyko podjęła już w momencie przekroczenia progu tego lokalu, wówczas, gdy siłą rzeczy zaczęła kierować się w twoją stronę, w myślach powtarzając sobie, że nade wszystko powinna umieć zrealizować się jako zastępca i nie zawieźć swego przywódcy. Oczywiście, że znała twoje imię i nazwisko. Fakt, iż mogła ci się osobiście przedstawić, był tylko kolejnym krokiem stawianym w jej brawurowym tańcu, w który już niedługo miała zamiar porwać również ciebie.
        Wysłuchała twoich wypowiedzi w milczeniu. Już na samym wstępie wyczuła, że postanowiłeś balansować na niebezpiecznej granicy tej gry zupełnie tak samo, jak i ona. Uśmiechnęła się delikatnie. Nagle uderzyła w nią świadomość tego, jak bardzo byliście do siebie podobni – w pewien sposób charakterni, a jednocześnie cholernie wierni. Silni i zaniepokojeni. Zadręczający się od środka, a przy tym niezwykle pewni siebie.
        Pozwoliła twoim wargom poruszać się w rytm wypowiadanych przez ciebie słów. Kulturalnie czekała, aż do samego końca. I wyszłaby na najuprzejmiejszego rozmówcę na świecie, gdyby nie fakt, że umyślnie, świadomie i z premedytacją przez cały ten czas ostentacyjnie przyglądała się twoim ustom. Ani na moment nie oderwała wzroku od tego fragmentu twej twarzy, nawet nie próbując powstrzymać wciąż tego samego, delikatnego uśmiechu rozjaśniającego jej oblicze. Doskonale bawiła się ze świadomością, że dzięki podobnemu zachowaniu zyska na czasie, a oprócz tego, być może, sprowadzi twe myśli na całkowicie inne tory. 
        To była kolejna z jej umyślnych zagrywek – ruch, który sprawił, że zaczęła prowadzić cię w tańcu.
        W końcu przeniosła spojrzenie w twe oczy i nagle uświadomiła sobie, jak bardzo uderzały w nią swą intensywnością. Nie mogła jednak oprzeć się wrażeniu, jakoby jakakolwiek próba zajrzenia weń nieco głębiej, kończyła się wyłącznie nieruchomym odbiciem jej samej w ich głębokiej, niebieskiej tafli. Przez moment wywołało to w jej wnętrzu lekkie ukłucie niepokoju, lecz postarała się o szybkie wyeliminowanie tej drażliwej myśli ze swojej głowy.
         Gdy ostatecznie oderwała spojrzenie od twojej twarzy, ponownie opróżniła szklankę jednym haustem, odstawiając ją z lekkim stuknięciem na blat. Wciąż nie eliminowała z oblicza delikatnego, dość nieokreślonego uśmiechu.
        Ostentacyjnie przedłużyła ciszę, jaka na chwilę zapadła między wami, przez chwilę spoglądając gdzieś przed siebie. W końcu oparła się podeszwą lewego buta o nogę barowego krzesła, swobodnie przerzucając ciężar ciała na ramiona, które aktualnie spoczywały na blacie baru. W tym momencie do jej uszu dobiegł odgłos odpalanej maszyny grającej. Na moment odwróciła się w stronę urządzenia.
        - Hm, faktycznie. Inne miejsce mogłoby być nieco bardziej odpowiednie. Przynajmniej do tańca. Mam ochotę zatańczyć, ale śmiem twierdzić, że balansowanie pośrodku tego lokalu mogłoby wydać się co najmniej dziwne dla reszty naszego towarzystwa. Lubisz tańczyć? To całkiem dobra rzecz, gdy ma się wolny wieczór. Tak, jak ty.
        Skinęła barmanowi, by po chwili, ponownie jednym haustem, całkowicie wyeliminować zawartość alkoholu ze swojej szklanki. Na Boga, właśnie zaproponowała taniec zastępcy wrogiego klanu. To był wystarczający powód, aby pić zdecydowanie więcej.
        - Więc dokonajmy wreszcie tych ustaleń – lubisz tańczyć czy nie?
        Lekko uniosła jedną brew, odstawiając puste naczynie na blat. Barman łypnął na nią podejrzliwie, co jednak starała się ignorować.
        ”I'm a man of many tricks and tools and joy
        With a battery of guilt on which to poise”.


https://i.imgur.com/0M56l9G.gif https://i.imgur.com/NUS4v5Y.gif
I    A M    A L W A Y S    B Y    Y O U R    S I D E

Offline

#79 15-09-2018 o 01h08

Straż Obsydianu
Taneshja
Straż na szkoleniu
Taneshja
...
Wiadomości: 213

https://fontmeme.com/permalink/180806/bda81a943f3bdd2d82d44c0fd2aa205f.png

Wybuch był głośny, a fala uderzeniowa trafiła wampira, odrzucając go metr w tył. Upadł jak długi na ziemi, w uszach mu szumiało, a on, przez ledwie sekundę, nie wiedział gdzie się znajduje ani jak się nazywa. Pozostawał tylko dogłębny szok, potem sytuacja przybrała bardziej naturalny obrót. Zielono-niebieskie obserwowały jak budynek był zajmowany przez języki ognia, a niektóre jego części odrywają się od słabej konstrukcji i upadają na ziemie. Ten widok mu się spodobał. Jeżeli miał znieść palenie żywcem to tylko po to, aby widzieć prawdziwe dzieło sztuki, którym był obraz palącego się budynku.
   -Przywódco zastanów się nad moimi słowami- powiedział, poprawiając spodnie, które w wielu miejscach były nadpalone.- A ja zdobędę informacje o zagrożeniu. Na razie podejdę do tego pacyfistycznie, więc nie musisz się martwić o żadne trupy ze strony Creighton, a na pewno nie z mojej winy. Jak chcą się wyrżnąć to tylko nam przyjdzie  plusem- dodał, mówiąc ostatnie słowa bardziej do siebie niż do jasnowłosej wampirzycy stojącej obok.
   Oddalił się bez zbędnych słów z miejsca ludzkiej tragedii straconych żyć i udał się do najlepiej znanego sobie miejsca- domu. Szedł powoli, trzymając się ubocza, lasów i każdego ciemnego zakątka. Był pół nagi, a twarz pokrywała gruba warstwa kurzu, dymu i krwi. Nie modlił się o cud, że dojdzie niezauważony do mieszkania, po prostu na siebie uważał.
   W oddali słyszał syreny radiowozów oraz ciche echo krzyków funkcjonariuszy. Pokierszowane wozy, oderwane tablice rejestracyjne- to wszystko pozostało na miejscu zbrodni i żaden wampir nie zatroszczył się o bezpieczeństwo innych. Policja raz dwa odkryje do kogo należały pojazdy, w szczególności jeżeli chodzi o tych bogatszych, a potem rozpoczną się przesłuchania. Był to dobry obrót spraw. Na miejscu zbrodni była również jego krew, choć czy można było powiedzieć, że wampir posiada swoją posokę? Jego krew była mieszanką wszystkich grup i czynników, nie było najmniejszej szansy, aby ktoś jego posadził o cokolwiek. Zbyt wiele niepewności, za mało faktów. Przez lata nikt nie dał mu chociaż jednego zarzutu związanego z morderstwem (a miał całkiem sporo żyć na sumieniu), więc i tym razem nie było inaczej.
   Gdzieś w połowie drogi Patrick ściągnął z siebie resztę ubrań i wyrzucił je do najbliższej rzeki, zostawiając sobie telefon zabitego członka FBI i klucze do mieszkania. Już nie raz przychodził zupełnie nagi do bloku i teraz, gdy policja zajmowała się sprawą wybuchu i jatki, nikt nie powinien go zatrzymywać.
   Do mieszkania wszedł bez problemów. Nawet sąsiadka, która wychodziła do pracy, nie powiedziała słowa, widząc Woodville'a takiego jakim go natura stworzyła. Otworzyła szeroko oczy, wydała z siebie stłumiony pisk i zamknęła się za drzwiami swojego mieszkania.
   Położył na komodzie telefon, tuż obok swojego, i poszedł do łazienki z zamiarem umycia się.
   Łazienka była mała i szara. Jeden prysznic z zasłoną, umywalka, na której stał szampon do włosów, mydło i szczoteczka do zębów. Mężczyzna wziął mydło i włączył prysznic, zmywając z ciała brud.
   Nie minęło dwadzieścia minut, a mokry siedział na kanapie, owinięty w sam szlafrok, przeglądał gazetę, która pożyczył od sąsiadki obok. Panny Suzy Dreamer, bo tak nazywała się kobieta z mieszkania obok, była młodą, średnio atrakcyjną osobą o pofarbowanych na platynowy blond włosach i ciemnych oczach. Woodville nie lubił z nią rozmawiać, ale reszty sąsiadów nienawidził bardziej, więc pozostawała mu tylko Suzy, gdy potrzebował zastrzyku informacji.
   Wzrok leniwie jeździł po stronach gazety, powolnie przyswajając treść w nim zawartą. Poza stekiem bzdur, reklam o tabletkach odchudzających i jazgocie mieszkańców na kłęby unoszącego się smogu, znalazła się jedna strona, która zainteresowała Patricka. Wampir dokładnie przyjrzał się artykułowi i z uśmiechem czytał o niedawnym morderstwie, które miało miejsc w Brooklynie w stacji metra „ocean parkway”. Szybko jednak stracił zainteresowanie sprawą, gdy przeczytał o bójce mężczyzn i poszukiwaniach łysek człowiek a z tatuażem na twarzy. Przewrócił oczami.
   Odłożył gazetę na bok, od razu biorąc ze stolika mały nóż. Przyglądał się kuchennemu ostrzu przez chwilę, a potem wbił je w swoją rękę. Zgiął się w pół, sycząc głośno i przyciągając dłoń do piersi. Cholera, pomyślał, wystawiając przed siebie rękę, myślałem, że jestem bardziej odporny na ból. Z cichym jękiem wyjął nóż i odłożył na stolik. Patrzył jak rana zasklepia się mozolnie. Od razu poczuł silne ukłucie w głowie, powolnie przeradzające się w migrenę.
    Potrzebujesz krwi.
    Wstał z fotela i szybkim krokiem udał się do kuchni. Wyjął z jednej z szafek piwo i wypił je jednym haustem. Pożywił miał się dopiero wieczorem, teraz musiał zatuszować swój głód. Czekał go kolejny dzień bez snu i poszukiwanie zagrożenia dla obydwu klanów. Jeżeli inni potrzebował gadać o pierdoła, sprzeczać się i brnąć w błędne koło, proszę bardzo, droga wolna, pobłogosławiona i pilnowana specjalnie przez Patricka. Woodville był wampirem czynu, a nie pustego słowa.
   Zgniótł puszkę w ręce, podrzucił ją parę razy, a potem wyrzucił do kosza. Wrócił do salonu i położył się na kanapie, odrzucając gazetę na bok. Poprawił szlafrok, bardziej odsłaniając pierś i wygiął się w tył. Ziewnął głośno.
   Prześpij się.
   Był zmęczony. Nowe wrażenia emocjonalne ani widok śmierci od dawna nie wpływał na niego, a tym bardziej na sen, którego tak naprawdę nie potrzebował. Lubił uczucie powolnego odpływania, podobnie jak sny, w których często przewijały się elementy przeszłości wymieszane z urywkami współczesnych scen. Podłożył pod głowę ręce, ułożył się wygodnie i spróbował zasnąć. Będąc pomiędzy jawą a snem miał niejasne przebłyski z minionego dnia. Wybuch, samopodpalenie, zebranie i… rachunki.
   Brak pieniędzy. Ta myśl nasunęła mu się od razu, skutecznie go rozbudzając.
   -Cholera- mruknął, przecierając dłonią twarz. Musiał jak najszybciej znaleźć pracę. Jeżeli wyrzucą go z mieszkania za niepłacenie czynszu ni będzie mógł skutecznie poszukiwać zagrożenia dla swojego klanu. A jeśli podejmie stałą pracę będzie zmuszony znosić ludzkie towarzystwo oraz radzić sobie z brakiem czasu.
   Nie bez powodu zrezygnował z pracy. Dzielenie obowiązków w klanie i w pracy były dla niego nierealne, a jemu przede wszystkim zależało na hierarchii i aby znaleźć się w niej jak najwyżej.
   Wstał, zakładając ręce za głowę i spoglądając w górę na sufit. W czym on był dobry? Tortury w tych czasach były nieopłacalne, kaci wyszli z mody jeszcze w XX wieku, a bycie płatnym zabójcą były zbyt czasochłonne i nudne. Potrzebował czegoś co zapewni mu szybki zarobek, zalążki czegoś, co mógł nazwać adrenaliną i atrakcje choćby na parę minut.
   W przeszłości podejmował się wielu zawodów; niszczenia wrogów królewskich, pozbywania się dzikich dzieci, bijatykami, handlem nielegalnymi towarami, zabijaniem wampirów i ludzi na zlecenie czy byciem nauczycielem na stażu, zajmującym się nauką samoobrony. Niejedno w życiu robił i jeszcze wiele rzeczy zrobi, lecz teraz musiał skupić się na ważniejszych sprawach- pieniądzach i klanie.
   Westchnął ciężko, siadając na kanapie. Gdyby tylko miał do kogo zadzwonić…
   Jose.
   Imię przyszło mu niespodziewanie, lecz od razu się uśmiechnął z chytrym uśmiechem patrząc na telefon. Jego właśnie potrzebował. Wybrał numer, czekając aż odbierze. Kontakt z Josem urwał mu się ponad cztery lata wcześniej, ale to on był jego drogą do pieniędzy, furtką do świata, jaki uwielbiał.
   -Ty psisynu!- usłyszał po drugiej stronie słuchawki.- Jak ja cię, k**** mać, dostanę to normalnie nogi, zęby i palca wyrwę. Tego dwudziestego pierwszego palca oczywiście!
   -Jose organizujesz dzisiaj walki?- spytał bez ogródków, ziewając głośno.
   -Śmiesz się o to pytać!? Przez cztery lata się nie odzywałeś, cztery lata! Ja jakaś dobra wróżka czy ortodonta jestem, że można mnie tyle ignorować!?
   Sięgnął po gazetę, z lekkim uśmiechem wsłuchując się w kwaśne zdania wampira po drugiej stronie. Wystarczyło, aby przeczekał parę chwil i już mógł wyciągnąć informację o Jose'a. Był on prostym osobnikiem, który zawsze przekładał osobisty gniew i porachunki na zysk.
   -Potrzebuję pieniędzy. Oddam ci połowę z moich wygranych jeżeli do wieczoru zorganizujesz mi walkę i ziółka, które zmniejszają wampirzą regeneracje- zaproponował, otwierając papier na przypadkowej stronie.
   -Pieniędzy, phi! Dobre sobie. A może mogłeś się odezwać w tamtym roku, gdy wampirze stado mnie goniło jak kaczkę po łące?
   -Najlepiej byś podał mi informacje od razu.
   -K**** czy ci uszy odrąbali, czy co?! Ja się nie zgadzam na to. Kuźwa, Woodville, ja ci wyglądam jak darmowy kret na informacje? 
   -Siedemdziesiąt procent- odparł Patrick niewzruszony słowami Josema. Zbyt często powtarzał ten schemat, aby nie poznać sposobu funkcjonowania ponad dwustuletniego wampira koreańsko-chińskiego pochodzenia.
   Milczenie po drugiej stronie słuchawki przeciągało się długimi sekundami przemieszanymi ze wściekłymi sapnięciami i warknięciami. Patrick czekał, od niechcenia przeglądając gazetę i licząc, że niebawem Azjata z amerykańskim obywatelstwem się odezwie, podając mu dokładne dane.
   -Dziewięćdziesiąt procent- powiedział wreszcie wampir- Jeżeli spróbujesz się chociaż targować to specjalnie przeprowadzę na tobie wiwisekcję, a potem, k**** rzesz jego mać, wyciągnę ci wszystkie flaki, jasne?
   Rudowłosy uśmiechnął się lekko. Właśnie na taką odpowiedź liczył.
   -Kiedy i gdzie?
   -Naprzeciwko posterunku policji na ulicy Elżbiety o dziewiętnastej.

*********


Przebrany w same bokserki stanął na ringu, unosząc do góry obandażowane pięści. Uśmiechnął się chytrze, patrząc na ciemnowłosego przeciwnika, którego mięśnie wyraźnie rysowały się na ramionach. W tle słyszał dopigujące przeciwnika odgłosy oraz donośny śmiech.
   -Jaki chuderlawy!- Nie zaprzeczył, podchodząc do jednego z krańców kwadratu. Pochylił się do lekko do przodu, aby idealnie widzieć widownie. Rechotali w głos, wrzeszczeli jak wariaci, wykrzykując coraz do brutalniejsze pomysły na skatowanie rudego.
   -To rudy, na pewno przegra!
    Ludzie wystawiali ręce na ring, przepychali się między sobą, aby mieć jak najlepszy widok, a ci co ważniejsi siedzieli na podwyższeniach z chciwością obserwując ring i jego zawodników.
   Bez żadnego sygnału, gdy jego przeciwnik zaatakował, podskakując do góry i stopami uderzając do w podbrzusze. Tłum ryknął uradowany, a ciemnowłosy ponownie zaatakował Patricka, który ledwo zdążył się podnieść. Wymierzył prawy sierpowy w twarz, a po chwili odgłos pękającej kości wymieszał się z kolejnym okrzykiem. Przy kolejnym ciosie krew polała się z nosa i ust Wooville'a, a siła uderzenia popchała go jeden z krańców ringu. Ludzie złapali go za nagie części ciała, przytrzymując, aby ciemnowłosy mógł wymierzyć kolejny spektakularny cios.
    Minęła sekunda zanim mężczyzna wyprowadził kolejny cios pięścią uderzając w podbródek. Głowa poleciała bezwładnie do góry, a czerwona ciecz skapnęła na ludzi, którzy wrzasnęli głośno.
   Pojedynek wydawał się być z góry przesądzony- rudowłosy mężczyzna przegrał walkę nie wyprowadzając ani jednego uderzenia. Woodville miał się stać synonimem porażki i słabości, a ludzie jednogłośnie dopingowali najsilniejszego, wytykając palcami wampira. Oprócz bólu czuł wszystkie spojrzenia, ale głosy były niezrozumiałe. Szumiało mu w głowie, lecz była to tylko sekunda.
    Wampir nie mógł przegrać z człowiekiem, to była odwieczna zasada rządząca światem, a Patrick trzymał się jej skrupulatnie, dając człowiekowi chwilę sławy, a ludziom oczekiwanej krwi.
    Pięść przecięła powietrze, lecz nie dotarła do celu. Szybkim ruchem rudowłosy przesunął się w bok, wyrywając się z uścisku ludzi. Bokser uderzył jednego z widzów, a Woodwille jego. Wyprowadził szybko cios w plecy, a potem w kolana. Powalił przeciwnika na ziemie, stopą stając na kroczę mężczyzny. Odwrócił głowę w stronę tłumu, czekając na ich sugestie, bo w walce nie było nic bardziej emocjonalnego niż rozlew krwi i możliwość wyboru.
   Ciemnowłosy złapał Woodville'a za tors, ciągnąc za sutki na ziemie, idealnie wykorzystując moment rozkojarzenia. Krew znów prysnęła, tłum wrzasnął, inni podbili cenę zakładów, a mężczyzna kolanem wymierzył kolejny cios, nie wahając się nawet chwili.
   Patrick splunął krwią wymieszaną ze śliną prosto w twarz przeciwnika, a potem wbił obydwa łokcie w obojczyki. Złapał w ręce twarz ciemnowłosego, znacząc ją szmaragdowymi rankami.
   Kolejny cios w brzuch odrzucił go do tyłu. Sapnął głośno, od razu zagryzając usta, aby kolejne dźwięki nie odpuściły jego gardła.
   Skoczył na równe nogi, odbijając się od podłoża. Jego ciało zatrzęsło się z wysiłku, a uśmiech wykwitł na twarzy, odznaczając na żółtawych zębach czerwoną krew. Ruszył na przeciwnika, którego pot błyskał w słabym świetle. Mężczyzna również pobiegł na niego, odciągając prawe ramię do tyłu i szykując się do kolejnego uderzania.
   Twarze odkształciły się, kolejne kości zostały połamane, a mężczyzn powaliło na ziemie.
    Kiedy ciemnowłosy podnosił się, sięgając po kastet ukryty w bokserkach, Woodville znalazł się nad nim, wymierzając potężny kułak w twarz. Mężczyzna nie zdążył się obronić, gdy wampirza pięść uderzyła do w kość potyliczną, a potem w ucho, pozbawiając go jej fragmentu.
   Ludzie krzyczeli w akompaniamencie ciosów Patricka. Wampir wymierzył jeszcze dwa uderzenia, skutecznie oszałamiając mężczyznę, a potem, niespodziewanie dla wszystkich, ugryzł go publicznie, specjalnie wysuwając kły. Nie połknął nawet kropli krwi, wypluwając wszystko, co miał w ustach na twarz przeciwnika, a potem wstał, stwierdzając że ciemnowłosy jest nieprzytomny.
   Przecierając jedną z pięści, nadepnął na łydkę ciemnowłosego, łapiąc ją jednym szybszym ruchem. Biała kość błysnęła razem z krwią, od razu tworząc niewielką kałużę wokół przeciwnika.
   Jakiś człowiek wszedł na scenę, podbiegając do poszkodowanego, a Woodville zszedł z ringu, odpychając od siebie ludzi. Uśmiech poszerzał mu się z minuty na minutę, a gdy znalazł się przy Jose szczerzył się jak głupi do sera, ścierając jeszcze nie zaschniętą krew.
   -Jesteś, k****, debilem. Nawet moja babcia czy p******** studnia lepiej by to od ciebie rozegrała.
   Azjata ściągnął ze sobą brwi, żywo gestykulując i plując. Ciemne włosy z białymi paskami poruszały się energicznie, a rękę zdobił tatuaż smoka.
   -Ile dostaję?
   -Dostaniesz hajs w kopercie. Jak nie umiesz liczyć to jesteś ciota i tyle. A teraz powiedź mi, do jasnej cholery czemu tyle przeciągałeś te walkę? Mogłeś uderzyć raz, a dobrze. Nie rozumiem kogoś takiego jak ty.
   Patrick przysiadł się tuż obok niego, zajmując wygodny satynowy fotel.
   -Jeszcze jakieś zażalenia czy może porozmawiamy o czymś innym? Bardziej, no nie wiem, interesującym? Może o walkach, krwi, wampirach?
   Czuł się pełen energii po wygranej walce, a to był dopiero jego kolejnego początek kariery bokserskiej.
   

