Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 2

#1 26-03-2018 o 20h36

Straż Absyntu
Chocolate
Żołnierz Straży
Chocolate
...
Wiadomości: 557

Wyciągnięte dnia 12.06



https://zapodaj.net/images/2f5815648c2a2.png

ONA - Charo jako Eva Aristov
ON - Chocolate jako Avery Evans




https://zapodaj.net/images/5265a0cd62636.png

Spoiler (kliknij, aby zobaczyć)


Ostatnio zmieniony przez Chocolate (21-04-2018 o 11h17)


https://zapodaj.net/images/b869639902b41.gif https://i.pinimg.com/originals/44/f0/05/44f005e107eebe8905ec8c1b9c49a8bf.gif https://zapodaj.net/images/0660ea069980d.gif

Offline

#2 27-03-2018 o 15h06

Straż Absyntu
Chocolate
Żołnierz Straży
Chocolate
...
Wiadomości: 557



https://zapodaj.net/images/c7136e713b757.png

https://78.media.tumblr.com/7dd4ab45649a52acd140e84b1d920680/tumblr_p0tvgfgICh1sgelweo7_400.gif  https://zapodaj.net/images/2e85adc020bea.gif


A v e r y   E v a n s         • •        dwadzieścia pięć lat        • •         Baran ♈        • •         30 marca
mężczyzna        • •        heteroseksualny     • •       pochodzi z Anglii - Londyn      • •      kawaler
czarne włosy         • •         błękitne oczy        • •        188 cm        • •         wyrzeźbiona sylwetka


RÓŻDŻKA: włos z ogona testrala, głóg, 13 cali, sztywna        • •        dziedzic czystej krwi
PATRONUS:  łasica          • •          BOGIN:  niezbadany        • •         stan majątkowy: zamożny


https://zapodaj.net/images/b949ab4e074bf.png

https://zapodaj.net/images/e46e933d1b0fd.png

Ostatnio zmieniony przez Chocolate (28-03-2018 o 13h58)


https://zapodaj.net/images/b869639902b41.gif https://i.pinimg.com/originals/44/f0/05/44f005e107eebe8905ec8c1b9c49a8bf.gif https://zapodaj.net/images/0660ea069980d.gif

Offline

#3 27-03-2018 o 20h44

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 671

https://fontmeme.com/permalink/180326/a91b48f6ab45e92bc7b745bc7b35d16f.png

https://thumbs.gfycat.com/JubilantCookedFallowdeer-size_restricted.gif

⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜

Kobieta ✧ 22 lata ✧ Czysta Krew ✧ Śmierciożerca

Heteroseksualna ✧ Panna ✧ Zodiakalny Skorpion

Czarne Włosy z niebieskimi refleksami ✧ Kobiece Kształty ✧ Zielone Oczy

170 cm wzr ✧ Elegancka ✧ Stażystka w Departamencie Tajemnic

Bogin - Topielec ✧ Patronus - Sokół ✧ Animag

Różdżka - 16 cali, włos z głowy wili, elastyczna, jesion

Urodzona w Moskwie ✧ Mieszka w Anglii ✧ Sierota

Prawdziwe imię - Wiera, zmienione po przybyciu na Wyspy


⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜

https://media.giphy.com/media/tFOIzllhnTiTe/giphy.gif

Ostatnio zmieniony przez Charo (27-03-2018 o 20h54)