Szukaniem błędów i poprawianiem teksów zajmę się później

Offline

#80 15-09-2018 o 21h23

Straż Absyntu
Chocolate
Żołnierz Straży
Chocolate
...
Wiadomości: 558

________________https://zapodaj.net/images/81a4c660702ec.png

        Korzystanie ze swoich mocy było przyjemne, zwłaszcza w taki sposób, kiedy nikomu nie stała się niepotrzebna krzywda. Człowiek nie byłby w stanie wspiąć się na ten gzyms, na którym postawiłem przed chwilą stopę. Zwykła osoba nie obdarzona wampirzą siłą i prędkością nie mogłaby odbić się do tyłu, wylądować na przeciwległej ścianie, balansując przez ułamek sekundy na balustradzie. Co prawda, gdyby jej poręcz była śliska, nawet ja mógłbym zaliczyć bolesny upadek. Teraz poważne sprawy i troski nie były mi w głowie. Owszem, cały czas trzymały się na granicy świadomości, utrzymując moje zachowanie na swojej żelaznej smyczy, z której obiecałem sobie nigdy już nie uciec.
        W pełnym pędzie odbiłem się od kolejnego balkonu i zmusiłem mięśnie do jeszcze bardziej wytężonego wysiłku, jednocześnie traktując to jak swojego rodzaju taniec. Płynne ruchy, znajoma sekwencja, jeden po drugim, chociaż nigdy wcześniej nie wykonywana w tym miejscu. Kątem oka cały czas widziałem, jak Carine zwinnie pokonuje drogę na szczyt i faktycznie znalazłem się na półmetrowej attyce otaczającej płaski dach odrobinę później niż ona. Wyprostowałem się dumnie, balansując na szerokiej na kilkadziesiąt centymetrów blaszanej obróbce ścianki, a później, nie schodząc na bezpieczną płaszczyznę dachu, jak to zrobiła dziewczyna, ruszyłem w kierunku ściany szczytowej budynku, która skierowana była na ulicę główną. Z tej wysokości łatwo można było dostrzec, jak nieregularna jest zabudowa w tej części Manhattanu, chociaż budynek nie należał do najwyższych w okolicy. Wsunąłem dłoń do kieszeni spodni, stając na krawędzi, a później popatrzyłem w dół.
        Upadek byłby bolesny. Ale nawet z tą świadomością zostałem na swoim miejscu. Zatrzymałem się dopiero, kiedy Carine usiadła przede mną, blokując dalszą drogę.
        — To coś innego — powiedziałem, unosząc lekko brwi. Z dołu emanował wielobarwny blask świateł i lampionów, rzucał blask na profil wampirzycy. — Muszę dbać o wizerunek, o swoją nienaganną reputację. Rozumiesz… Jestem człowiekiem panującym nad tą częścią miasta — wyjaśniłem, a chociaż mówiłem poważnie, to na moich ustach pojawił się kpiący uśmiech. Dla niej zawsze będę tą samą osobą. Nie istotą z odległego świata bogaczy i wpływowych ludzi, którzy posiadali władzę większą, niż powinna mieć na raz jedna osoba. Nie tym van den Heuvel’em, którego wizerunek wszyscy znają z gazet i wiadomości.
        Zeskoczyłem z attyki, lądując miękko na powierzchni dachu, a później gestem poprosiłem, żeby szła dalej za mną. Kiedy po metalowej drabince przymocowanej do wyższej ściany przylegającego budynku wspięliśmy się o dwa piętra wyżej, w końcu zabrałem głos ponownie.
        — Tak naprawdę wątpię, żeby Licentia planowała się ciebie pozbyć, ale nie rozmawiałem z nią… Tak naprawdę, to nie rozmawialiśmy ze sobą od wielu setek lat. A na spotkaniu tego stanu rzeczy również nie udało się zmienić. Ona w zaparte idzie swoim tokiem rozumowania i jeży się tak szybko, jak widzi mnie na horyzoncie. — Zamyśliłem się po tych słowach, nie przerywając powolnego spaceru. Kiedy zaczęliśmy się zbliżać do kolejnej przecznicy, przyspieszyłem kroku, a później przeskoczyłem dystans kilku metrów pomiędzy budynkami w wampirzym tempie jednym susem. Wyprostowawszy się popatrzyłem ponad ulicą pełną ludzi na Carine, która jeszcze była po drugiej jej stronie. — Może ktoś inny się za tobą wstawił? Moja czystość zostaje nieskazitelnie biała. Zatrzymuję ją sobie do ślubu, dla specjalnej osoby.
        Naprowadzenie rozmowy na ten temat nieszczególnie był mi teraz na rękę. Zwłaszcza, że na ciemnym horyzoncie, na którym rozciągała się jasna łuna światła pojawiły się pierwsze rozbłyski fajerwerków i towarzyszyły im nasilające się dźwięku wybuchów. Pozwoliłem sobie na zobojętniały wyraz twarzy i spojrzałem w tamtym kierunku.
        Jak dużo czasu naprawdę mamy? Przez ten cały czas nie zbliżyłem się do rozwiązania problemu nawet o krok. Nadal tak samo, jak wcześniej, nowo przemieniony wampir siał zamęt, panikę pośród naszej społeczności i naturalną konsekwencją tego było ograniczenie zaufania ścisłych kręgów mniejszości etnicznych zamieszkujących Nowy Jork. Azjatyckie wampiry często były ostrożne, ale od kiedy pojawiły się pogłoski o zagrożeniu naszego gatunku rozmowy z nimi stały się jeszcze trudniejsze. Czy stałem na krawędzi wewnętrznego rozłamu? Teraz jak nigdy bardziej musiałem zostać tą niezłomną ikoną, wspaniałym przywódcą. Odsunąć na bok własne wątpliwości, własne uczucia. Własne życie. Zrobić to dla dobra większości. Mogłem się zdobyć na takie poświęcenie. Umiałem to zrobić.
        Właśnie tak było zawsze.
        Zacisnąłem lekko dłoń w pięść i machnąłem dłonią na Carine, skinąwszy głową w kierunku, gdzie na przestronnym dziedzińcu w powietrzu pojawiły się pierwsze, misternie wykonane z papieru smoki, podświetlane wewnętrznym światłem unosiły się majestatycznie w powietrzu. Gdyby przymknąć oczy, można by było uznać je za zupełnie realne, a ich światło zlewało się ze światłem pochodni i lampionów, tworząc zaskakującą, piękną kompozycję. Tak… Ludzie wiedzieli, jak zamknąć piękno w niekonwencjonalne ramy. Jak zadziwiające to było, że udawało im się dokonać tak wiele w zaledwie jednym krótkim, kruchym życiu?
        W końcu uniosłem lekko kąciki ust i oparłem dłonie na ściance otaczającej zewnętrzną krawędź dachu, pochylając się przy tym do przodu.
        — Jestem pewny, że to był on. Robi się coraz bardziej śmiały, zostawia coraz więcej poszlak… Jest niebezpieczny dla nas, jest niebezpieczny dla ludzi. Carine… Ja… — zawiesiłem głos, żeby przyjrzeć się jej uważnie, moje spojrzenie było ciężkie. Byłem o tym przekonany. — Nie wiem, co robić. Jeszcze nie wiem, czy jest jakieś wyjście z tego kąta, w który nas zapędził. Żyję tyle setek lat, ale to uczucie jest nowe. Ta bezradność.
        Westchnąłem, czując coś na kształt ulgi, kiedy te słowa opadły między nami. Już nie były tylko moim ciężarem. Teraz Carine również była nim obarczona i nawet nie była to taka zła świadomość, jak mi się wydawało. W porządku jest czasem się kruszyć. Złamać, upaść, być przygniecionym przez coś większego. Przynajmniej tak długo, jak obok jest ktoś, kto jest gotowy zobaczyć, że za fasadą silnej osobowości kryje się coś o wiele bardziej zniszczonego.


https://zapodaj.net/images/b869639902b41.gif https://i.pinimg.com/originals/44/f0/05/44f005e107eebe8905ec8c1b9c49a8bf.gif https://zapodaj.net/images/0660ea069980d.gif

Online

#81 15-09-2018 o 22h24

Straż Obsydianu
Valeriane
Żołnierz Straży
Valeriane
...
Wiadomości: 547

____________https://zapodaj.net/images/a7f3e41efa09c.png

        Co za irytujący zwyczaj już zdążyłem wyłapać u wampirzycy stojącej na tym samym stanowisku co ja we wrogim klanie. Już drugi raz to robiła – wyglądała, jakby wszystko miała w głębokim poważaniu i jakby w ogóle nie się nie starała, kiedy tak sprawnie przejmowała panowanie nad sytuacją, nad tą rozmową i spotkaniem, które sama zainicjowała… A może i którego miejsce wcześniej wybrała. Ignorując mnie dominowała, a ja nie lubiłem, kiedy to ktoś robił w stosunku do mnie. Uśmiechała się, ale nie w sposób, który mógłby podpowiedzieć cokolwiek. Zacisnąłem zęby tak, że moja szczęka wyraźniej się zarysowała w kiepskim świetle tandetnej jarzeniówki zawieszonej nad barem. W przedłużającym się milczeniu wisiało coś złowrogiego. Jakbyśmy podświadomie badali, kto stoi na stabilniejszym gruncie. Rodzaj niewypowiedzialnej rywalizacji.
        A może tylko ja to czułem. Przewrażliwiony, zmęczony, niewyspany i głodny.
        W ostatnim póki co skutecznie pomogła na nowo wypełniona do jednej czwartej szklanka, której spód przypuszczalnie nie wydział płynu do naczyń, tak się lepiła do blatu. Kobieta narzuciła naprawdę szybkie tempo, a ja, oczywiście, nie zamierzałem odpuścić, jednocześnie zdając sobie sprawę, że to wcale nie musi być gra.
        Prawie ponownie prychnąłem, kiedy wreszcie zdecydowała się odpowiedzieć.
        Zauważyłem też, jak łatwo i wielokrotnie łączy mnie i siebie w „nas”. Tak tylko miała, chciała coś przez to osiągnąć czy celowo starała się mnie zirytować? Pewnie wiedziała, że do tego celu nie potrzeba wcale wielkich i wyszukanych środków. Mistrzem opanowania nigdy nie byłem i nie miałem szans pretendować po ten tytuł w przyszłości.
        Mimo wszystko, w tej chwili, w tej propozycji było coś tak irracjonalnie interesującego. Alkohol pity przez dwóch wysoko postawionych przedstawicieli wrogich klanów w pozornym spokoju przy jednym barze. Zaproponowany taniec między stolikami w tanim chińskim barze, gdzie barman łypał spod byka w naszym kierunku częściej, niż należałoby to uznać za przypadek. Podejrzana swoboda, której nie dało się wyczuć na co dzień między dwoma wampirami z różnych rodzin, a pod nią napięcie szarpiące za nerwy. Nie zapomniałem, kim była, a skutecznie pomagało mi w tym wspomnienie jej poprzednika. Sol Hazelmere, chociaż ładniej od niego opakowana, wciąż była przedstawicielem tego, czym gardziłem. Biurokracja. Dyplomacja. Spiskowanie. Okowy i kajdany wiążące do ziemi nas, dzieci nocy, które powinny brać od tego świata wszystko, co im się należało, wyszarpać to w razie konieczności spomiędzy martwych ramion ludzkości.
        Może z tego powodu powinienem zastanowić się dwa razy, co byłoby najlepszym rozwiązaniem w tej chwili i jak powinienem jej odpowiedzieć, nie dając się wciągnąć w pułapkę. Niestety, nie miałem tego w zwyczaju.
        — Lubię — odpowiedziałem i zdałem sobie sprawę, że niekontrolowany, niebezpieczny uśmiech rozciąga się na moich wargach. — Cholernie lubię — powtórzyłem bardziej zdecydowanie, teraz dopiero znów podnosząc do ust trzymaną w dłoni szklankę i przepijając te słowa szybko nieco gorzkim, pieczącym w przełyku trunkiem. — To dziwne, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że tylko połowa sytuacji jest w rękach jednej ze strony w tańcu. — A jednak cała osoba, z którą się tańczy. Nie powiedziałem tego na głos. Na usta cisnęło mi się jeszcze więcej słów, a każde z nich powstrzymałem; nie zamierzałem zdradzić więcej, niż to konieczne do zabawy.
        A to przecież miałem zamiar zrobić; zabawić się, a przy okazji czegoś dowiedzieć. Taki był plan, choć nieprzemyślany, nieułożony, raczej chaotyczny, co mogło postawić mnie na przegranej pozycji już na początku. Skusić los, wykorzystać okazję. Sprawdzić osobę, z którą w przyszłości może jeszcze przyjdzie nam zawrzeć sojusz – choć po pracy, wciąż myślałem o obowiązkach względem Licentii.
        Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że myślałem tylko o tym.
        — Skoro zapraszasz, a taka okazja może się już nie powtórzyć, szkoda byłoby ją teraz przegapić — powiedziałem jeszcze, dopiłem resztę alkoholu znajdującego się w szklance, po czym wreszcie ruszyłem się z pozycji, w której zastygłem do tej pory.
        Muzyka była dziwnie porywająca, choć płynęła z urządzenia w tragicznym stanie. Hipnotyzowała. Jej słowa pojawiały się gdzieś w mojej świadomości, osobno, nie tworząc sprecyzowanej całości. Ale to nie miało znaczenia w chwili, w której stanąłem na ziemi przed stołkami barowymi i wyciągnąłem dłoń do wampirzycy. Zupełnie nie przeszkadzało mi w tym wszystkim to, że reszta ludzi siedziała tylko niemrawo przy stolikach ani że sceneria daleka była od romantycznej – w końcu to i tak nie miało takiego znaczenia.
        Chciała tańczyć, ale przecież nie tylko w dosłownym tego słowa znaczeniu.
        — Ustalmy, czy potrafimy się dopasować.


                                    t o   l o v e   i s   T O   D E S T R O Y
https://78.media.tumblr.com/5ecf2eb93f82154412a80dfd29b67f01/tumblr_p2eulo37G51w8mobyo9_400.gif https://78.media.tumblr.com/c536949fd44696685688d1a0b2da8a19/tumblr_p2eulo37G51w8mobyo5_400.gif
                                                                             t o   b e   l o v e d   i s   T O   B E   T H E   O N E   D E S T R O Y E D

Offline

#82 16-09-2018 o 15h10

Straż Lśniąca
Hidney
Zbieg Okoliczności
Hidney
...
Wiadomości: 2 814

________________________https://i.imgur.com/V0Wvctc.png
        Rytm utworu nadganiał jej tętno, wtórując coraz to szybszemu biciu serca, rozruszanego przez niedawne napojenie się, a teraz jedynie wzmocnionemu dzięki fali emocji zalewającej jej ciało. Otoczenie nagle całkowicie przestało mieć znaczenie; przykryła je grubą płachtą obojętności, przestając poświęcać mu swój cenny czas. Teraz już nie mogła uciekać spojrzeniem, tworzyć długich, irytujących pauz, wbijając wzrok w przeciwległą ścianę przy jednoczesnym popijaniu alkoholu - teraz co innego znalazło się w centrum. On i te jego cholerne, przeraźliwie intensywne, niebieskie oczy. 
        Gdy ścisnęła jego dłoń, delikatny uśmiech wciąż nie znikał z jej twarzy. Za pomocą wyczulonego zmysłu dotyku spróbowała wyczuć jego puls, sprawdzić, jak intensywny był – dzięki temu stosunkowo łatwo było stwierdzić, jak dawno spożywał ostatni posiłek, czego świadomość z kolei stanowiłaby kolejną kartę przetargową w ich dzisiejszym pojedynku. Nie wyczuła jednak żadnych drastycznych znamion. Automatycznie przed jej oczami stanęła fiolka świeżo zapełnionej krwi, którą trzymała w wewnętrznej kieszeni kurtki.
        Powoli podniosła się z miejsca, postawiła krok w jego kierunku i splotła ze sobą ich palce. Lekko, jakby przypadkowo, przesunęła opuszkami po fakturze jego skóry, utrwalając ją w pamięci. W końcu oboje zaczęli kołysać się w rytm muzyki.
        - Och, jesteś tak cholernie oczywisty. Czy wy już naprawdę nie potraficie się zwyczajnie bawić? Przecież byłoby nudno, gdyby jedna strona kontrolowała całą sytuację. Osobiście wolę pewien element zaskoczenia – mruknęła, usłyszawszy jego wypowiedź. To nie tak, że podchodziła do niej w sposób lekceważący, choć takie z pewnością mogła pozostawić po sobie wrażenie; w rzeczywistości było wręcz przeciwnie. Słowa zastępcy były dla niej jak swoisty radar. Wręcz biło od nich wyraźnie nakreślonym stosunkiem mężczyzny do sytuacji, który, oczywiście, nie odpowiadał jej zbytnio. Ech. Zdecydowanie wolałaby, aby było łatwiej.
         Dla Shane’a, powtórzyła w myślach po raz pięćdziesiąty.
        - Ha, widzisz. Taniec polega na współpracy. Myślę, że współpraca potrafi być o wiele zabawniejsza, niż wyłączne przejmowanie kontroli. Tylko spójrz na nas. Jak myślisz, co myślą o nas w tej chwili wszyscy ci ludzie? „N******* w cztery d***” to jedno, fakt. Ale jestem pewna, że jest to również coś w stylu: „Ale oni ładnie razem ze sobą wyglądają”. I nie mówię tego wyłącznie ze względu na narcyzm, choć to w pewnej mierze też.
        Nagle przysunęła się blisko, zdecydowanie za blisko, opierając brodę o ramię mężczyzny. Część kosmyków jej włosów zdołała delikatnie połaskotać go w szyję, kiedy skierowała swe kolejne słowa wprost do jego odsłoniętego ucha.
        - Myślę, że to, czy jesteśmy dopasowani, zdołaliśmy już ustalić. Teraz już na pewno nie będziesz mógł mnie odrzucić. To byłoby nieco dziwne, zważywszy na fakt, że wszyscy się na nas patrzą, choć udają, że tego nie robią. Swoją drogą, ładnie pachniesz.
        Muzyka grała dalej. Jej serce biło dalej. Jej emocje dalej dawały się we znaki, a umysł dalej rozpaczliwie krzyczał, chcąc wreszcie otrzymać możliwość podania jakiegokolwiek racjonalnego rozwiązania tej sytuacji.
        - Lubię z tobą współpracować. Pozwól mi to kontynuować – szepnęła w końcu, czując, jak napięcie w pomieszczeniu sięga zenitu.


https://i.imgur.com/0M56l9G.gif https://i.imgur.com/NUS4v5Y.gif
I    A M    A L W A Y S    B Y    Y O U R    S I D E

Offline

#83 16-09-2018 o 16h12

Straż Cienia
SaphiraTrancy
Akolita Sylfy
SaphiraTrancy
...
Wiadomości: 1 091

__________________________https://zapodaj.net/images/a829d67b84876.png
Wysłałam Ci list, zakleiłam kopertę,
byś wrócił do domu i się ze mną zabawił.
Lecz ku twemu zaskoczeniu i przerażeniu,
ten taniec przyjemności nie należał do ciebie.

          Dwa stuknięcia. Tylko tyle, ale i aż tyle, aby zasiać wokół niepokojącą aurę, a przecież kobieta nie przyszła tutaj na słodkie pogaduszki przy kawie i ciastkach, oh nie. Przybyła tutaj w interesach, a raczej w celu wyeksmitowania pewnego jegomościa z apartamentu należącego do niej. Odkąd pamiętała sprawowała pieczę nad firmą zajmującą się wynajmem naprawdę drogich i luksusowych apartamentów we wszystkich stronach świata, także i tu - w Chinatown. Uwielbiała projektować wygląd pokoi, ozdabiać je i dopieszczać, aby ludzie nie tylko zachwycali się nimi na dzień dobry, ale też żeby chcieli wydawać na nie jak największe pieniądze. Zawsze znajdowali się jednak tacy, którym w głowie było krętactwo i chęć wykorzystania dobroci Natashy. Rzadko jednak zdarzało się, że kobieta osobiście pojawiała się w drzwiach, ale kiedy już to robiła, nie zwiastowało to niczego dobrego.
          Usłyszała kroki, które kierowały się prosto do drzwi i poczuła zapach osoby w środku, ewidentnie zestresowanego. Po tylu wiadomościach i ostrzeżeniach nie dziwiła mu się, ale cóż - business is business. Mężczyzna, który otworzył jej drzwi wyglądał na typowego cassanove, ale urodą zaczynał powoli grzeszyć szczególnie ze świecącym torsem i mokrymi włosami, a także słodkim uśmiechem na ustach oraz wzrokiem, który ewidentnie czuła na swoich najbardziej kobiecych częściach ciała. Spodziewał się kogoś, ewidentnie, a jej czarna obcisła sukienka i czerwone, wysokie szpilki mogły dać mu wrażenie, że przybyła tu w interesach. Oh, ironio.
- Witam panią - rzekł filuternym głosem, otwierając szerzej drzwi i gestem zapraszając do środka.
Uśmiechnęła się delikatnie, rzucając mu urocze spojrzenie i przekraczając próg, a wraz z zamknięciem wejścia lokator ewidentnie przypieczętował swój los.
          Zamknęła oczy, pozwalając nozdrzom wdychać wszechobecne zapachy, a językowi swobodnie przesunąć się po wilgotnych wargach z których jeszcze przed chwilą spływały cudowne kropelki krwi, lecz teraz zdobiły jedynie niegdyś śnieżnobiałe prześcieradło i taką samą koszulę jaką miał na sobie trup. Ostrzegała. Raz, ale to zrobiła. Nienawidziła nieposłuszeństwa, a wszelacy ‘klienci’ musieli trzymać się zasad. Jeżeli kazała płacić w terminach, mieli płacić. Jeżeli ktoś starał się z nią pogrywać, cóż, kończył tak jak jegomość leżący teraz na wznak tuż pod jej ciałem. Westchnęła głęboko, układając się na martwym już mężczyźnie i przesuwając po jego policzkach, szyi i torsie palcami.
- Jaka szkoda - szepnęła z udawanym żalem w głosie. - Byłeś całkiem przystojny. A teraz muszę znaleźć nowego lokatora. No i po tobie posprzątać. Jakie wkurzające.
Powoli podniosła się, ścierając z brody resztki posoki i poprawiając obcisłą czarną sukienkę, na którą zarzuciła szary żakiecik. Lubiła swoje apartamenty w tej części świata - przepełnione bielą i złotem z charakterystycznymi zdobieniami dla tej kultury, a do tego z cudownym widokiem na otaczające, zatłoczone miasto. Wychodząc na zewnątrz czuła cały czas adrenaline w swoim ciele i ciepło wypełniające je po same brzegi. To już druga ofiara tego dnia, dlategoż rudowłosa mogła nazwać się w końcu najedzoną. Oparła się o barierkę i zastukała obcasem o podłogę, delikatnie mieszając trunek w szklance, którą uprzednio wzięła ze stolika. Miasto wyglądało przepięknie o tej porze, a gwar dochodzący z dołu dawał jej poczucie bezpieczeństwa i, cóż, myśl o braku niedoboru składników odżywczych.
         Potrzebowała rozrywki i to dobrej rozrywki, pełnej emocji, agresji i krwi, która napawałaby ją błogością. Niekoniecznie taktownej, czy pasującej do jej stylu życia, ale brutalnej.
         W kilka chwil znalazła się gdzieś w ciemnych uliczkach, opierając się plecami o zimną ścianę i starając się jednocześnie ignorować zapach zgnilizny i brudu. Takie miejsca przypominały jej o czasach, gdy błądziła po świecie u boku pewnej czarnulki, na której kontakcie w telefonie rudowłosa zatrzymała swój wzrok. Nie miała zamiaru tego wieczoru spędzać samotnie, ale do kogóż miała się zwrócić? Przybyła tutaj w interesach, ale już brakowało jej zajęć szczególnie patrząc na zbliżający się wieczór. W końcu zagryzła wargę i wystukała na ekranie wiadomość do swej kochanej 'przyjaciółki broni' - Carine.
“Zabawimy się?”
Wzrok skierowała na przechodzących niedaleko możliwe nieprzyjemnych typów, którzy chyba zauważyli jej obecność. Uśmiechnęła się słodko. Oj tak, dzisiejszej nocy miała się zabawić.


https://zapodaj.net/images/f879bcef1f7fd.gifhttps://media.giphy.com/media/127jadrt8WbTO/giphy.gif

Offline

#84 16-09-2018 o 22h20

Straż Obsydianu
Valeriane
Żołnierz Straży
Valeriane
...
Wiadomości: 547

____________https://zapodaj.net/images/a7f3e41efa09c.png

        To trwało tylko chwilę, kiedy tak stałem. Chwilę, w której wyostrzyły się niebezpiecznie wszystkie moje zmysły. Właśnie wtedy złapała moją dłoń, powodując przyjemny dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa.
        Mógłbym się temu poddać, bo dlaczego nie? Szkoda, że wypiłem tak mało wtedy przy barze, zanim zdecydowałem się na ten kontakt fizyczny, zanim poczułem opuszki palców kobiety na zewnętrznej stronie dłoni. Chociaż i bez tego przyjemnie szumiało mi w głowie, a ten szum na moment pozwolił wyłączyć analizowanie. Stopić się z muzyką, która zdawała się bębnić w moich wyczulonych, wampirzych uszach. Skupić na chwili, nie na analizowaniu, choć coś mi mówiło, uporczywie skandowało z tyłu głowy, że raczej to drugie należało uczynić.
        Element zaskoczenia. Uśmiech nie schodził mi z ust, kiedy postanowiłem zapamiętać ten drobny fakt o zastępcy klanu Creighton. Dodać go do schowka i przetrzymywać tam, gdzieś głęboko w świadomości razem ze wszystkim innym, czego zdołam się o niej dowiedzieć. W tym wypadku każda informacja wydawała się być na wagę złota, zwłaszcza jeśli naszym rodzinom, tak skrajnie innym, przyjdzie w przyszłości współpracować.
        Przez chwilę mogłem skupić się na takich rzeczach, ale z każdym jej ruchem było coraz trudniej. Teraz, cóż, nie mogłem jednak myśleć o tamtym zagrożeniu. A może powinienem; jedno trzymałem w objęciach i zaczynało mi się to podobać. Taka pewność siebie, stanowczość ze strony wampirzycy, która normalnie powodowałaby moją złość zdawała się być nie tylko naturalna, ale wręcz pociągająca. Biedna Licentia i biedny klan, zdany w tym momencie na wampira zbyt głodnego i wyposzczonego, żeby długo trzymać dystans i chłodny umysł. Co mogłem zrobić, kiedy kobieta zachowywała się przy mnie w ten sposób?
        Prowokowała mnie jak cholera.
        — Chyba że taniec na barze — odpowiedziałem na jej słowa cicho, natychmiast, bez zastanowienia. Tak bardzo należało mi teraz zarzucić indywidualizm. Ale na to nie było już czasu, z resztą żadne z nas zdawało się nie chcieć marnować go na oczywistości. — W zależności od wykonania i osoby się go podejmującej może być bardzo ciekawy. Cóż, prawdopodobnie od zawsze chodziło o indywidualne postrzeganie tematu przez jednostkę — dodałem, a może już tylko poruszyłem ustami, nawiązując już nie tylko do poruszania się w takt muzyki.
        Bo właśnie wtedy została przełamana kolejna granica. Nie potrzebowałem aż takiej bliskości, żeby czuć jej zapach, fakturę skóry, a nawet ciepło ciała. Kiedy była bliżej, paradoksalnie ciężej było mi się na tym skupić. Patrzyłem przed siebie, gdzieś na tylną ścianę baru, nieobecnym spojrzeniem niewidzącym tego, co mogło się na niej znajdować. Tylko muzyka i obecność Sol były coraz bardziej intensywne w odbiorze. Jej słowa, takie bezczelne, takie bezpośrednie.
        Mógłbym przestać zachowywać się jak stulatek, jak jakiś niewydarzony gówniarz. Z drugiej strony, lepiej było pokazać wrogowi tą słabszą stronę, niż rzucić na stół wszystkie asy. Albo to tylko taka wymówka przecięła moje myśli w chwili, w której na ustach błądził uśmiech, a w dole brzucha czułem promieniujące ciepło ekscytacji.
        Wtedy zsunąłem dłoń do tej pory taktownie ułożoną na łopatce kobiety i zatrzymałem niżej, w okolicach talii, żeby przyciągnąć ją do siebie mocniej. Ach, czego się nie robi dla swojego klanu, do ciężkiej cholery!
        — Aż tak cię obchodzi, co ludzie pomyślą? W tym parszywym barze, te zapite mordy, które jutro nie będą pamiętać nie tylko jak uroczo razem wyglądamy – czego nie kwestionuję – ale też ani jednego innego fragmentu wieczoru? — zapytałem, tak jak ona dość cicho, nie przerywając tańca, za to spojrzenie kierując w jej stronę, nawet jeśli mogłem zobaczyć tylko blond włosy i ramię. Jednocześnie przesunąłem dłoń jeszcze niżej, po skórzanej kurtce, aż do jej granicy z bluzką. Znalazła drogę pod ramoneskę właściwie sama, może dlatego jak bardzo nie mogłem się doczekać, aż to ja wreszcie zrobię coś mało przyzwoitego, co tak mnie kusiło. Tam gładko przesunęła się po zdecydowanie cieplejszym materiale, znajdującym się bliżej jej prawdziwej skóry. Byłem pewien, że zupełnie przypadkowo odrobinę się podwinęła, umożliwiając bezpośredni kontakt na dole jej pleców. — Bo mnie nie. Tylko widzisz, wciąż nie mogę się zdecydować, czy bardziej wolałbym się z tobą p*******, czy raczej walczyć. Cholera, ten stary Shane jest w tym zbyt dobry — westchnąłem ciężko, jakby wspomnienie o wrogim przywódcy zaraz po wątpliwej moralnie propozycji było czymś zupełnie na miejscu.
        Umiałem kłamać. Ale w tej sytuacji moje wyznanie było całkiem szczere. Jedna i druga opcja były kuszące, a coś pomiędzy wydawało się zaledwie mierne i mdłe.
        — Jak mnie znalazłaś? — zadałem jeszcze jedno pytanie, tym razem w mocniejszym uchwycie łapiąc tą dłoń, która spoczywała w mojej i zmuszając do odsunięcia się ode mnie tylko górną częścią ciała tak, żebym znów mógł jej spojrzeć w oczy.


                                    t o   l o v e   i s   T O   D E S T R O Y
https://78.media.tumblr.com/5ecf2eb93f82154412a80dfd29b67f01/tumblr_p2eulo37G51w8mobyo9_400.gif https://78.media.tumblr.com/c536949fd44696685688d1a0b2da8a19/tumblr_p2eulo37G51w8mobyo5_400.gif
                                                                             t o   b e   l o v e d   i s   T O   B E   T H E   O N E   D E S T R O Y E D

Offline

#85 17-09-2018 o 18h35

Straż Lśniąca
Hidney
Zbieg Okoliczności
Hidney
...
Wiadomości: 2 814

________________________https://i.imgur.com/V0Wvctc.png
        Razem postawili kolejny krok, kołysząc się znacznie wolniej i spokojniej. Muzyka już dawno zmieniła się na inną, zręcznie zagłuszając poszczególne chrząknięcia zgromadzonych w barze śmiertelników. Od reszty świata dzielił ją teraz tylko i wyłącznie dotyk mężczyzny i jego nieco zbyt szorstka skóra na dłoni, którą tak usilnie ściskała swoją własną.
        Oparta brodą o jego ramię, nagle uświadomiła sobie, że już dobrą chwilę temu całkowicie zamknęła oczy, odseparowując się od niepotrzebnych bodźców. Przestało się liczyć właściwie wszystko – cały racjonalizm, to, że byli swoimi wrogami, że oboje znaleźli się tutaj z zupełnie różnych powodów, to, że jakiś obcy wampir rujnował ich mały, nieśmiertelny światek oraz to, że wokół odbywał się festiwal, po którym błąkało się całe mnóstwo ludzi. Całkowicie wyciszyła myśli, które nagle wydały jej się niezwykle błahe i niepotrzebne – w tej konkretnej chwili chciała tylko chłonąć jego zapach, czuć jego dotyk, słyszeć jego przyspieszone bicie serca i wyuczony odruch przełykanej śliny.
        Była głodna. W całkowicie innej, nieznanej sobie dotąd formie.
        Nagle jednak poczuła, jak dłoń mężczyzny, ta, która dotychczas w całkowicie bezpieczny dla niej sposób spoczywała na jej łopatkach, zsunęła się na talię. Przyciągnął ją do siebie, a ona, zanim zdołała w jakikolwiek sposób zareagować, uświadomiła sobie, że oto stała przed nim z lekko rozchylonymi ustami, a niewypowiedziane słowa protestu, który przecież powinna wykrzyczeć, zamarły na jej wargach.
        W zamian za to, wydała z siebie ciche westchnięcie.
        I to było jak gwóźdź do trumny.
        Zadrżała, czując, jak jego dłoń delikatnie zsunęła się po jej plecach. W myślach zaczęła odliczać sekundy do momentu, gdy przekroczona zostanie kolejna granica – a ta, na Boga, musiała zostać przekroczona na pewno.
        Gdy jednak uświadomiła sobie, że już miała ochotę zacząć prosić go o kolejny krok, zamarła, czując, jak jego lodowate palce musnęły zarys jej odsłoniętego kręgosłupa. Postąpiła całkowicie nieświadomie, mechanicznie i niezależnie od siebie; zdawała się kierować wyłącznie ślepym, spragnionym bliskości instynktem – naparła na niego nieco bardziej. Mięśnie jej ciała napięły się, a klatka piersiowa uniosła delikatnie, towarzysząc kolejnemu, również całkowicie mechanicznemu, westchnięciu. 
        A gdy już dotarło do niej, co tak naprawdę się wydarzyło, mężczyzna sprawił, że mogła tylko patrzeć i chłonąć intensywną barwę jego oczu, będąc przytrzymywana w żelaznym uścisku.
        - Zawsze możesz to połączyć – odezwała się nagle, usłyszawszy jego oświadczenie. Słowa, które jej wyznał, zdawały się nieszczególnie robić na niej wrażenie, nawet mimo swej wagi. I bynajmniej nie dlatego, że była jakoś wielce niemoralna, albo umiała czytać w myślach.
        Nie – po prostu nie była hipokrytką.
        Bo, Chryste, przecież czuła dokładnie to samo.
        - Albo zrobić jedno i drugie oddzielnie. Niemniej jednak, na którąkolwiek z opcji byś się nie zdecydował, obu tych rzeczy wypadałoby nie robić w tym konkretnym miejscu, na oczach tych wszystkich ludzi. Chyba że przepadasz za tego typu praktykami. Bo widzisz, ja niekoniecznie. Jestem dość skromna. A w tej kwestii też powinniśmy ze sobą współpracować.
        Nie uciekała wzrokiem, wszystko to wypowiadała spoglądając prosto w jego oczy. Pewnie, bez cienia strachu.
        - Nie bądź w stosunku do nich taki krytyczny – dodała nagle, wskazując ludzi zebranych w barze ruchem brody. – Wiesz, wbrew pozorom potrafią być bardzo przydatni. Posiadają wiele interesujących informacji.
        Ponownie lekko pomasowała palcami tę dłoń Nicholasa, która spleciona była z jej własną, nie odrywając spojrzenia od jego wzroku wymagającego natychmiastowej odpowiedzi. Zamiast udzielić jej jednak od razu, lekko pokiwała głową, mrucząc słowa aktualnie odgrywanego utworu pod nosem.
        - „Girls go wild on the West Coast, come on baby let's go, that's what she said”… och, a uwierzyłbyś mi, gdybym powiedziała ci, że to spotkanie było całkowitym przypadkiem? No więc właśnie. Równie dobrze możemy przyjąć, że szpieguję cię codziennie od paru miesięcy, a ty nie miałeś o tym najmniejszego pojęcia. Zrób z tą wiedzą co tylko chcesz. W końcu i tak sobie nie ufamy, prawda?
        To mówiąc, nagle zbliżyła się do niego w taki sposób, że ich twarze dzieliło zaledwie parę centymetrów.
        - „Sunshine brighter than blind love, it's all in the name of the Wild, Wild West.” Cholerna Licentia.