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#4 29-03-2018 o 13h20

Straż Absyntu
Chocolate
Żołnierz Straży
Chocolate
...
Wiadomości: 557

_____________________https://zapodaj.net/images/5551fe4b388e0.png
        Od rana nieustępliwie padało. Pogoda iście angielska, dodając do tego również przenikliwy chłód. Nikogo to jednak nie dziwiło. Październik kończył się wyjątkowo paskudnie, a wraz z nim także jesień, pozostałość i wspomnienie lata również znikały.
        Czekałem w rosnącym napięciu, bez ruchu. Czułem, jak żołądek powoli podjeżdża wyżej i wyżej, aż do samego gardła, jak drżą mi lekko ręce, które i tak już były zaciśnięte boleśnie w pięści. Pot skroplił się na mojej stroni i na karku, czułem, jak pojedyncza chłodna kropla zsuwa się powoli i wciska pod ubranie, za kołnierz drogiej koszuli i eleganckiej kamizelki. Było ciemno, mój wzrok nieprzyzwyczajony do mroku rzucał się nerwowo od jednego zarysu konturu do kolejnego, chcąc wyłapać coś, cokolwiek, co byłoby chociaż znajome.
        Deszcz dudnił o dach i napierał na szyby, teraz zacinając na nie już prawie prostopadle. W pokoju nie było nikogo, poza mną i setkami cennych przedmiotów. Krzesła, rzeźby, wazy, cenna sztukateria rzeźbiona z największą dbałością i uważnością, zdobiona złotem otaczała pokój i zbierała go niczym zdobna opaska, kierując spojrzenie na ręcznie malowany sufit. Był stary, ale zachowany w idealnym stanie. Wszystko tutaj było antyczną pamiątką po dawno minionych czasach i z czasem doszedłem do wniosku, że specjalnie umieścili mnie właśnie tutaj. Wystawili moje oczy na ucztę, bo wiedzieli, że od razu poznam się na wartości tych przedmiotów, a jednocześnie zmusili, żebym trzymał dłonie przy sobie. A te, przysięgam z całą zapalczywością, swędziały, żeby dokładniej obejrzeć drobne złocone przedmioty, świeczniki, misterną zastawę w małej, szklanej gablotce.
        Oczywiście, nie ruszyłem się ani o cal. Nie śmiałem wręcz drgnąć, dławiłem się urywanym oddechem, nasłuchując wszystkiego, co mogłoby pomóc mi zorientować się w sytuacji. Zamknęli mnie tutaj niczym rzadki okaz wymierającego gatunku, jak ozdobnego ptaka w klatce. A zza zatrzaśniętych drzwi nie docierał nawet najdrobniejszy szmer.
        Poruszyłem się niespokojnie, fotel zaskrzypiał ostrzegawczo. Odparłem pokusę, żeby zetrzeć kropelki potu z czoła rękawem swojej koszuli.
        Panowała cisza i tylko to jednostajne, monotonne uderzanie wody o szybę przypominało mi o upływie czasu. Wiedziałem, że przyjdą. Na pewno przyjdą, ale być może najpierw zamierzają wystawić mnie na próbę. Znowu zadarłem spojrzenie do góry, na pięknie malowany sufit. Ten dwór musiał pochodzić jeszcze z czasów, kiedy po naszej planecie chodzili uzdolnieni malarze, stwierdziłem i nagle rozbawiła mnie małostkowość moich myśli, skupionych na p********** malunkach.
        Żołądek niebezpiecznie drgnął. Chłodne ze zdenerwowania dłonie trzęsły się jeszcze, ale myśl o tym, że mam ze sobą różdżkę zdołała nieco złagodzić te efekty uboczne.
        W końcu coś się zmieniło. Poderwałem się do pionu i natychmiast tego pożałowałem. Zakręciło mi się w głowie tak, że gdybym nie przytrzymał się dekorowanego gzymsu nad pustym, zimnym kominkiem, na którym stało wiele cudów wartych fortunę, mógłbym ponownie opaść na swoje miejsce. A teraz, kiedy w drzwiach stała sucha, pomarszczona kobieta po prostu nie mogłem sobie pozwolić na tak otwarte okazanie słabości i zdenerwowania.
        — Pomyśleć tylko, że z roku na rok robicie się coraz słabsi — sarknęła, zaciskając dłoń na gałce u drzwi i dałbym wiarę, że wyglądała jakby chciała mi splunąć pod nogi, a może i w twarz. Podszedłem kilka kroków, a staruszka machnęła żywo i ponaglająco dłonią. — Pospiesz się, niedołęgo. Czarny Pan bardzo nie lubi czekać, zwłaszcza na takich, jak wy — mruknęła, odwróciła się i skierowała w dół korytarza. — Pomyślałbyś, że takich zaczną nam tu przysyłać, takich jak ta dwójka, mój najukochańszy? Pomyślałbyś, gdybym ci to powiedziała jeszcze nie tak dawno temu, że…