https://i.imgur.com/0M56l9G.gif https://i.imgur.com/NUS4v5Y.gif
I    A M    A L W A Y S    B Y    Y O U R    S I D E

Offline

#86 18-09-2018 o 00h52

Straż Cienia
Elemelia
Akolita Jednorożców
Elemelia
...
Wiadomości: 295

__________________________SILAS LENNOX 'NOX' RAVENWOOD




     Mężczyzna nie mógł uwierzyć własnym oczom, ani uszom. Nie spodziewał się jakiegoś przyjacielskiego pocałunku lub poklepania po plecach, ale zdecydowanie na coś czekał. Na jakiś ruch reprezentujący ich dobre stosunki oraz względne wzajemne zrozumienie. Może Sol nie powiedziała nic wielce wrednego, ale dało się wyczuć chłód od niej bijący. Co tym bardziej zaskoczyło mężczynę... W końcu nie raz już mieli większe powody do kłótni, czy jeden wybryk jest w stanie popsuć to wszystko? I w ogóle czemu wybryk Noxa ma być tym który zasieje między nimi ziarno niezgody? Nie zrobił przecież niż strasznego. To nie on wymordował niewinnych cywili, aby udowodnić swoją wartość w grupie. Tsa, jakby większość osób jeszcze nie zauważyła, jak posłuszna jest Sol. W innych okolicznościach, imponowało to mężczyźnie, ale w momencie wysadzenia ostatnich desek ratunku na oddzielenie się tamtego wieczoru od drugiego klanu, nie czuł już takiej dumy lub podziwu. Czuł obrzydzenie.
     I okej, dał się ponieść emocjom. Nie przeczy, że mógł swoje niezadowolenie ukazać kobiecie w inny sposób. Napisać list, namalować obraz lub wykrzyczeć jej pod oknem niezbyt piękny poemat. Istniało wiele sposobów, ale w tamtym momencie chłopak dał się ponieść chwili. Pierwszy raz od dawna podążył za swoim wampirzym instynktem i od razu mu się obrywa. Innym wampirom to by pewnie przyklaskała. Nie zrobił jej przecież wielkiej krzywdy! Kobieta jest równie silna, co on więc bez problemu mogła się oswobodzić, a co do pocałunku... Hmpf, w sumie to tej części najbardziej żałował Silas. Po pierwsze naruszył jej przestrzeń osobistą za co było mu wstyd, ale również sam fakt zobaczenia swojej zmarłej ukochanej w postaci blondynki było czymś krępującym. Tak czy inaczej, mężczyzna nie do końca wiedział co czuć. Z jednej strony odczuwał zrozumienie dla postawy kobiety, a z drugiej jego zdziwienie oraz swego rodzaju wstręt zaczęły się zwiększać.
     Starając się nie pokazać wewnętrznej plamy na honorze oraz szramie na duszy, kontynuował nic nie znacząca wymianę zdań. Kiedy uprzejmości były już za nimi, pożegnał się z Hagelmere i skierował swoje kroki w stronę własnego mieszkania. Tam zaczął od zrzucenia ubrań przesiąkniętych nieprzyjemnymi wspomnieniami i udania się pod prysznic. Ciepła woda spłukiwała z mężczyzny resztki brudu po wybuchu oraz po wizycie w mało higienicznym barze. Mógłby stać tam przez kolejne kilkaset lat. Przyjemne strumienie okrywały jego ciało, jak ochronna bańska, a dźwięki muzyki klasycznej dobiegające z salonu, dawały ukojenie zmęczonej głowie.
     W końcu jednak brunet ruszył swój tyłek spod prysznica, ubrał się od razu i zabrał za nadrabianie zaległości związanych z pracą. Jak się okazało nie było tego zbyt dużo. Ot kilka zaproszeń na nowe wystawy, zdjęcia prac znalezionych na ulicy oraz inne informacje ze świata kultury. O!, to jest dobry pomysł. Zatracić się w pracy aż sztuka nie doprowadzi do rozwiązania tego mętliku w głowie. Tutaj już nie chodzi o Sol. W mężczyźnie dzieje się coś jeszcze. Nadchodzi jakaś zmiana...
     Ostatnie poprawki i wyfrunął na miasto. Nie miał określonego celu, chciał po prostu nacieszyć zmysłu obecnością innych ludzi oraz świata stworzonego przez te kruche istoty. Oglądał wysokie budynki, zatrzymał się przy najmniejszym robaczku, aby obejrzeć jego kolorowy korpus, starając się odciągnąć myśli od problemów. Niestety, spokój nie był tym co dzisiejszego dnia mężczyzna miał dostać od życia. Przy kolejnym zakręcie, mijając kobietę w średnim wieku, znowu ją zobaczył. Madeleine. Same oczy. Kolejna kobieta i tak dobrze znajome, pełne usta, wykwitły na licu nieznajomej. Co krok, fragment ciała ukochanej pojawiał się na kimś obcym. Silas upojony tym doznaniem nie wiedział nawet, jak szaleńczo się zachowuje. Podchodził to do jednej to do drugiej, nie przekraczając odpowiednich granic, ale wciąż je wszystkie płosząc. Nie wiedział, czemu mu się ukazywała, ale na chwilę obecną nie chciał, aby przestała. Samotność dawała swoje znaki, a potrzeby tylko potęgowały pragnienia ujrzenia tej pięknej anielicy, która przed wcześnie odeszła z tego świata.
      Szaleństwo doznań doprowadziło go do ciemnej uliczki, gdzie obrazek był jeszcze dziwniejszy niż ten, który widział w głowie.
      - Nie ma mnie chwile, a ty już psujesz sobie kubki smakowe. Doprawdy, czy nie nauczyłem cię jakiegoś szacunku do siebie? - powiedział spokojnie, odciągając Nat za ramię od ofiar. - Jak już musisz pić z ludzi to wybieraj jakiś rozsądnych, a nie takich co równie dobrze mogli by leżeć na odwyku. Naprawdę, cały świat staje na głowie. Ty wybierasz byle kogo, Sol łypie na mnie wrogim spojrzeniem, Carine podkochuje się w jakimś bucu, a ja prawie nie wyrwałem tętnicy naszej zastępczyni, po czym ją pocałowałem, więc naprawdę coś się dzieje ze światem. W dodatku ogrzewanie w apartamencie mi wysiadło, a obrazy do nowej kolekcji jeszcze nie dojechały...- Swoim rozgadaniem liczył na przyćmienie niektórych informacji, które nieświadomie wymsknęły się Silasowi. Cóż, może chociaż jej reakcja nie będzie tak dziwna jak ta Sol? A może Nox skończy jak wczorajsze ofiary?


https://78.media.tumblr.com/d791e78c521eeb964b9fac9a11fdee4e/tumblr_nwl2urALQl1qa6mj3o2_540.gif

Offline

#87 18-09-2018 o 11h38

Straż Obsydianu
Aku
Pokonała Dahu
Aku
...
Wiadomości: 2 951

__________________________________________________________________________________________https://images91.fotosik.pl/13/b061d47c33d14237.gif     https://images92.fotosik.pl/13/ee4035174f38e395.png

                             Zaćmienie.
                             Zaćmienie umysłu.
                             To zabawne, że wyglądem niemal niczym nie różnili się od innych ludzi. Wciąż ta sama twarz, dwie nogi, dwie ręce i skóra naciągnięta na mięśnie owijające szkielet. Ten sam sposób komunikacji. Ten sam zestaw mimiki. Byli perfekcyjną iluzją człowieczeństwa, ze spokojem niknąc w ludzkim tłumie, niezauważalni. Byli swoistym, idealnym w każdym calu kamuflażem, który w żaden sposób nie wzbudzał podejrzeń.
                             Dopóki nie następuje zaćmienie.
                             Vincentowi nigdy nie udało się zwiększyć swojej odporności na targające jego umysłem instynkty. Czasami potrafił się powstrzymać, ale wystarczył jeden krok za daleko, jeden trzepot motylich skrzydeł i był całkowicie zgubiony. Szargany nieznaną mu siłą  przypominał bardziej nacierającego drapieżnika, który z łatwością przystępuje do ataku, rozrywa na strzępy i bez jakiegokolwiek wyrzutu sumienia wysysa każdą ofiarę do ostatniej kropli krwi.
                            Stojąc w swoim firmowym gabinecie, upił łyk kawy z domieszką krwi, lustrując spojrzeniem rozciągającą się panoramę za oszkloną ścianą pomieszczenia. Z tak monumentalnej wysokości sznur budynków przypominał wyglądem rozrzucone na podłodze zabawki dla dzieci, niż ogromną infrastrukturę. Podziwianie miasta z wysokości zawsze działało kojąco na jego umysł, choć paradoksalnie bardzo często zmuszał go do produkowania coraz większej ilości myśli i analizy każdych najdrobniejszych szczegółów. Może dlatego mimo skończonej pracy wciąż wspominał wczorajszy dzień. Ten zapłon adrenaliny i podniecenia, gdy przyszło do walki. Ten słodki smak krwi i przerażenie swoich ofiar, kolaż szkarłatnych plam zdobiący posadzki i pobliskie ściany, panujący zewsząd chaos i oczy Carine wlepione w jego własne, gdy wymierzała pistolet prosto w Sol Hazelmere.
                            Właśnie. Carine.
                            Vincent mimowolnie uśmiechnął się pod nosem, dopijając do końca zawartość swojego kubka. Carine była bardzo dziwnym przypadkiem. Przypadkiem, którego niekiedy ciężko było zrozumieć. I choć zwykle stawiał granicę między nimi, decydując się jedynie na mało znaczące flirty nie widząc między ich dwójką żadnej szansy, tamtego dnia spojrzał na nią nieco inaczej. Dotąd skąpana w cieniu postać zalśniła intensywnym blaskiem pośrodku zapyziałej hali produkcyjnej. Ta iskra w jej brązowych tęczówkach, ten znaczący uśmiech przy wymierzaniu broni. I zupełnie nie chodziło tutaj o wspólną nienawiść do zastępczyni ich klanu. Prawdę mówiąc Barnes miał raczej neutralne stosunki z Sol i na tę chwilę nie widział powodu do spiskowania za jej plecami. To, co ujęło Vincenta była właśnie ta iskra w jej oczach. Ta pewność, że nie jest tam zupełnie sam w swoich przekonaniach, i że nie jest kolejną zaślepioną, lojalną kukłą, jak większość członków Creighton.
                            I zupełnie przypadkowo, tą jedną drobną iskrą przebiła się przez jedną z jego wewnętrznych barier.
                           

                            Po długiej pracy nad projektem wnętrz wilii rodziny Malarkey, Vincent w końcu wyszedł z firmy, kierując swe kroki w stronę Chinatown, gdzie miał odbyć się festiwal. Przeciskając się między tłumem Azjatów, podziwiał wiszące przy uliczkach podświetlane banery z chińskimi napisami, których nie był w stanie przeczytać i przewieszone między oknami budynków girlandy małych, kolorowych lampioników wiszących tuż nad przejściem. W okolicznych budkach z jedzeniem rozciągały się kolejki po pierożki dim sum z krewetkami, szaszłyki satay, owoce morza i inne smakołyki, a w tle rozbrzmiewała rytmiczna, klimatyczna, typowo chińska melodia.
                            Atakowany miliardem bodźców zewnętrznych, Vincent skupił całą swoją uwagę na swoim wnętrzu, starając się wyciszyć. Już będąc człowiekiem miał bardzo wyczulone zmysły i umiejętność dostrzegania najdrobniejszych szczegółów, a przemiana tylko spotęgowała te zdolności. Niekiedy bywało to nie do zniesienia, ale na przestrzeni lat zdążył się wyuczyć łagodzenia tych stanów.
                            Nie do końca wiedząc dokąd właściwie zmierza, co chwilę przyłapywał się na powracaniu myślami do poprzedniego dnia.
                             „Odezwij się do mnie później, żebym wiedziała że wszystko z tobą okej”
                            No, właśnie. Nie odezwał się.
                            Przystanął gdzieś z boku uliczki, wlepiając spojrzenie w kilkuletniego, azjatyckiego chłopczyka, który wraz ze starszym bratem usilnie starali się odpalić czerwony lampion, a gdy ten w końcu wzbił się w powietrze, skakali radośnie, klaszcząc w dłonie i wołając coś w chińskim języku, czego nie był w stanie w żaden sposób zrozumieć.
                            Odpalanie lampionów było zawsze ciekawym zjawiskiem. Na początku widzisz go, w naturalnych rozmiarach, w całej swojej okazałości, z bliska, z najdrobniejszymi szczegółami, a im wyżej wzbija się w powietrze, tym coraz bardziej niknie, ostatecznie przeobrażając się w niewidoczny punkt na niebie, którego koniec końców zaczynasz ignorować. I chyba taki sam był Vincent. Jak lampion. Pojawiał się, odgrywał spektakl i nagle znikał, nie wiadomo gdzie, aż ludzie przestawali zwracać na niego jakąkolwiek uwagę.
                            Ruszając w dalszą wędrówkę chińską uliczką, parę razy przyłapał się na wyciąganiu telefonu, jakby bijąc się z myślami, czy napisać wiadomość, czy wciąż uparcie tkwić w swoim indywidualizmie, z daleka od zacieśniania relacji z kimkolwiek. I kiedy był już zdecydował się jednak na tą drugą opcję, los postanowił ułatwić mu sprawę, gdy do jego nozdrzy dotarł tak bardzo znajome mu zapachy.
                            Zapachy zmieszane z krwią.
                            Zaintrygowany tym zjawiskiem, wsunął powoli telefon do kieszeni spodni, marszcząc delikatnie brwi i zaciskając nieco szczękę, jak miał w zwyczaju będąc na czymś skupionym. Nieśpiesznie wyszedł z tłumu, skręcając w jedną z bocznych, zaciemnionych uliczek, a im głębiej się w nią zapuszczał, tym zapachy docierające do jego nozdrzy stawały się coraz bardziej intensywne. Kierując się swoim własnym instynktem, zaczął wspinać się po balkonach, będąc niemal pewnym, że unosząca się w powietrzu woń znajduje się na samym szczycie budynku. W przeciwieństwie do swoich towarzyszy lubiących się w transporcie pojazdami stworzonymi przez człowieka, Vincent najczęściej poruszał się na pieszo i miał dobrą kondycję. Wdrapanie na dach nie stanowiło dla niego większego problemu i chwilę później stał już na zadaszeniu, odnajdując wzrokiem dwóch osobników, których wyczuł idąc zaludnioną uliczką Chinatown.
                            – Ups, chyba przerwałem wam randkę – wyznał z teatralnym westchnieniem, jakby naprawdę był skruszony całą sytuacją. – Czuć od was krwią na kilometr. Nie spodziewałem się tego po tobie, Shane. Nie doceniłem cię – dodał po chwili, wsuwając obie dłonie do kieszeni spodni. Oderwał wzrok od stojącej przed nim dwójki i przez krótką chwilę ciszy śledził spojrzeniem latające, papierowe smoki. Pokaz powoli się rozpoczynał.
                            – Słyszałem urywek rozmowy – przyznał bezpośrednio. Równie dobrze mógł zostawić to dla siebie, by móc w jakiś sposób wykorzystać pewne informacje w późniejszym czasie, jednak zdecydował się na coś zgoła innego. – Mam informatora, który stara się śledzić poczynania tego gościa. Chciałem działać sam, ale skoro sam jesteś zagubiony, to może jest większa szansa, że zaczniesz mieć otwarty umysł. – Vincent podszedł kilka kroków bliżej, uśmiechnął się lekko w stronę Carine i powrócił spojrzeniem do dowódcy. – Nie uważam, by toczenie z nim wojny było dobrym pomysłem. Znasz to słynne przysłowie, że przyjaciół trzeba trzymać blisko, a wrogów jeszcze bliżej? – zapytał retorycznie. – Według mnie zadziałanie od środka byłoby korzystniejsze.
                            Barnes uśmiechnął się szerzej, coś na kształt przyjacielskiego gestu, choć w istocie była to tylko czysta formalność.
                            – To tylko luźna propozycja. Jeśli nie będziesz chciał wejść w to ze mną, miej na uwadze, że i tak zrobię swoje w pojedynkę. – Rozłożył ręce na boki i zmierzył przywódcę od stóp do głów. – A tymczasem, adios, nie będę wam psuć tej romantycznej chwili pośród latających papierków i ckliwych spojrzeń. Zamierzam się dobrze zabawić w ten wieczór – to mówiąc, zasalutował niedbale na pożegnanie i skierował swe kroki z powrotem do krawędzi dachu z zamiarem powrotu do ruchliwej uliczki, a z niej do baru, w którym mógłby zapić swój niemy zawód jaki wykiełkował w jego środku, nie bardzo wiedząc skąd się pojawił, ani dlaczego.

Ostatnio zmieniony przez Aku (18-09-2018 o 15h19)


24.09 - 28.09 NI MA MNIE
https://78.media.tumblr.com/396b73ec9cdf75a3f310de73d0f61057/tumblr_opmf1jhqAL1r3ssslo3_400.gif  https://78.media.tumblr.com/4b63b5ee238c9334d427a03f003ddb6e/tumblr_opmf1jhqAL1r3ssslo2_400.gif
FOR   WHICH   OF   MY   BAD   PARTS   DIDST   THOU   FIRST   FALL   IN   LOVE   WITH   ME   ?

Offline

#88 18-09-2018 o 19h17

Straż Obsydianu
Valeriane
Żołnierz Straży
Valeriane
...
Wiadomości: 547

muzyka, jeśli ktoś chce .3.