        Kontynuowała swój monolog, którego teraz już nie mogłem dosłyszeć. Szła szybko. Ja również szybko dopasowałem się do sytuacji, dogoniłem ją jeszcze przed zakrętem. Chociaż serce boleśnie i szybko tłukło się w mojej klatce piersiowej i pompowało adrenalinę do każdego skrawka mojego ciała, czułem, że strach zamienia się w coś potężniejszego. Czułem, jak obejmuje mnie nuta ekscytacji, jak przejmuje kontrolę nad każdą moją myślą i każdą częścią mojego ciała. Położyłem dłoń na kotłującym się sercu.
        Wiedziałem, że na tym spotkaniu będzie ktoś jeszcze. Ktoś tak samo nowy, jak ja, ktoś, kto wykazał się w ostatnich czasach w zasługach dla Czernego Pana i ktoś, kto dostąpi tego samego zaszczytu, co ja. Wiedziałem, że ta osoba jest tutaj, w tym dworze należącym do starego rodu śmierciożerców, Arkwrightów, że czeka na to spotkanie. Nie ważne, kim się okaże, ja czułem już głęboko pod skórą, że będzie moim przeciwnikiem. Że właśnie na tej osobie zamierzam wybić się w szeregach popleczników Voldemorta, wykorzystać ją. I naprawdę… Już jej żałowałem.
        Nie było więcej czasu, nawet na drobny przebłysk myśli. Nie było nic, bo drzwi przede mną zostały otworzone zamaszyście, a przed oczami zobaczyłem długi, czarny stół, za którym siedziało wielu mężczyzn i kobiet. Wszyscy byli ubrani na czarno. Nie oni jednak przykuli moją uwagę. Zrobiła to inna, wyższa i smuklejsza sylwetka.
        Czarny Pan stał u szczytu stołu, po przeciwnej stronie pomieszczenia. Stał bokiem, wpatrywał się w zimne płomienie ognia, które trzaskały ostrzegawczo w czarnym kominku. Zakręciło mi się w głowie, a później pojawiła się zupełna pustka. Stałem tak po prostu, patrząc na tą majestatyczną, potężną figurę człowieka, a on… On wyglądał tak normalnie, tak przeciętnie wręcz, że aż trudno było pomyśleć, ile władzy naprawdę trzyma w swoich szczupłych dłoniach. Wszystkie zmysły wyblakły, został tylko czysty podziw. Wszystko inne nie miało znaczenia. Nie było niczego innego, tylko Czarny Pan, stojący tak u szczytu stołu. Tylko on, wzbudzający ogromny dreszcz szacunku i przerażenia.
        Całe moje dotychczasowe życie, wszystko, co zrobiłem… Doprowadziło mnie do tego miejsca, w którym okazało się dopiero, że nigdy jeszcze tak naprawdę nie żyłem.
        Że wszystko zaczyna się dopiero teraz.
        Poczułem szarpnięcie i nagły ból w okolicach kolan. Dopiero wtedy zmysły powróciły. Upadłem naprzód, na kolana i przeguby dłoni, które boleśnie otarły się o starą, drewnianą podłogę. Dopiero wtedy zauważyłem, że obok mnie klęczy druga osoba. O ironio… Poznałem ją natychmiast, a serce ścisnęło mi się boleśnie, tym razem z zupełnie innych przyczyn niż jeszcze sekundę wcześniej. Eva klęczała z opuszczoną głową, nie poświęcając mi ani jednego spojrzenia. Zerknąłem w tył, na starą kobietę, która sprawnym uderzeniem swojej laski w tyły moich kolan sprawiła, że teraz również tkwiłem zgięty na ziemi.
        Nie wiedziałem, ile to wszystko trwa. Dla mnie mogły minąć długie godziny od momentu, kiedy drzwi otworzyły się prze moimi oczami.
        — Wstańcie, dzieci.
        Drgnąłem. Ekscytacja zmieszała się burzliwie ze strachem, z przerażeniem i skuła mnie niczym lód. Jego głos był miękki, przyjemny dla ucha. Melodyjny wręcz, ale brzmiało w nim coś paskudnego, coś okropnego, niebezpiecznego, mrożącego krew w żyłach. Nie dało się nie usłuchać jego rozkazu. Obecność Evy na razie jeszcze nie dotarła do mojej świadomości, nie całkowicie.
        — Proszę, rozgośćcie się — rzucił Czarny Pan, a ta propozycja w moich myślach przyrównana była do zaproszenia na szubienicę. Jednocześnie jego maniery były nienaganne. Nie tego się spodziewałem. — Usiądźcie z nami przy stole i weźcie udział w naszym spotkaniu, które jeszcze nie będzie waszym pierwszym chrztem bojowym. Nie bójcie się — dodał, Jego głos był aksamitny, a oczy zmrużone i przypominające węża. Nie był uderzająco przystojny, ale miał w oku dziki, nieokiełznany błysk. Od razu odwróciłem spojrzenie, kiedy natrafiło na to należące go Jego.
        Odsunąłem sobie jedno z wolnych krzeseł i usiadłem prosto, sztywno, z wzrokiem wbitym przed siebie. Czułem, jak powoli zaciska się na moim ciele śmiertelny uchwyt węża dusiciela i nie mogłem nic z tym zrobić. Nie… Nawet mi się to podobało.