____________https://zapodaj.net/images/a7f3e41efa09c.png

        To jedno westchnięcie, w połączeniu z jej bliskością, zapachem i dotykiem wyraziło nagle więcej, niż kiedykolwiek zdołałoby to zrobić nawet milion słów.
        Pozwoliło mi przez moment – ulotny, ale wyjątkowo przyjemny – pomyśleć, że oto mam ją w klatce. Nawet, jeżeli prawda była zgoła odmienna i to ja grałem według jej reguł jak marionetka, to było w tym westchnieniu coś, co kazało mi sądzić, że ten jeden raz jest inaczej. Kiedy do mnie przylgnęła, na jej twarzy pojawił się szczególny wyraz, a usta ułożyły się w ten sposób, że nie dało się im nie przyglądać. Czułem, jak na mnie napiera i w tej chwili – chociaż k**** nigdy nie byłem na tyle chory żeby robić z seksu widowisko, zwłaszcza dla ludzkiego pomiotu – zapragnąłem zedrzeć z niej ubranie. Nagle byłem zdecydowanie bliżej opcji pierwszej z tych dwóch tak beztrosko przedstawionych.
        Z resztą, Sol Hazelmere najwyraźniej też. Jej słowa przyzwalające na obie te rzeczy wziąłem jako potwierdzenie tezy, którą do tej pory mogłem tylko snuć; więc czuła to samo albo przynajmniej coś podobnego. Nie mogła przecież udawać, nie w taki sposób.
        Uśmiech błąkał mi się po ustach, przez cały czas nie znikał mi z twarzy, a lekko uniesione brwi na dźwięk jej słów miały dać wyraz udawanego zaskoczenia, może konsternacji. Taka pewna siebie, jakby od początku wiedziała po co tu przychodzi i jakby nic – no prawie nic, biorąc pod uwagę tą słodką chwilę zapomnienia kilka sekund temu – nie mogło powstrzymać jej od osiągnięcia wyznaczonego celu.
        Nawet zaśmiałbym się w innych okolicznościach na jej słowa, ale teraz śmiech ugrzązł gdzieś w gardle, został stłumiony przez inne emocje, na przedzie których znajdowały się głód i pożądanie. Kiedy zapomniałem z kim się zadaję? Może w chwili, w której skróciła drastycznie dystans dzielący nasze twarze, bo ten między ciałami nie istniał już od dłuższego czasu, właściwie od początku tego tańca. A może wcześniej. Chociaż ta świadomość była gdzieś, na pewno, to teraz zupełnie do mnie nie docierała zza jej oczu i ust, ponad słowami, zapachem i pragnieniem drapiącym gardło, świerzbiącym skórę, palącym wnętrza.
        Nie rób tego, Nicholas. Należy się opanować, powstrzymać pierwotne żądze w obliczu nowego zagrożenia dla wampirzej rasy i ze względu na zwykły, p********* zdrowy rozsądek. Może kiedyś przyjdzie mi jeszcze pożałować, że w tej sekundzie taka myśl nie przebiegła mi przez głowę, nie pojawiła się nawet na horyzoncie. Jakby Słońce zbyt jasno raziło mnie w oczy, wyryło się na soczewkach i miało pozostawić tylko czarne plamy, kiedy już odwróci się wzrok.
        — Prawda.
        Pochyliłem się tylko trochę, na tyle, żeby ustami odnaleźć jej wargi i wycisnąć na nich pocałunek.
        Dłonie miała ciepłe. Usta gorące. Ciało napięte, płaski brzuch i wypukłości piersi przyciśnięte do mojego torsu. Czułem jej puls, czułem też swój, tętniący w całym ciele, każdą komórką, choć nie pożywiałem się już tak długo. Nie było przypadków, zbiegów okoliczności ani zrządzeń losu, nie istniało też przeznaczenie.
        Byłem tylko ja z moim pragnieniem, w centrum wszechświata przez jedno mgnienie oka, choć te miałem przymknięte od nagłego uderzenia przyjemności. Tyle to właśnie trwało; ludzie znajdujący się w barze mogli tego nawet nie zauważyć, przeoczyć albo uznać, że wciąż mierzymy się tylko spojrzeniami. A kiedy znów się odsunąłem, niezbyt daleko, zaledwie na kilka cali od jej twarzy, wszystkie bodźce wróciły na swoje miejsce. Zalała mnie kaskada dźwięków, zapachów i obrazów. Mimo to patrzyłem tylko i wyłącznie na wampirzycę wciąż trzymaną przeze mnie w objęciach, teraz nawet mocniejszych niż jeszcze chwilę temu.
        Pragnąłem jej. Oczywiście. Zawsze lubiłem też materiały wybuchowe. Nuda zabijała mnie od środka, a ofiara bez wysiłku polowania była niczym.
        — Gdzieś tam panoszy się potwór, który może nas zabić. Tak naprawdę zabić — odezwałem się. Czułem, że jeśli czegoś nie powiem, to może w ogóle nie będę umiał się powstrzymać. — Ale skoro śmierć ma po mnie przyjść powtórnie, to niech chociaż znowu zrobi to w dobrym towarzystwie.
        Żart ukryty w tych słowach nie był oczywisty, przynajmniej nie dla wampirzycy, którą wciąż obejmowałem, nawet jeśli z każdą nutą muzyki poruszaliśmy się wolniej i wolniej, żeby ostatecznie stanąć tak, pośrodku baru. Mogła nie zrozumieć, przecież nie afiszowałem się nigdy swoją szczególną więzią z Licentią, choć nie robiłem też z tego wielkiej tajemnicy. Ale co mogła o mnie wiedzieć zastępczyni Shane’a?
        A potem z pewnym wewnętrznym żalem opuściłem dłoń spoczywającą do tej pory na lędźwiach kobiety.

Ostatnio zmieniony przez Valeriane (18-09-2018 o 19h17)


                                    t o   l o v e   i s   T O   D E S T R O Y
https://78.media.tumblr.com/5ecf2eb93f82154412a80dfd29b67f01/tumblr_p2eulo37G51w8mobyo9_400.gif https://78.media.tumblr.com/c536949fd44696685688d1a0b2da8a19/tumblr_p2eulo37G51w8mobyo5_400.gif
                                                                             t o   b e   l o v e d   i s   T O   B E   T H E   O N E   D E S T R O Y E D

Offline

#89 18-09-2018 o 21h30

Straż Cienia
Iku
Żołnierz Straży
Iku
...
Wiadomości: 462

____________________________https://fontmeme.com/permalink/180805/bee71972d52afe89aec1112cf0f3295d.png

        Znasz to uczucie kiedy z jednej strony coś uwielbiasz, a z drugiej nienawidzisz? Tia takimi mieszanymi uczuciami darzyła miasto w którym przyszło jej żyć. Z jednej strony uwielbiała ten rozgardiasz, chaos zapewniające przez betonową dżunglę, ale z drugiej brakowało jej ciemnego nieba okraszonego morzem gwiazd, które obserwowała nieraz na szczerych polach Europejskich pustkowi, które utknęły w jej pamięci. Minęło tak wiele czasu od kiedy opuściła stary kontynent, jeszcze nadal dziki w niektórych miejscach, porzucając go na rzecz nowego nieznanego lądu, który rozwijał się na jej oczach niczym dziecko, które stawia pierwsze kroki na oczach matki.
    Stała na skraju dachu jednego z wieżowców, czując jak wiatr smaga jej skórę, targa białe kosmyki włosów. Wpatrywała się w niebo, kolejny raz wyklinając miasto, za to, że jest tutaj tak mało miejsc w których można je podziwiać. Dzikie, wolne i nieograniczone żadnymi zasadami, zupełnie jak ona wtedy, przed tym jak przybyła na te przeklęte ziemie. Chciała wrócić, ale to przecież tutaj było jej miejsce, to tu od lat knuła i kombinowała, by zyskać należną jej pozycję. Cały czas myślała o słowach rudowłosego wampira. O tym wszystkim co działo się po spotkaniu dwóch klanów. Dobrze wiedziała co powinna zrobić, ale z drugiej strony nie mogła narażać swoich ludzi, nawet jeśli dobrze wiedziała, że dowódca czasem musi zdobyć się na takie poświęcenie.
    W końcu ciężkie westchnienie wydobyło się z jej ust ozdobionych krwistą czerwienią, którą natychmiast zlizała z ust. Metaliczny posmak wypełnił jej usta, a sama zamruczała niczym drapieżnik zadowolony ze swego polowania.
- Sentymentalna s*****.... – rzekła cicho do samej siebie i wtedy do jej uszu dotarło ponowne szlochanie. Zerknęła na leżącą pod jej nogami zwiniętą w kulkę drobną postać. Czarny kaptur zarzucony na głowę doskonale maskował twarz ofiary, lecz głos i zawodzenie niewątpliwie należały do młodej dziewczyny.  Licentia nachyliła się i chwyciła kaptur odsuwając go, a następnie pogłaskała delikatnie ciemne włosy.
- Życie jest zaskakujące nieprawdaż, ale nie ma się czego bać. Już za późno na strach. – uśmiechnęła się ukazując białe kły, a później podniosła ciało bez żadnego wysiłku. Dziewczyna ledwo trzymała się na nogach, a Tia objęła ją i stały nad krawędzią, niczym nad klifem świata patrząc na światła miasta. Ciemne oczy wampirzycy oraz szare, błyszczące od łez oczy nastolatki.

                                 ........

    Chińska dzielnica oferowała wiele rozrywek, dużo egzotycznych przedmiotów i kilka rzeczy, które dla krwiopijców były niezwykle przydatne. Chociażby piękne niebieskie kamienie sprzedawane w miejscach do których dostać mogłeś się tylko jeśli wiedziałeś jak zapukać do odpowiednich drzwi. Wtedy roztaczał się przed Tobą nieco inny świat niż ten prezentowany na ulicach. Drzwi starej kamienicy nie zachęcały, ale ona doskonale wiedziała co się za nimi kryje. Bywała tu częściej niż dawała się przyłapać, mimo iż ta część miasta nie należała do jej klanu. Nie mogła sobie jednak odmówić pojawiania się raz na jakiś czas w tej dzielnicy, nawet jeśli miałoby to sprowadzić jakieś negatywne konsekwencje. Dziś jednak niespecjalnie kryła się ze swoją obecnością.
     Rozejrzała się i weszła do ciemnego korytarza, a następnie skierowała się w stronę drzwi prowadzących do piwnicy, by po kilku stopniach zatrzymać się przed kolejnymi stalowymi wrotami w które zastukała siedem razy. Mężczyzna, który jej otworzył miał azjatycką urodę, garnitur w który był odziany nie ukrywał jednak dokładnie tatuaży, które zdobiły ciało tego człowieka. Skłonił się delikatnie i zaprosił wampirzycę do środka skinieniem głowy. Wtedy jej oczom ukazał się znajomy widok czerwonych ścian zdobionych złotą farbą, eleganckiej wykładziny w podobnym odcieniu. Na początku jednak do jej nozdrzy dostał się gryzący zapach kadzidła, za mocny jak dla wampira, rozpraszający i mdlący. Pomieszczenie znajdowało się w piwnicy, dlatego nie było tu okien, a klimatyzacja nie działała na najwyższych obrotach. Minęli schody prowadzące na niższą kondygnację budynku, gdzie ustawione były stoły do gry, ruletki, automaty go gry i wiele osób ubranych elegancko, zajętych zabawą.
    Wampirzyca jednak nie na długo zainteresowała się tym obrazem, poszła za młodym mężczyzną do zdobnych drzwi, które człowiek bez słowa otworzył przed nią Za drzwiami znajdował się ciemny gabinet z półkami pełnymi książek, a za biurkiem siedziała stara, pomarszczona kobieta.
- Witaj Zhang Ziyi – rzekła białowłosa i od razu usiadła w fotelu naprzeciw staruszki.
- Witaj. Rozumiem, że nie przyszłaś tu w odwiedziny.
- Oczywiście zawsze bardzo chętnie ujrzę twoją twarz, co nie przeszkodzi mi w kilku interesach z tobą – odparła i zerknęła kątem oka na młodego mężczyznę stojącego nadal przy drzwiach.
- To mój najmłodszy wnuk, nie musisz ukrywać po co tu jesteś - rzuciła cierpko i wstała z miejsca podchodząc do małego obrazu wiszącego na ścianie.  Szybkim ruchem zdjęła go, odsłaniając tajemnicę jaką skrywał. Stalowe pudło – sejf chroniący to po co przyszła. Po chwili w kościstych dłoniach znalazło się drewniane pudełko, które zaraz znalazło się na grubym drewnianym blacie. Zhang Ziyi otworzyła je i zaczęła wyciągać do materiałowego woreczka kolejne kamyki, by następnie obrzucić gościa ostrym spojrzeniem.
- Czy przyniosłaś? - zapytała szybko, a jej dłoń zawisła w powietrzu trzymając niebieski klejnot.
- Owszem mam – wampirzyca zaśmiała się i chwyciła dłoń kobiety kierując ją w stronę materiałowego worka. Po tym wyciągnęła dwie fiolki z ciemnoczerwoną cieczą i położyła je na blacie obok szkatułki, lecz jej dłoń nie wróciła na podłokietnik, a sięgnęła do pudełeczka i chwyciła kilka kamyków wrzucając je do woreczka. Staruszka spojrzała na nią karcąco, podała jej worek z kamieniami, ale nic nie powiedziała. Za to przywódczyni buntowniczego klanu wzięła od razu bezcenny dla niej towar, wsunęła go do kieszeni i wstała, co zrobiła również starsza dama. Obie skłoniły się delikatnie, a później wampirzyca odwróciła się i ruszyła w stronę drzwi, ale zatrzymała się przed mężczyzną i przejechała palcem po jego policzku. Słyszała, że jego serce zabiło szybciej, zauważyła nerwowe przełknięcie śliny, ale nadal na nią nie spojrzał. 
-  Równie przystojny co twój czwarty syn w jego wieku – rzekła cicho, a wtedy staruszka walnęła dłonią w blat i wysyczała jakąś obelgę w swym rodzimym języku.
-  Och no już już Ziyi. Nie denerwuj się tak. Ale gdyby twojemu wnuczkowi znudził się rodzinny biznes, wie gdzie mnie znaleźć. – puściła do niego oko, bawiło ją to jak mocno bije jego serce. Młody mężczyzna odprowadził ją dużo szybszym krokiem niż wcześniej.
    Gwar ulicy powitał ją niczym wyrwanie ze snu. W tej chwili znów znajdowała się w innym świecie. Zadowolona z wymiany postanowiła nieco zabalować, w końcu nawet jej – przywódcy klanu można było od czasu do czasu spuścić z tonu, chociaż czy ktoś w jej klanie przejmował się sztywnymi zasadami? Ruszyła przed siebie, w stronę pierwszego lepszego baru, gdzie miała zamiar nieco zabawić się, a może i podsłuchać jakichś ciekawych informacji, które to ludzie tak chętnie między sobą wymieniają nie znając prawdziwej przyczyny większości wydarzeń.

Ostatnio zmieniony przez Iku (18-09-2018 o 21h32)


https://zapodaj.net/images/a4bc55321abbf.jpg

Offline

#90 18-09-2018 o 22h57

Straż Lśniąca
Hidney
Zbieg Okoliczności
Hidney
...
Wiadomości: 2 814

________________________https://i.imgur.com/V0Wvctc.png
        Sekundę – tyle zajęłoby jej odwrócenie spojrzenia od rażących promieni słonecznych, oślepiających, pozbawiających możliwości korzystania ze zmysłu wzroku.
        Sekundę – tyle też zajął ten pocałunek. Drobna oznaka czułości, która sprawiła, że pozbawiona została nie tylko wzroku, ale i każdego innego zmysłu.
        Pocałunek niewymuszony, delikatny, ulotny; porównywalny do pojedynczego machnięcia skrzydeł motyla. Tak krótki, że nic nie znaczący dla ogółu świata. Tak krótki, a jednocześnie tak ważny dla motyla, bo stanowiący dla niego kolejny krok na przekraczanej przez niego trasie.
        Pierwszym, co odnotowała, było ciepło jego warg. Przyłapała się na tym, że wcześniej, w wyobraźni, w dziecinny, stereotypowy sposób przypisała jego ustom metkę chłodnych – zupełnie tak, jakby sam fakt, iż przynależał do przeciwnego klanu, automatycznie czynił go swoistym czarnym charakterem, osobą bez serca i, co za tym idzie, bez jakichkolwiek ciepłych, ludzkich cech. Tymczasem w rzeczywistości było całkiem inaczej – oto bowiem miała przed sobą istotę złożoną z krwi i kości, a nie żywą, chodzącą górę lodową, za jaką postrzegała ją wcześniej.
        W otumanieniu i całej tej szaleńczej otoczce już miała ochotę przeprosić go za to, jak nieracjonalnie się zachowała, wysuwając w stosunku do niego tak pochopne opinie, lecz właśnie w tym momencie uświadomiła sobie, że to, że doszła teraz do podobnych wniosków, świadczyło o tym, że pozwoliła sobie wcześniej na jakiekolwiek analizowanie temperatury jego ust.
        I to było w tym wszystkim najgorsze.
        To zbliżenie faktycznie trwało krótko, ale nie na tyle, aby pozbawić Sol możliwości odpowiedzi. Odwzajemniła pocałunek, na drobne sekundy lekko rozchylając wargi mężczyzny i pozostawiając na jego ustach swój smak. Nie zamierzała w żaden sposób odstawać. Ta chwila miała być intensywna - chciała sprawić, aby mężczyzna o niej pamiętał, aby odtwarzał tę scenę w myślach każdej nocy. Tę i każdą następną, która miała się jeszcze wydarzyć.
        Gdy Nicholas odsunął się od niej na niewielką odległość, ona w milczeniu spoglądała prosto w jego oczy. Kąciki jej warg ponownie uniosły się delikatnie, kiedy to dzieliło ich zaledwie parę centymetrów, wyznaczanych wyłącznie odruchem wydychanego powietrza, które to oboje wyćwiczyli u siebie przez lata nieśmiertelnego życia.
        - A co, jeśli to ja jestem tym wampirem? Być może jestem twoim zwiastunem śmierci, Nicholasie. Co zrobisz w ostatnich chwilach swego życia?
        Uśmiech wciąż nie znikał z jej twarzy, kiedy mężczyzna zsunął dłoń z jej talii. Początkowo powoli wycofała się o parę kroków, wciąż nie przerywając między nimi kontaktu wzrokowego, aż w końcu odwróciła się w stronę kontuaru. Użyła perswazji na barmanie, sprawiając, iż ten wymruczał coś niezrozumiałego pod nosem, pozwalając im na opuszczenie lokalu bez żadnych kosztów, po czym zaczęła podążać w stronę wyjścia.
        Nie musiała chwytać wampira za rękę. Nie musiała go nigdzie zapraszać.
         Sam przyjdzie.
        Otworzyła drzwi baru, a do jej wyczulonego zmysłu słuchu dotarły odgłosy rozgardiaszu odgrywającego się zaledwie ulicę dalej, tam, gdzie znajdowało się swoiste centrum trwającego festiwalu. Zgiełkowi towarzyszył huk fajerwerków, kiedy to różnokolorowe światła rozbłysły tuż nad jej głową. Przez chwilę spoglądała na nie w ciszy, odwrócona plecami do mężczyzny, który na ten moment wciąż znajdował się wewnątrz lokalu, lecz już chwilę potem odwróciła twarz w jego stronę. Posłała mu krótkie spojrzenie, po czym, jak gdyby nigdy nic, skręciła w lewo, podążając wzdłuż ściany budynku.
        Okrążyła obiekt, w międzyczasie przeskakując przez dwumetrowy płot, wkrótce odnajdując kolejne drzwi wejściowe. Nacisnęła na klamkę i swobodnie przekroczyła próg. Wówczas znalazła się w pomieszczeniu, które przypominało niedrogi pokój hotelowy. Dokładnie naprzeciwko drzwi wejściowych rozpościerało się niewielkie okno, zasłonięte nieściągniętymi, w jednym miejscu delikatnie naderwanymi żaluzjami, przez które przebijało się pomarańczowo-czerwone światło bijące od licznych lampionów festiwalowych. Padało na pościelone łóżko, umiejscowione po lewej stronie pomieszczenia. Z prawej widoczna była jedynie niewielka szafka, mająca najpewniej pomieścić ubrania potencjalnych podróżnych, chcących skorzystać z taniego noclegu przy jednoczesnej możliwości szybkiego dostania się do centrum Chinatown. Panował tutaj półmrok.
        Powoli podeszła do okna, a gdy do jej uszu dotarły odgłosy kroków mężczyzny, ściągnęła z siebie skórzaną kurtę. Wciąż stała odwrócona plecami do wampira, wbijając wzrok w widok rozpościerający się pomiędzy pojedynczymi żaluzjami. Na jej sylwetce automatycznie wymalowała się swoista gra świateł i barw, które dotychczas odbijały się od szarej, nudnej pościeli.
        Wyciągnęła z kieszeni kurtki dwie fiolki – te same, które jeszcze jakiś czas temu samodzielnie uzupełniła – po czym niedbale rzuciła ramoneskę na łóżko. Ściskając w dłoni pojemniki z krwią, odwróciła się w stronę Nicholasa i zbliżyła się, a następnie schowała jeden z wyciągniętych przez siebie przedmiotów w jego dłoni. Zaciskając jego palce na prezencie, wciąż spoglądała prosto w jego oczy.
        - Za dobrą, udaną śmierć.
        To mówiąc, odkorkowała swoją probówkę i opróżniła ją jednym haustem.


https://i.imgur.com/0M56l9G.gif https://i.imgur.com/NUS4v5Y.gif
I    A M    A L W A Y S    B Y    Y O U R    S I D E

Offline

#91 19-09-2018 o 19h25

Straż Obsydianu
Valeriane
Żołnierz Straży
Valeriane
...
Wiadomości: 547

____________https://zapodaj.net/images/a7f3e41efa09c.png

        Pytanie było zbyt oczywiste, na tyle, że wydawało się tylko retorycznym. Dlatego pozostawiłem je bez odpowiedzi. Raz już głośno wyraziłem swoją opinię na temat naszej nowo nawiązanej znajomości, po co miałem znów to powtarzać? Odprowadziłem kobietę spojrzeniem, pozostając wciąż w tym samym miejscu, w ciasnej przestrzeni między stolikami a ladą baru, z dłońmi opuszczonymi luźno wzdłuż tułowia. Ruszyłem się dopiero, gdy wyszła na ulicę. Najpierw w kierunku barmana, pospieszając go lodowatym spojrzeniem do uzupełnienia szklanki i cichym przekleństwem żeby nalał więcej.
        Bourbon – w smaku przypominający raczej lekko posłodzony spirytus – był okropny do tego stopnia, że wykrzywiał usta w niesmaku, ale był mi teraz potrzebny jak cholera. Głód dawał o sobie znać i tylko nie byłem już pewien, jakiego dokładnie rodzaju.
        Z hukiem odstawiłem szklankę na blat i przecisnąłem się pospiesznie w stronę drzwi, łapiąc po drodze marynarkę przewieszoną przez oparcie hokera, na którym siedziałem zanim to wszystko się zaczęło. Wyszedłem na zewnątrz i choć jeszcze chwilę temu myślałem, że przez kobietę nie mogę wypełnić swojego rytuału, teraz widok fajerwerków nie przywiódł na myśl zupełnie niczego. Może dlatego, że patrzyłem na nią, gdy odwracała się przez ramię w moją stronę, a to spojrzenie wycisnęło mi powietrze z płuc. Nawet jeśli nie musiałem oddychać już od stuleci. Rozglądnąłem się po pustawej uliczce, wzrokiem przebiegłem też po tłumach zebranych na głównej arterii, które było stąd widać w zaledwie małym wycinku i ruszyłem w przeciwną stronę, za kobietą.
        Kilkanaście kroków za nią, w równym odstępie, nie spuszczając z niej spojrzenia, a jednocześnie wytężając słuch. Całkiem odruchowo nagle zrobiłem się bardziej czujny, instynkt łowcy wziął górę nawet nad pożądaniem, a wolna przetrwania podpowiadała... Nie, raczej nakazywała zwiększoną ostrożność.
        Do pokoju wszedłem, kompletnie powstrzymując oddech i stąpając tak cicho, że nie dało się tych kroków usłyszeć, jeśli nie skupiało się właśnie na nich. Nieco skulony, na lekko ugiętych kolanach. Dopiero gdy wampirzyca się odwróciła, wróciło tamto wrażenie z baru. Z całą swoją mocą.
        — Naszych wrogów — dokończyłem za nią, a może raczej uzupełniłem toast z bezczelnym uśmiechem na twarzy, po czym również przechyliłem fiolkę. Oczywiście nie bez wcześniejszego dyskretnego upewnienia się, że krew nie zawiera werbeny. Przyjemnie lepka ciecz o metalicznym posmaku spłynęła w dół gardła. Działała o wiele lepiej niż alkohol – tysiące razy intensywniej, wyostrzając zmysły i powodując miłe odurzenie jednocześnie, dając wrażenie natychmiastowej potęgi oraz siły. Przyspieszając tętno. Uintensywniając zapachy, kolory, kształty i pożądanie.
        Z cichym westchnięciem odstawiłem naczynie od ust, a potem cisnąłem je gdzieś w kąt. Nie zdążyło się rozbić na podłodze, kiedy znalazłem się przy kobiecie ruchem niemal niemożliwym do dostrzeżenia dla ludzkiego oka. Po krwi nie było już granic, nie w tym pokoju i nie na cudowne tu i teraz. Popchnąłem Sol w kierunku ściany za nią, tak że przylgnęła do niej plecami, a ja przycisnąłem ją własnym ciałem. Pragnąłem znów poczuć to, co w barze kilka chwil temu, jej ciało na swoim, jego ciepło i kształt. Tyle że teraz musiałem poczuć to lepiej.
        Tępy brzęk tłuczonego się szkła rozbrzmiał w uszach jak dzwon w chwili, w której znów ją pocałowałem. Nie w grzeczny, kulturalny sposób. Przeciwnie – nie było w tym nic z delikatności ani lekkości. Zostało tylko brutalne pożądanie i pośpiech, dłonie zsuwające się na biodra i palące pragnienie „więcej!”, gdy bezceremonialnie wcisnąłem je pod koszulkę. Gdy dotknąłem rozgrzanego ciała kobiety, poczułem jego teksturę pod palcami. Pogłębiając pocałunek, jednocześnie przesunąłem je wyżej, mocno po skórze, powstrzymując się od podrapania jej. Jeszcze.
        Nie było już czasu ani miejsca na słowa. Zdawało mi się, że wszystkie zostały wypowiedziane. A jeśli nie, to do k**** nędzy, mogły poczekać jeszcze trochę.

Ostatnio zmieniony przez Valeriane (19-09-2018 o 20h46)


                                    t o   l o v e   i s   T O   D E S T R O Y
https://78.media.tumblr.com/5ecf2eb93f82154412a80dfd29b67f01/tumblr_p2eulo37G51w8mobyo9_400.gif https://78.media.tumblr.com/c536949fd44696685688d1a0b2da8a19/tumblr_p2eulo37G51w8mobyo5_400.gif
                                                                             t o   b e   l o v e d   i s   T O   B E   T H E   O N E   D E S T R O Y E D

Offline

#92 19-09-2018 o 21h44

Straż Lśniąca
Hidney
Zbieg Okoliczności
Hidney
...
Wiadomości: 2 814

________________________https://i.imgur.com/V0Wvctc.png
        Od momentu wejścia do pomieszczenia, zaczęła w myślach odliczać czas. Każda czynność, każdy krok, każdy ruch oprawiony był konkretną ilością sekund dokładnie zaplanowanych w jej głowie. Ściągnięcie kurtki, wyciągnięcie zeń probówki, wciśnięcie jej w dłoń mężczyzny. Wspólne opróżnienie fiolek. Wspólne, przyspieszone bicie serc, tak silnie pobudzonych. Nie tylko świeżo spożytą krwią.
        Zdołała naliczyć dokładnie trzy sekundy do momentu, kiedy to odczuła, jak jej własne łopatki nieco boleśnie uderzyły o pobliską ścianę.

Dalsza część do uzyskania na pw dla chętnych :v


https://i.imgur.com/0M56l9G.gif https://i.imgur.com/NUS4v5Y.gif
I    A M    A L W A Y S    B Y    Y O U R    S I D E

Offline

#93 22-09-2018 o 07h45

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 671

......................................................https://fontmeme.com/permalink/180914/d96945e634f6cab28a10e6a6234b0845.png

  Nie spodziewała się takiego wyznania ze strony Shanea, ale ucieszyło ją to, że mężczyzna otworzył się przed nią i powiedział o swoich wątpliwościach. Sprawa dotycząca Super Wampira była dość delikatna i nie do końca wiadomym było, jak się za nią zabrać. Carine chciała pomóc Przywódcy, ale nie wiedziała jak, bo jedyne co przychodziło jej do głowy to odnalezienie go i rozmowa. W grę nie wchodziła walka, bo oczywiście zdawała sobie sprawę, że nie ma szans, by się z nim równać. Siedząc na krawędzi dachu zastanawiała się, jakich argumentów użyłaby podczas rozmowy i jak skłoniłaby go do współpracy lub zaniechania dalszego mordowania, które wszystkim wychodziło bokiem. Co innego rozerwać gardło przypadkowej osobie w ciemnym zaułku, a co innego zabić dziecko, bo i takie ofiary się zdarzały, z tego co zdołała się zorientować. Sama nie była typem świętej, która mogłaby kogokolwiek moralizować, ale nigdy nie odebrała życia, które ledwo się zaczęło. Dziewczyna była zła, ale również przestraszona i zagubiona, bo prawdopodobnie nikt z członków klanu nie zawracał sobie głowy tak ważnymi sprawami i nie zastanawiał się nad tym, jak pozbyć się problemu.
  Już miała się odezwać, ale zamiast tego zrobił to Vincent. Spoglądała na niego nieco zaskoczona, ale i oburzona. Przychodzi sobie tutaj, jakby nigdy nic i rzuca jej te swoje uśmieszki sprawiając, że znowu zaczęły drżeć jej kolana. Cholerny Barnes. Najpierw znika, a później wraca i jest jeszcze bardziej seksowny niż wczoraj. Zwracał się bezpośrednio do Shanea i mówił całkiem z sensem, choć bez wątpienia jego słowa nieco zaniepokoiły przywódce, a przynajmniej tak wydawało się Cari. Dziewczyna podchwyciła jego spojrzenie i od razu podniosła się do pionu, by oddalić się z Vincem, nie omieszkając przy tym rzucić w jego stronę kilka uszczypliwości.
   - Czyżbyś był zazdrosny? Wczoraj jakoś nie miałeś skrupułów i zostawiłeś mnie niemal bez słowa, a co więcej, nie odezwałeś się później. - zauważyła, stając ramię w ramię z Wampirem, zerkając na niego spod zwichrzonych pukli włosów, których wiatr nie oszczędzał nawet przez sekundę. Gdy odwróciła się na moment, dostrzegła że Shanea już nie ma na dachu. Być może poczuł się w jakiś sposób urażony lub zawstydzony faktem, że Barnes usłyszał ich rozmowę, a raczej jego wyznanie. Pojedzie do niego z samego rana, jeśli Wampir będzie spędzał noc u siebie i postara się porozmawiać nawet z Sol. Coś, co było ważne dla Shanea było też ważne dla niej i choćby sypano jej sól w oczy, to ze wszystkich sił postara się mu pomóc, nawet jeśli oznaczałoby to zakopanie topora wojennego i chwilowe pojednanie z Hazelmare. O k**** ileż ją to będzie kosztowało.
   - Powiedziałeś, że chcesz się dobrze bawić. Uznałam to za zaproszenie, bo jak sądzę masz w zanadrzu coś ciekawego w ramach odkupienia win za wczorajszy wieczór, który umówmy się, mogliśmy spędzić zupełnie inaczej. - posłała mu zaczepny uśmieszek i zaczesała kilka kosmyków włosów za ucho, by choć trochę je okiełznać. Zastanawiała się, czy wspomnieć o Super Wampirze i choć w pierwszej chwili nie chciała tego robić to już w następnej szeptała do mężczyzny:
  - Jestem z tobą - wpatrywała się w dekorację, w przygotowaniu których ludzie nie mieli sobie równych. Miała nadzieję, że Vincent wiedział o co jej chodzi. Jeśli Shane nie będzie chciał współpracować z Barnsem, to postara się do do tego namówić, bo pomysł nie był wcale taki zły, a przynajmniej lepszy niż próbowanie się go pozbyć.
  - Mam nadzieję, że randka z tobą nie ograniczy się do upijania w barze, to tak czas mogę spędzić z Noxem - rzuciła mimochodem. Znała na tyle Vinca, by wiedzieć, że odbierze to jako wyzwanie.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#94 23-09-2018 o 13h40

Straż Absyntu
Chocolate
Żołnierz Straży
Chocolate
...
Wiadomości: 558

________________https://zapodaj.net/images/81a4c660702ec.png

        To, że ktoś się zbliża usłyszałem już z daleka. To, że ta osoba usłyszała koniec mojej wypowiedzi było jednak raczej zbędnym przypadkiem, zwłaszcza kiedy zrozumiałem, kto znalazł się za naszymi plecami. Mimo wszystko nie drgnąłem przez dłuższą chwilę obserwując już nie Carine, a zatłoczoną ulicę pod nami. Prawdopodobnie Vincent po prostu chciał mnie do czegoś swoimi słowami sprowokować. Wielu lepszych od niego próbowało już tej sztuczki.
        I wielu lepszych poległo na tym polu.
        Rzecz jasna, nie podobało mi się to, z jaką swobodą wtrąca się do mojej prywatnej rozmowy z Carine, jakby uważał, że ma do tego pełne prawo nadane przez siebie samego. Ale nie było tego widać ani w sylwetce, nieco przygarbionej, z łokciami opartymi na szczycie zdobionej kamieniem i cegłą fasady, ani na twarzy ukrytej w morzu świateł i tworzonych przez nich nierównomiernych cieni. To, że Vincent pogrywa sobie z Carine również nie było niczym nowym, a jego szczekanie o randce uznałem już za wyjątkowo niskie posunięcie. Jakby naprawdę miał te trzydzieści lat, na które wyglądał. Często z resztą też się tak zachowywał i może pasował bardziej do Licentii, gdyby nie drobne szczegóły trzymające go nadal w moim klanie.
        On po prostu lubił się sprzeciwiać. Stawać w opozycji. To sprawiało, że jego serce pompowało krew odrobinę szybciej. W wrogim klanie nie znalazłby przecież zasad, którym mógłby powiedzieć głośne, bardzo buńczuczne „nie”. Ta wiedza, a raczej moja świadomość dawała mi w pewnym sensie przewagę nad Barnes’em, z której on pewnie nawet nie zdawał sobie jeszcze sprawy.
        Obserwowałem pokaz, który pompowany był do ogromnych rozmiarów z każdą mijającą minutą, ale jednocześnie uważnie słuchałem słów wampira.
        Potrafił być naprawdę lekkomyślny, zwłaszcza w przypadkach, kiedy sobie coś ubzdurał, jak teraz najwyraźniej. Ale był dla mnie cenny. Był ogniwem, z którego nie chciałem – o ile nie to, że nie mogłem zrezygnować. Przenikliwość i patrzenie ponad moimi granicami były wyjątkowo cenne.
        W końcu odepchnąłem się ramionami od zimnego kamienia i stanąłem twarzą w twarz z drugim mężczyzną. Nie dał mi czasu na odpowiedź. Może to i lepiej, bo żadnej teraz nie miałem. Po prostu odwrócił się i odszedł, a nie było w tym ani grama szacunku. Nie jako do dowódcy, a jako swojego rozmówcy. Przez chwilę po prostu tak stałem, z obojętnością wymalowaną na twarzy, powtarzając w głowie jego słowa, aż w końcu skupiłem uwagę na Carine.
        Ale jej również nie było.
        Najwidoczniej oglądanie przedstawienia koniec końców zostało tylko dla mnie. I to tyle, jeśli chodzi o wieczór „tylko dla nas”. Pewnie mówiąc to miała raczej na myśli „wieczór, w którym ja nie mogę się spotkać z Sol, ale ona może zostawić mnie bez słowa”. Nawet nie potrafiłem wykrzesać z siebie złości.
         Musiało minąć sporo czasu do momentu, w którym pompatyczny pokaz spuścił z tonu. Odczekałem jeszcze chwilę, całkiem samotnie stojąc na szczycie dachu, a później z łatwością odnalazłem nową drogę na dół i nie minęła minuta, jak ponownie postawiłem stopy na kamiennej drodze. W kolejnej zaś tuż obok pojawił się wysoki, patykowaty mężczyzna. Był suchy, a jego skóra przywodziła na myśl pergamin. Przeszedł przemianę podczas trudnej choroby, praktycznie na łożu śmierci, przez co obecnie wpasowywał się idealnie w stereotyp księgowego zasypanego stertą akt. No  był wyjątkowo dobrym szpiegiem.
        Nachylił się i wyszeptał kilka słów. Sprawnie zniknął w tłumie, zanim ludzkie oko mogłoby zauważyć nas rozmawiających. Był jednym z tych wampirów, na których opierała się moja siatka szpiegowska i proszę – znowu okazał się niezawodny.
        Skoro wszyscy zdecydowali się dzisiaj wziąć wolne od pracy, chociaż ja powinienem wziąć się za obowiązki. Z delikatnym uśmiechem na twarzy ruszyłem we wskazanym przez szpiega kierunku, choć wybrałem drogę nieco okrężną. Wątpiłem, ponownie, żeby ktoś szedł moimi śladami, ale wolałem być ostrożny.
        Bar z zewnątrz wyglądał niepozornie, ale ja nie dałem się temu zmylić. Wiedziałem, że wewnątrz prezentuje bardzo obfite bogactwo, nie tylko to wizualne i materialne. Wybierali go luzie, którzy poszukiwali czegoś specjalnego w zagraconym Chinatown, czegoś na swój urzekający sposób luksusowego i co dziwne, pasowało mi to do Licentii. Przynajmniej do tego, czym była, kiedy jeszcze spędzaliśmy ze sobą każdą cząstkę naszego życia. Wziąłem głęboki wdech, a później przekroczyłem próg lokalu.
        Wnętrze było bogato zdobione ażurowymi kurtynami, które dzieliły ciemną przestrzeń, a całą jedną ze ścian pokrywały trzy równiutkie rzędy czerwonych, niewielkich lampionów. Przy barze było najjaśniejsze źródło białego światła, ale reszta była pogrążona w przyjemnym, klimatycznym półmroku. Licentia, zaś…
       Nie dało się jej nie zauważyć. Roztaczała władczą aurę nawet się nie starając. Stała przy barze, najwyraźniej czekając na obsługę. Znalazłem się tuż obok w przeciągu sekund.
        — Zróbmy ten rachunek na mój koszt — odezwałem się do barmana, którego oczy powiększyły się na mój widok do rozmiarów dwóch spodków. Jak dużo lokali w tej dzielnicy, ten również należał do mnie. Dopiero wtedy przeniosłem spojrzenie na dowódczynię, a mój wzrok był skoncentrowany, skupiony. Może do tej pory ignorowałem jej obecność z premedytacją, ale wolałem nie wystawiać cierpliwości tej jednej kobiety na próbę. — Interesy udane, wszystko poszło po twojej myśli? — zapytałem swobodnie, uniosłem lekko brwi. Nie był to raczej popis siły ani posiadanej wiedzy, a bardziej zwykła ciekawość. Może nawet troska.
        Gdyby w normalnych warunkach Licentia postanowiła postawić nogę w mojej dzielnicy, weszła do mojego baru, mogłoby to oznaczać poważne problemy. Dzisiejsza noc jednak była w pewien sposób wyjątkowa. Może przez te miliony lampionów i latające smoki.
        — Usiądziesz ze mną? — zaproponowałem po chwili, cmokając z namysłem i ponownie skierowałem na nią spojrzenie.
        Przed nami na gładkim, lśniącym blacie pojawiły się dwie szklanki, a w nich prawdziwe dzieła sztuki. Płyny rozwarstwione w idealnych proporcjach, połączone długimi, delikatnymi, białymi nićmi. Sztuka tworzenia napojów w chińskim wydaniu. Perfekcyjna. Wziąłem swoją szklankę i skinąłem głową w stronę żywego drzewa wiśni zasadzonego w samym środku nie tylko miasta, ale budynku.
        Zawsze sądziłem, że Chińczycy mieli rozmach.


https://zapodaj.net/images/b869639902b41.gif https://i.pinimg.com/originals/44/f0/05/44f005e107eebe8905ec8c1b9c49a8bf.gif https://zapodaj.net/images/0660ea069980d.gif

Online

#95 23-09-2018 o 15h48

Straż Obsydianu
Valeriane
Żołnierz Straży
Valeriane
...
Wiadomości: 547

____________https://zapodaj.net/images/a7f3e41efa09c.png

__________________________________PW

        Z tą myślą usiadłem na krawędzi łóżka, z ciężkim westchnieniem i wyrazem błogości na twarzy, na który pozwoliłem sobie gdy kobieta znalazła się za moimi plecami. Bo zaraz miały wrócić pozory i gra, która rozpoczęła się jeszcze w barze. To była właśnie myśl sprowadzająca mnie na ziemię. Grzywka lepiła mi się do czoła mokrego od potu i dopiero teraz zaczesałem włosy na tył głowy lekceważącym ruchem. W kącie pokoju stało lustro, w którym odbijał się kawałek łóżka, mnie i wampirzycy za mną. Znów zapatrzyłem się na jej skórę, na gładkie krzywizny ciała, długie blond włosy. Nie widziałem jej twarzy.
        W powietrzu wciąż unosił się ledwie wyczuwalny zapach krwi z roztrzaskanej przeze mnie fiolki i wisiało coś, co zawsze dało się wyczuć po dobrym seksie. Jakiś rodzaj zadowolenia, może satysfakcji. Nie było za to wspólnego leżenia w objęciach na łóżku i wpatrywania się w sufit, żadnych zbędnych czułości ani rozmów, jeszcze nie. Wiedziałem, że w końcu trzeba będzie przerwać tą ciszę, ale każda wyrwana sekunda milczenia pozwalała przedłużyć ten stan, w którym byliśmy tylko kochankami; nie wampirami na wysokich pozycjach w opozycyjnych rodach w obliczu zagrożenia.
        Podniosłem się na nogi i przeciągnąłem leniwie, świadomie prężąc się pośrodku małego pokoju hotelowego w dość wyzywający sposób. A potem, wciąż nie sięgając po żadną część garderoby odkleiłem wreszcie spojrzenie od lustra i wolno odwróciłem się w stronę kobiety. Pozwoliłem sobie patrzeć otwarcie dłużej, niż mogłoby to zostać uznane za stosowane – ale czy to nie hipokryzja, mówić o stosowności, kiedy nasze pierwsze spotkanie skończyło się w łóżku? Musiałem mocno spiąć mięśnie i zebrać mnóstwo silnej woli, żeby znów nie rzucić się na pościel i nie utonąć ponownie w tamtej przyjemności.
        — Sol. — Co można było powiedzieć w takiej sytuacji? Dziękuje to się żonie, a d***** można chociaż zapłacić. Wiele razy zdarzało mi się przespać z kim popadnie, to nigdy nie w takim momencie z kimś tak ważnym, nie było też potrzeby niczego mówić. Wychodziło się, zostawiało za plecami tamte dziewczyny. Ale teraz sytuacja była inna. Bo kim dla mnie ona była? Ani żoną, ani d*****, ani żadną ich kombinacją. Nie mogłem sam siebie oszukać, nie zamierzałem z resztą tego robić. Czułem, że będzie ważnym elementem układanki. Z racjonalnego punktu widzenia wiedziałem, że ze względu na moje pożądanie może być bronią przeciwko mnie, jeśli tylko zbyt nisko opuszczę gardę. Ta myśl powodowała, że nie mogłem się rozluźnić i powiedzieć, jak z********* mi z nią było, jak bardzo podobają mi się jej smukłe uda i pośladki. — Wciąż jeszcze pozostaje nam walka — rzuciłem wreszcie luźno, najpierw zwilżając usta językiem i przezwyciężając suchość w gardle. — Nie chcę zabrzmieć jak pierwszy lepszy uwiedziony i wykorzystany frajer, ale może powiesz mi dlaczego, skoro śledzisz mnie od miesięcy, kochamy się dopiero teraz? — dodałem już zupełnie bezczelnie, nawiązując do jej wcześniejszych słów w barze, które tak zapadły mi w pamięć. Oczywiście wątpiłem, żeby była na tyle dobra i nie zorientowałbym się o tym, gdyby to był fakt.
        Pytanie, które zawisło między nami było o seks. Ale przecież chodziło o wiele więcej niż to. Wolno obszedłem łóżko dookoła, zbliżając się do niej i nie odrywając czujnego spojrzenia z jej twarzy. Żart sprzed chwili rozmył się gdzieś w powietrzu.
        — Kim jesteś? Nasze spotkanie nie było przypadkiem; nie mogło nim być. Nie teraz, kiedy zostałaś zastępcą Shane’a. — Choć mówiłem spokojnie, coś napiętego i gotowego do ataku czaiło się we mnie.

Ostatnio zmieniony przez Valeriane (23-09-2018 o 15h49)


                                    t o   l o v e   i s   T O   D E S T R O Y
https://78.media.tumblr.com/5ecf2eb93f82154412a80dfd29b67f01/tumblr_p2eulo37G51w8mobyo9_400.gif https://78.media.tumblr.com/c536949fd44696685688d1a0b2da8a19/tumblr_p2eulo37G51w8mobyo5_400.gif
                                                                             t o   b e   l o v e d   i s   T O   B E   T H E   O N E   D E S T R O Y E D

Offline

#96 23-09-2018 o 17h04

Straż Cienia
Iku
Żołnierz Straży
Iku
...
Wiadomości: 462

____________________________https://fontmeme.com/permalink/180805/bee71972d52afe89aec1112cf0f3295d.png

        Gdyby powiedziała, że nie spodziewała się go tutaj skłamałaby, byłoby to tak niedorzeczne i śmieszne jak moment w którym wchodzisz do czyjegoś domu i jesteś zdziwiony, że ta osoba jest w środku. Tak było i w tym przypadku. Nie skrywała swojej obecności w JEGO dzielnicy, wiedziała, że dziś może pozwolić sobie na więcej niż posyłanie wysłanników otumanionych jej mocą. Nie musiała przemykać w nielegalny sposób do wyznaczonego miejsca, unikając szpiegów, dziś posypały się wszystkie zasady i bariery – o ile taki ktoś jak ona uwzględniał takie słowa w swoim słowniku. Tak więc czego oczekiwała? Osobistego pojawienia się przywódcy? Oczywiście, że tak. W końcu zostawiła mu wystarczającą ilość poszlak. Od nieukrywanego pojawienia się na mieście, po udawanie ślepej na jego szpiegów. Oszukać mogli wampira, który miał z dwieście lat, ale nie ją. Doskonale zdawała sobie sprawę, że od chwili przekroczenia granicy jest pod stałą obserwacją, a w kasynie czaiło się kilka osób z tej pseudo burżujskiej organizacji, gotowych niczym psy gończe puścić się za nią biegiem, byle tylko zdobyć uznanie przywódcy. Ona jednak była za stara na takie zabawy, jeśli chciała żeby ją widzieli, to ją zobaczyli, w innym wypadku nie zdaliby sobie nawet sprawy, że załatwia interesy w tej części miasta. Oczywiście istniała też możliwość, że Shane wie, a nawet w jakiś sposób toleruje jej wyskoki i obecność na terenach które podlegały jego protekcji. Teraz jednak zostawiła mu wystarczającą ilość poszlak, które można by nazwać wręcz zaproszeniem do rozmowy.
    Czekała więc, cierpliwie na pojawienie się kogoś od nich, oczywiście w całej swojej wyniosłości i dumie liczyła właśnie na ten znajomy zapach, dźwięk kroków, nawet na to cholerne ukłucie tęsknoty i niepohamowanej złości w sercu – wszystko to sprawiło, że przed jej oczami pojawiło się dobrze znane oblicze. Niemal wyryty w jej sercu i umyśle obraz, który mogła przywołać zawsze o każdej porze dnia i nocy. Nie patrzyła na niego, chociaż doskonale wiedziała, że idzie właśnie w jej stronę. Minęły może sekundy, dwa uderzenia serca, może trzy i już był obok, a ona? Ona nie odwróciła wzroku nawet na sekundę, choć na jej ustach roztoczył się tajemniczy półuśmiech. Rozbawiła ją reakcja barmana na widok i słowa wampira, Shane jak widać również lubił mieć władzę i to nie tylko w mrocznym, nielegalnym świecie wampirów, ale i wśród ludzi.
    Była na terytorium wroga, a mimo to w jej ciele nie było nawet minimum napięcia, zupełnie tak jakby była u siebie. Oparła się nonszalancko o bar, podpierając brodę na dłoni i dopiero, kiedy zagadał do niej przeniosła bardzo powoli wzrok na jego twarz. Taką samą jaka rysowała się w jej głowie, niezmienioną nawet odrobinę przez czas i problemy, z oczami tak samo chłodnymi jak wtedy.
– Czy udane to dopiero się okaże mój drogi. – rzekła tajemniczo i odgarnęła kosmyk białych włosów za ucho, kącik ust zwiastował wykwitanie prowokacyjnego uśmieszku.
– Nie śmiem odmówić, skoro zapraszasz – odparła i wzięła swoją szklankę, wolnym krokiem ruszając za właścicielem owego przybytku. Rozsiadła się tuż pod samym drzewem wiśni, które idealnie pasowało do tego miejsca. Przez chwilę milczała przyglądając się płynom w szklance, a następnie pociągnęła delikatny łyk zapoznając się ze smakiem napitku.
    Szkło wydało delikatny dźwięk odstawione na drewniany blat, a ona cmoknęła cicho przyglądając się mężczyźnie.
– Ludzie zawsze lubią mieć kontrolę, nawet nad naturą – powiedziała patrząc w górę na drzewo, by następnie powrócić wzrokiem na wampira.
– Chciałabym powiedzieć, że wyglądasz lepiej niż po naszym ostatnim spotkaniu, ale chyba nie dbasz o siebie jak należy Shane. Mam nadzieję, że pamiętasz o odpowiedniej diecie – powiedziała cicho i niby przypadkiem odgarnęła włosy z szyi i przejechała po niej palcami.
– W końcu musisz o siebie dbać, nie po to poświęcałam swoją krew żebyś teraz się marnował – zaśmiała się i pociągnęła kolejny łyk, a później zdjęła kurtkę i położyła ją obok, by wygodniej rozsiąść się na skórzanej kanapie, rozejrzała po pomieszczeniu i spojrzała na niego z wyzwaniem w oczach.
– A jak tam kwestia naszego małego problemu? W końcu wtedy nie zdążyliśmy dojść do żadnych konkretów - rzuciła uśmiechając się tajemniczo, zupełnie jakby nie mówiła o czymś co zagraża całej populacji wampirów.

Ostatnio zmieniony przez Iku (23-09-2018 o 17h06)


https://zapodaj.net/images/a4bc55321abbf.jpg

Offline

#97 23-09-2018 o 20h24

Straż Lśniąca
Hidney
Zbieg Okoliczności
Hidney
...
Wiadomości: 2 814

________________________https://i.imgur.com/V0Wvctc.png
        Zatonęła w pomiętej, jasnej pościeli, zagłębiając się w jej przyjemnym chłodzie – chłodzie kojącym, z wolna przywracającym wszelki zdrowy rozsądek.
        Myśli zaczęły nadchodzić stosunkowo szybko, wraz z jej stopniowo uspokajającym się oddechem. W końcu nadszedł czas na uświadomienie sobie, w jakiej pozycji aktualnie się znajdowała, co chciała osiągnąć, a co faktycznie udało jej się zrealizować.
        Otworzyła oczy. Leżała na lewym boku, a obok niej nie było już Nicholasa – mężczyzna stał nieopodal, przeciągając się przed nią wdzięcznie. Spostrzegła, że kompletnie nie zmienił swojego podejścia – wciąż był cholernie pewny siebie. Byłaby jednak skończoną kretynką, gdyby uznała, że to, co między nimi zaszło, mogłoby w jakikolwiek sposób zmienić jego postępowanie.
        W końcu nie był idiotą. Albo inaczej – nie poszłaby do łóżka z idiotą.
        Oparła się łokciem o materac, podpierając głowę dłonią. Skoro urządzał jej przed oczami śmiały spektakl, to nie miała jakichkolwiek oporów przed wcieleniem się w rolę jego milczącego widza. Patrzyła na Nicholasa w jego pełnej okazałości; przeczesywała wzrokiem każdy, nawet najdrobniejszy mięsień przesuwający się tuż pod jego skórą.
        Czy powinna czuć się źle?
        Skłamałaby, gdyby powiedziała, że gdzieś w środku nie odczuła niepokoju. Wciąż miała wrażenie, że igrała z ogniem, nieustannie pchając swe łapy nie tam, gdzie było trzeba. Ale skłamałaby również wówczas, gdyby próbowała komuś wmówić, że to igranie z ogniem jej się nie podobało. Że nie podniecał jej ten cholerny dreszcz emocji, kiedy raz za razem mogła być żywym świadkiem reakcji ciała mężczyzny, tego, jak reagował na jej ruchy, jej chłodne, zwilżone wargi, nierównomiernie wydychane powietrze czy rzucane mu spojrzenia. 
        Ale tak naprawdę chodziło w tym wszystkim o coś jeszcze innego.
        Zwykle bała się momentu pierwszego otwarcia oczu. Wtedy najczęściej budziła się w swoim własnym łóżku, a zewsząd atakowała ją bezwzględna cisza, świadcząca o braku czyjejkolwiek obecności.
        To było najgorsze uczucie na świecie – witać nowy dzień z poczuciem bezgranicznej samotności.
        Teraz jednak otworzyła oczy, a obok był ktoś. Szczegół, że ktoś całkowicie obcy. Szczegół, że ktoś, kto nią gardził. Szczegół, że był to ktoś, z kim przespała się tylko dlatego, aby w końcu choć na chwilę uwolnić się od samotności. To było idiotyczne, skrajnie głupie – ale nie mogła powiedzieć, że jej nie pomogło. Że choć na chwilę nie uspokoiło tego drażniącego ukłucia w karku, które doskwierało jej na co dzień.
        - Nicholas. – odparła, odwzajemniając jego spojrzenie. I dopiero gdy wymówiła imię wampira na głos, uświadomiła sobie, jak bardzo pragnęłaby, aby było to imię kogoś innego.
        Kłucie w karku wróciło. Więzły zapętliły się na dobre, zaciskając się w gruby supeł.
        - Widzisz, a więc jednak potrafimy ze sobą współpracować.
        Nie przerywała kontaktu wzrokowego z mężczyzną, pozwalając mu ponownie skrócić odległość, jaka znajdowała się między nimi. W końcu, gdy dotarł stosunkowo blisko, podniosła się lekko, przeczesując długie włosy palcami. Chwilę później przerzuciła je na jedno ramię. Nachyliła się w stronę twarzy Nicholasa i jedną dłonią ujęła jego brodę, spoglądając prosto w jego oczy.
        - „Julia jest słońcem”* - wyszeptała, a na jej twarzy ponownie pojawił się lekki, nieco zadziorny uśmieszek. – Jestem słońcem. I, choćby po swojej własnej śmierci, sprawię, że te dwa zwaśnione rody się pogodzą. Proszę, namów Licentię do kolejnego spotkania.

*„Romeo i Julia”, W. Shakespeare, cytat z aktu drugiego


https://i.imgur.com/0M56l9G.gif https://i.imgur.com/NUS4v5Y.gif
I    A M    A L W A Y S    B Y    Y O U R    S I D E

Offline

#98 23-09-2018 o 21h04

Straż Obsydianu
Aku
Pokonała Dahu
Aku
...
Wiadomości: 2 951

__________________________________________________________________________________________https://images91.fotosik.pl/13/b061d47c33d14237.gif     https://images92.fotosik.pl/13/ee4035174f38e395.png

        Pokaz papierowych smoków był zjawiskowy nawet dla niego, mimo że stąpał po ziemi już wiele długich lat i był świadkiem ogromnej ilości niesamowitych widoków. Co prawda nie przyglądał im się z należytą uwagą, jak większość gapiów stojących tuż przed całym widowiskiem, śledząc wzrokiem każde najdrobniejsze drgnięcie dryfujących w powietrzu lampionów, jednak nie przeszkodziło mu to w cichym zachwycie, gdy przymierzając się do zejścia z dachu, podziwiał ich wymyślne kształty, kolory i delikatny, pełen gracji taniec w powietrzu. Nie było dnia, gdy nie czuł się wewnętrznie rozdarty myśląc o ludziach i swoim własnym stanowisku względem nich. Jakaś zakopana część w jego środku wciąż przywoływała dobre wibracje, moralne rozterki i nawracające natarczywe myśli o Elizabeth, by po chwili miała zostać przygnieciona niemożebnym wstrętem i socjopatycznymi zapędami, z którymi nawet nie próbował w żaden sposób walczyć.
        Ciągła szamotanina. Ciągła walka. Ciągły strach przed tym, która jego część ostatecznie wygra i zawładnie każdą cząstką jego ciała, i umysłu.
        Krótka konfrontacja z przywódcą również należała do jednej z jego osobistych walk. Ciągłe wahanie, ciągłe poczucie zawieszenia między chęcią przynależności, a byciem indywidualistą kreślącym własne szlaki, tory i zasady. Dla wszystkich był tylko zlepkiem pozorów kształtujących go w jeden zakrzywiony, nieprzyjemny obraz i tak jak nasza percepcja ułatwia nam postrzeganie rzeczy z odległości tworząc proste kształty, w których nie jest się w stanie dojrzeć drobnych pęknięć, zabrudzeń i charakterystycznych szczegółów – tak samo widzieli go inni ludzie. Upraszczając. Zlepiając w bezkształtną masę, wbijając w nią tabliczkę z definicją jego osoby, nawet nie starając się podejść bliżej, tylko spoglądając z odległości, sporadycznie, z pobłażliwym uśmiechem i niechęcią bijącą z oczu.
        – To tylko twoja nadinterpretacja, Cari – odparł, schodząc niemal bezwysiłkowo  z krawędzi dachu, zeskakując na najbliższy balkon. – Jesteś jego wampirzym dzieciątkiem i każdy o tym wie. Musielibyście mieć naprawdę pokopane fetysze, żeby myśleć o jakiejkolwiek romantycznej chemii między waszą dwójką. A przynajmniej Shane – sprostował po chwili, schodząc na niżej umieszczony parapet. – Moralność, cnota i dążenie do najwyższego dobra i perfekcji wypływa mu nozdrzami. Ty jesteś inna.
        Do tej pory nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, jak jeden wieczór był w stanie zakrzywić obraz Carine w jego oczach. Wystarczył ten jeden gest, to jedno spojrzenie, jedno wymierzenie pistoletu, by dostrzec szczegół niewidoczny z odległości. Szczegół wzbudzający w nim uznanie do takiego stopnia, że sposób w jaki wypowiedział ostatnie zdanie zdziwiło nawet jego samego.
        Ty jesteś inna.
        – Praca nie wybiera, obowiązki wzywały, a ja oprócz hobbistycznego rzucania martwymi ludźmi po ścianach muszę prowadzić też swoją firmę i zadowalać klientów, zwłaszcza gdy są niezdecydowanymi snobami, którzy co chwilę zmieniają pomysły na kolor ścian w salonie – wyjaśnił pokrótce, zeskakując już całkowicie na chodnik.
        Odbijające się echem w jego głowie słowa wypowiedziane w kierunku wampirzycy wykiełkowały w jego wnętrzu drobny niepokój, zatuszowany obojętnym wyrazem twarzy. Nie chciał zostać zdemaskowany w swoim drobnym poczuciu zagubienia. Minęło sporo czasu odkąd postanowił wstąpić w szeregi klanu i relacje z Bernadotte utrzymywał zawsze w bezpiecznym dystansie, obserwując ją z daleka, nawet jeśli pozornie była naprawdę blisko niego. Bardzo dobrze zdawał sobie sprawę, że był dla niej chodzącą butelką feromonów, od której nie była w stanie w żaden sposób się uwolnić, przez co zawsze postrzegał ją jako zaślepioną nastolatkę zauroczoną w jakimś przystojnym kapitanie drużyny futbolowej. Nigdy nie traktował jej zbyt poważnie, zawsze podchodził do dziewczyny z rezerwą nie bardzo wierząc, by mieli ze sobą cokolwiek wspólnego i by jakkolwiek chciała naprawdę go poznać. Jako niego. Nie jako zlepek pozorów widzianych z odległości. A od wczorajszego, felernego dnia puścił gardę i przypadkowo pozwolił dziewczynie przestąpić kilka kroków do przodu, do jego środka. I przez całą drogę zawisło nad nim pytanie, czy nie popełnił właśnie dużego błędu.
        Nie odpowiedział na wyznanie brunetki, utwierdzając go w przekonaniu, że nie tkwi sam w swojej decyzji dotyczącej grasującego wampira. Miast tego, spokojnie rozglądał się po rozświetlonej banerami uliczkach Chinatown, gdy po raz kolejny tego dnia wpełznął do środka przemieszczającego się główną alejką tłumu.
        – Nox jest naprawdę bardzo przykładnym przyszywanym bratem, a bracia zwykle nie decydują się na pewne atrakcje – rzucił wyzywająco, uśmiechając się zaczepnie w kierunku towarzyszki, niby przypadkiem muskając palcami jej talię, gdy przeciskał się między chińskim małżeństwem idącym tuż przed nimi. – Mam nadzieję, że lubisz tańczyć.
        Vincent mijając kilka budek z jedzeniem skręcił w odpowiednią uliczkę prowadzącą do jednego z fajniejszych barów, w jakich bywał. Nie była to nader ekstrawagancka knajpa, jednak w jej przeciętności tkwił niewytłumaczalny urok przyciągający dziesiątki klientów. Otworzywszy drzwi, przepuścił Carine pierwszą do środka, groteskowo przejmując rolę dżentelmena, by po chwili skierować się w stronę baru zamawiając whiskey na lodzie.
        – Życzy pan sobie wynajęcie loży, panie Barnes? – zapytał kulturalnie barman, podając mężczyźnie swoje zamówienie.
        – Może za chwilkę – odparł spokojnie, siadając na jednej z pobliskich kanap.
        Pomieszczenie projektowane w nowoczesnym stylu podświetlane było jedynie wielkimi ledowymi plafonami w kształcie okręgów, rzucającymi fioletowe światło oraz podświetlanymi przegrodami imitującymi spadające płatki śniegu. Cały bar podzielony był na strefy, w której skład wchodziło kilka obitych fioletową, pikowaną skórą kanap i niskimi stolikami na napoje, a klimatu dopieszczały ciemne panele, ściany i sufity. Ergonomicznie ułożone głośniki zapewniały dobre udźwiękowienie w każdym, nawet najbardziej odległym od centrum lokalu miejscu, jednak to właśnie w jego środku znajdowało się całe serce pubu, gdzie na drobnym podwyższeniu pląsały tłumy ludzi w takt puszczanej przez DJ’a melodii.
        Usadawiając się wygodnie na sofie, upił łyk drinka i  uśmiechnął się półgębkiem.
        – Byłaś tutaj kiedyś na swoich szalonych wypadach z braciszkiem i rudzielcem na szpilkach?


24.09 - 28.09 NI MA MNIE
https://78.media.tumblr.com/396b73ec9cdf75a3f310de73d0f61057/tumblr_opmf1jhqAL1r3ssslo3_400.gif  https://78.media.tumblr.com/4b63b5ee238c9334d427a03f003ddb6e/tumblr_opmf1jhqAL1r3ssslo2_400.gif
FOR   WHICH   OF   MY   BAD   PARTS   DIDST   THOU   FIRST   FALL   IN   LOVE   WITH   ME   ?

Offline

#99 23-09-2018 o 23h36

Straż Obsydianu
Taneshja
Straż na szkoleniu
Taneshja
...
Wiadomości: 213

https://fontmeme.com/permalink/180806/bda81a943f3bdd2d82d44c0fd2aa205f.png

-K****, a ja tobie nadal wyglądam jak zębowa wróżka? Stracisz trochę krwi i od razu oczekujesz, że dostaniesz coś ode mnie? Chyba muszę się oświecić Woodville, ale wróżki to p******** mit, którym karmi się dzieci, a nie stare jak nowojorskie gówno wampiry.
   -Dostaniesz całą moją nagrodę za walkę jeśli podasz mi parę informacji albo trop do… nowego wampira- zaproponował, przeciągając się na niewygodnym siedzeniu i patrząc na stopniowo marszczące się czoło wąpierza. On nigdy się nie zmienił, pomimo przeżytych lat w skórze nieboszczyka nadal był ekspresyjny, nawet przez chwilę nie potrafiąc ukryć swoich emocji. Tak się przynajmniej zdawało każdemu kto nie znał Jose, choć tak naprawdę, kto znał tego Azjatę? Patrick pomimo ponad stu lat znajomości nadal nie znał jego prawdziwego imienia, a jedynie wiedział, że wampir był najlepszym oszustem i krętaczem, jakiego spotkał. Posiadał w swojej garści wiele informacji, handlując nimi i wykorzystując dla własnego pożytku. Wiedział, gdzie odbywają się nielegalne walki, tutaj, w Chinatown tuż obok komendy policji na ulicy Elżbiety.
   Jose zmrużył oczy, uważnie przyglądając się rudemu. Spodziewał się, że Woodville nie zadzwonił do niego bez potrzeby, nikt się z nim nie kontaktował nie mając ukrytego celu, a teraz idealnie wiedział czego chciał wampirzy dupek i sadysta- informacji. Pieniądze zawsze miał w dupie, ważne aby pozostać jak najwyżej w hierarchi. Albo po prostu się zabawić w łowce i ofiarę. Jemu po głowie krążyły nieustannie morderstwa i abstrakcyjne sposoby tortur- psychopata zamknięty w nieśmiertelnym ciele.
   -Może mam informację, może nie, ale to k**** nic do tego. Jesteś biedakiem Woodville i każdy kto choć słyszał o takiej rudej małpie jak ty to o tym wiem, więc nie zaoferujesz mi nic.
   -Ale jednak wiesz, że jest coś, co mogę zaoferować- odparł z uśmiechem, dłonią wycierając krew z podbródka. Oboje wiedzieli, że Patrick mógł zaoferować wiele za informacje, nawet coś tak prymitywnego jak świeża krew czy w skrajnych sytuacjach oszczędzenie życia, bo trzeba podkreślić, że wampir nie bał się ryzykować. Uwielbiał patrzeć śmierci w oczy, smakować się w cierpieniu innych, ale, przede wszystkim, był słownym i lojalnym wampirem. To dzięki tym cechą, które wykształcił w sobie jako nowo przemieniony wampir, nie stał się celem dla innych wampirów, niszczących jakiekolwiek zagrożenie.
   -Phi!- prychnął głośno Jose, wyrzucając w górę ręce.- Też mi co. Jesteś mi więcej przysług winien niż liczysz sobie lat, więc się tym razem p******.
   Wyraz twarzy rudowłosego nie zmienił się nawet odrobinę, gdy z zadziornym uśmiechem sięgnął przed siebie, chwytając pierwszego człowieka jaki mu się nawinął i wgryzł się w jego szyje bez ostrzeżenia. Krew buchnęła pod kłami wampira, malutkim strumieniem wyciekając spod ostrych zębów. Człowiek ni to jęknął, ni to krzyknął, aby już po chwili zamilknąć i osunąć się nieprzytomnym na ziemie.
   -Wyrżnę cały ten kompleks i ani ty mnie nie powstrzymasz, ani ochroniarza, patrzący na mnie spode łba, gdy będę zabijać tych pochrzanionych ludzi. I tak wampirom grozi niebezpieczeństwo, więc co to za różnica czy przyjdzie ono ze strony ludzi, czy jakieś zmutowanego wampirka?
   Nie starł krwi wokół ust, nie przejmując się ciekawskimi oraz zaskoczonymi, ale nie przerażonymi spojrzeniami oraz szeptami. Patrzył na Azjatę w taki sam sposób jak wcześniej, z lekkim uśmiechem i z przymrużonymi oczami, jedyne co się wokół nich zmieniło to okoliczności. Każdy znał Patricka Woodville'a jak psychicznego, sadystycznego zwyrodnialca i taka była prawda, wampir potrafił zrobić naprawdę wiele, aby osiągnąć swoje cele. Wystarczyła tylko odpowiednia zachęta, czas i okoliczności, aby zdziałać prawdziwe cuda.
   -Wiesz, że mogę urżnąć ciebie jeszcze mocniej Woodville?- syknął wściekle Azjata, wstając i klękając przy nieprzytomnym człowieku. Dotknął ręką jego klatkę piersiowo, sprawdzając puls i stan życiowy.- Masz szczęście, że żyję, bo k**** nie ręczę za siebie.
   -Och, ja wiem, że pomimo niskiego wzrostu masz długie kiełki, ale wiesz Jose, że zagrożenie jest realne, a ja potrzebuję informacji. Mogłeś skorzystać z mojej oferty i zaciągnąłbym kolejną przysługę albo mogłeś wziąć pieniądze. Wyszedłbyś z zyskiem, a teraz? No cóż, trudno, masz jednego rannego, a ja nadal nic nie usłyszałem o zagrożeniu czającym się na dwa najsilniejsze klany w Nowym Jorku.
   -Psia mać- szepnął pod nosem ciemnowłosy, przejeżdżając paznokciem po skórze i rozcinając ją. Wlał parę kropel swojej krwi do gardła nieprzytomnego, upewniając się, że ten człowiek przeżyję te noc.- Jesteś prawdziwym wrzodem na dupie- powiedział, podnosząc się z kolan.- I bardzo się cieszę, że nie należę do żadnego z pseudo silnych klanów…
   -Norwood jest silny- wtrącił rudowłosy, przedramieniem ścierając krew z ust.
   -… bo chyba bym nie wytrzymał w tak ciasnych majtkach jakimi są zasady. I dobrze, bo coś ci zdradzę Woodville, te twoje „zagrożenie” być może jest tutaj, w Chinatown albo w innym zakamarku Nowego Jorku, bo ja, do jasnej cholery, nie mam pojęcia gdzie on jest. Słyszałem od cholery i trochę plotek, ale nic poza tym.
   Pomruk niezadowolenia wydobył się z gardła mężczyzny, ale nie powiedział nic więcej. Wstał i powolnym krokiem ruszył do wyjścia. Dzisiaj miał mieć tylko jedną walkę, dlatego teraz, gdy nie uzyskał niczego, chciał wyjść. Jego nie ekscytowały brutalne walki, w których ludzie tracili części ciała, nie teraz, gdy na głowie miał dobro klanu i bierność swojej przywódczyni. Licentia była jako kobieta idealnym przewodnikiem dla niezrównoważonej grupy wampirów, ale nie raz obawiała się podjąć tych właściwych, skrajnych kroków. Tak jak Nicholas, który pomimo bycia s********* i zastępcą przywódcy nie robił nic ryzykownego. On, jak sam lubił nie raz o sobie mówić, był wampirem bez kręgosłupa moralnego z ledwie paroma żelaznymi zasadami wykutymi z tyłu głowy.
   Cichy pomruk usłyszany gdzieś z tyłu zatrzymał go. Odwrócił głowę, zmarszczył brwi i rozejrzał się uważnie, szukając w tłumie dziwnym i rządnych krwi ludzi, kogoś wyróżniającego się.
   Spójrz w bok.
   Wzrokiem podążył wzdłuż ciemnej linii ścian. Nie ujrzał tam tak niczego niezwykłego, obściskująca się para, która zrzuciła na ziemie większość ubrań i ludzie stojący obok i gapiący się na widowisko przed sobą. Nic niezwykłego, nic innowacyjnego, dlatego szybko zrezygnował z dalszej obserwacji i ruszył do wyjścia, analizując słowa, która jak mu się wydawało, przed chwilą usłyszał.
   Niedługo zginął kolejne wampiry. Jedno, prosto zdanie, w którym było, jak sądził Patrick, zawarte pewne proroctwo, co do losu paru nieśmiertelnych istot. Jeszcze nie jeden wampir zginie zanim uda mu się odnaleźć ślady prowadzące do sprawcy zagrożenia, mógł tylko liczyć na to, że wszystkie wąpierze jakie zginą będą należeć do Creighton.
   Wychodząc z piwnicy lokalu, odebrał z szatni płaszcz i założył na bokserki długie spodnie. Noc była jeszcze młoda, a on miał zamiar wykorzystać cały jej potencjał.
   Wyszedł na ulicę i zamierzał udać się do jakiegoś klubu na terenie Norwood, aby tam pozyskać jakieś informacji, bo Jose miał rację, zagrożenie mogło poruszać się po całym mieście, udając człowieka i niszcząc wampiry jeden po drugim.
   -Ciekawe czy prowadzimy jakiś rejestr zabitych ludzi- mruknął do siebie, wsadzając ręce do kieszeni i idąc w stronę komendy naprzeciwko. Droga była prosta, a ludzie kłębili się na głównej ulicy. Wszedł na jezdnie, lecz nawet nie zdążył przejść na drugą stronę, gdy usłyszał zbliżających się warkot samochodu. Ledwie odwrócił głowę, gdy wjechał w niego samochodów. Nie zamortyzował upadku ani nie powstrzymał dalszego biegu wydarzeń- pojazd najpierw zahamował gwałtownie, rzucając jego ciało do przodu, a potem przyśpieszył. Odgłosowi palenia gumy towarzyszył tylko wrzask Patricka, który ledwie przeturlał się na bok, a pojazd przejechał po jego nogach, łamiąc je w każdym możliwym miejscu.
   Czuł jak każdy element kości wbija się od wewnątrz w skórę. Ból przeszywał go na wskroś, paraliżując inne układy ruchu. Wrzask przerodził się w głośny syk, a potem w ciche klęcie i pojękiwanie. Z trudem doczołgał się do chodnika, w tej jednej chwili marząc tylko o jednym- o zabiciu s********, który r*********** mu nogi.
   Regeneracja była na tyle długa, że gdy wstał po samochodzie nie ostał się nawet kurz.
   -Chrzanić zagrożenie- mruknął do siebie.- Chrzanić gliny, gazetę i ludzkie media, ja zabiję tego kierowcę. Tak mu r********** życie, że ostatnie, co w życiu zobaczy to groby swojej rodziny, znajomych i cholernych złotych rybek.

Ostatnio zmieniony przez Taneshja (Wczoraj o 06h54)

Offline

#100 Wczoraj o 09h59

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 671

.................................................................https://fontmeme.com/permalink/180914/d96945e634f6cab28a10e6a6234b0845.png

   Ty jesteś inna.
Te słowa dźwięczały w jej głowie, odbijały się echem o wewnętrzną część czaszki i sprawiały, że nagle ogarnął ją wstyd. Vincent był dziwnie rozdrażniony, jakby wcale nie chciał być tu gdzie jest i jakby każde jej słowo wzbudzało jego niechęć. Zmarszczyła lekko brwi analizując wszystko, co powiedział i choć bardzo chciała, to nie potrafiła się do niego uśmiechnąć. Bolało ją to, że mężczyzna z taką lekkością mówi, że pozbawiona jest wszystkich tych cech, które posiadał Shane. Oznaczało to, że ona sama była jeszcze większym potworem niż sądziła i teraz wie o tym również Barnes. Szła za nim w milczeniu aż do baru, gdy on mówił zupełnie bez emocji, jakby opowiadał o zakupach w galerii handlowej. On najwyraźniej uważał, że nic się nie stało, ale Carine nie mogła czuć się przy nim tak swobodnie jak wcześniej.
  Kiedy poczuła jego chłodne palce na swojej talii, gdy objął ją delikatnie, zadrżała, ale udawała, że absolutnie ja to nie obeszło. Nigdy nie potrafiła ukrywać swoich prawdziwych emocji tak dobrze, jak swojej prawdziwej natury. Unikała kontaktu wzrokowego z Vincem oraz fizycznego, uciekając przed tym, o czym on już przecież doskonale wiedział. Była zupełnie, jak małe dziecko które przyłapane na gorącym uczynku, szło w zaparte, że nic złego nie zrobiło.
   - Nie, nigdy tu nie byłam. To moja pierwsza wizyta w Chinatown - odpowiedziała siląc się na spokojny ton głosu. Ściskała w dłoni szklaneczkę z płynem w kolorze rdzy i zastanawiała się, jak długo zdoła wytrzymać i kiedy postanowi uciec. Zawsze uciekała, tak było znacznie łatwiej. Nie spodziewała się, że Barnes będzie analizował jej profil osobowości i zacznie porównywać ją do innych członków klanu i tym samym przypomni, jak bardzo do nich nie pasuje.
   - Mówisz o wszystkich, ale nie o sobie. Kim jest Vincent Barnes? - odezwała się po dłuższej chwili ciszy, pozwalając sobie w końcu spojrzeć na niego. Obawiała się, że w jego oczach była już zupełnie inna osobą, że nie jest już słodką Carine, a pozbawionym uczuć monstrum.  Ich spojrzenia się spotkały tak, jak poprzedniego wieczora po masakrze w magazynie. Gdyby jej serce mogło bić, to zapewne pracowałoby teraz na najwyższych obrotach. Nogi lekko jej drżały ze zdenerwowania i nie mogła tego przerwać, choć usilnie się starała. Musiała znaleźć wymówkę, żeby odejść, być może na zawsze. Wmawianie sobie, że jest dobra nie służyło ani jej ani nikomu innemu. Siała wokół siebie kłamstwa, co czyniło z niej nie tylko krwiożerczą bestię, ale i kłamcę oraz manipulantkę.
   Cari odstawiła szklankę na stolik po wcześniejszym wypiciu zawartości i zbliżyła się do mężczyzny, by wyciągnąć go na parkiet. Repertuar nie był taki, jak w innych klubach w mieście, a raczej zmysłowy i spokojny. Lepiej dla niej jeśli się po prostu zamknie, jeśli wciśnie głowę gdzieś w zagłębienie jego szyi i nie będzie musiała na niego patrzeć. Liczyła na to, że Vincent nie zauważy iż w ten sposób próbuje uciec. Gdy znaleźli się blisko siebie objęła go układając dłonie na jego karku i zaczynając poruszać się w rytm muzyki. Ich ciała zgrywały się ze sobą idealnie, jakby były stworzone do tego, by się połączyć. Każde, nawet najmniejsze zagłębienie Cari, komponowało się z tym należącym do Vincenta niczym dwie połówki pomarańczy. Tak samo chłodni, tak samo spragnieni krwi, tak samo martwi.
   - Mam nadzieję, że nie zadowalałeś klientek w ich sypialni. A jeśli chodzi o kolor ścian, to u mnie też przydałoby się odświeżyć co nieco. Mógłbyś wpaść na konsultację - szepnęła, zmieniając temat, by teraz mówić o nim, a nie o niej samej. Nie chciała już wracać do niewygodnego dla siebie tematu związanego z upodobaniami do mordowania, zwłaszcza gdy o nim wiedziała niewiele. Barnes był dla niej zagadką i nie była nawet pewna, czy uda jej się kiedykolwiek ją rozwiązać. Skąd mogła wiedzieć, jak on to wszystko odbiera, czy nie brzydzi się jej teraz, czy chce po prostu sprawdzić do czego jest zdolna i na co sobie pozwoli. Widział, jak mierzyła do Sol, że była zdolna ją zabić, co oznaczało że nie jest wcale lojalna wobec klanu.

Ostatnio zmieniony przez Charo (Dzisiaj o 09h35)


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

Strony : 1 2 3 4 5