https://zapodaj.net/images/b869639902b41.gif https://i.pinimg.com/originals/44/f0/05/44f005e107eebe8905ec8c1b9c49a8bf.gif https://zapodaj.net/images/0660ea069980d.gif

Offline

#5 30-03-2018 o 17h12

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 671

.................................................................https://fontmeme.com/permalink/180326/a91b48f6ab45e92bc7b745bc7b35d16f.png


   Czekała na ten dzień od kiedy skończyła sześć lat i choć droga do niego była paskudnie długa i usłana cierniami, to pokonała ją i mogła stać teraz przed obliczem Czarnego Pana. Po znoju i trudach, oto ona, Eva Aristov, została pełnoprawnym Śmierciożercą. W prawdzie miała przed sobą jeszcze formalności, takie jak na przykład tatuaż, ale to było tylko kwestią czasu, już tylko krok dzielił ją od tego, do czego została stworzona. Nie raz i nie dwa udowadniała swoją lojalność, wykonywała każde polecenie bez cienia wątpliwości, a gdy tylko mogła wychodziła z inicjatywą, by udowodnić wszystkim, że nie jest bezmyślną marionetką, która wykonuje jedynie rozkazy. Lord Voldemort oczekiwał więcej, znacznie więcej i była tego świadoma, dlatego też podjęła staż w Departamencie Tajemnic, obracała się w kręgach najważniejszych Ministrów i zbierała informacje. W tym była dobra. Miała haki na każdego pracownika Ministerstwa Magii, wiedziała kto z kim śpi, kto kogo nienawidzi, jakie kto ma poglądy polityczne, znała największe koszmary i uciechy czarodziejów i co najważniejsze, skutecznie tą wiedze wykorzystywała. Zawierała też własne konszachty i układy, bratała się z najniebezpieczniejszymi, by w razie potrzeby mieć za sobą popleczników, którzy przydadzą się Czarnemu Panu.
   Jej pierwszą, poważną misją było zdobycie Czarnej Różdżki i choć zadanie zakończyło się fiaskiem, to dało jej szacunek w oczach Śmierciożerców i samego Lorda Voldemorta, gdy zabiła Gellerta Grindelwarda w twierdzy Nurmengard po długich godzinach tortur. Eva należała do nielicznej, damskiej części sprzymierzeńców czarnoksiężnika i zdecydowanie do najmłodszej, co stawiało ją w lepszym położeniu niż inne wiedźmy i dlatego też była tak ważna. Nikt jeszcze jej nie zdemaskował, nikt nie ścigał listem gończym tak, jak połowy zwolenników Czarnego Pana, co dawało wiele możliwości, by to wykorzystać. Mogła być kimkolwiek chciała, kimkolwiek ON chciał.
  Klęcząc przed najgroźniejszym czarodziejem na ziemi, zdała sobie sprawę, że wszystko, co do tej pory uczyniła, było niczym w porównaniu do tego, co dopiero przyjdzie jej zrobić. Spodziewała się, że nikt poza nią nie został zaproszony, a jednak była w błędzie, gdyż niedługo później zjawił się w posiadłości nie kto inny, jak Avery p(*&^%$# Evans. Aż się w niej zagotowało, kiedy spoczął przy stole u jej boku. Gdyby tylko mogła, to pozbyłaby się go od razu,jednak wiedziała, że jest on ważny dla Voldemorta, dlatego też musiał pozostać przy życiu. Żałowała, że nie miała jeszcze takiej władzy, by decydować o losie innych. Evans jako pierwszy poszedłby pod młotek, a następny w kolejce byłby Malfoy.
   - To wielki zaszczyt, panie. - odezwała się kobieta, spoglądając na zdeformowaną twarz i choć widok był iście przerażający, to nie struchlała, nie dała poznać po sobie, że się boi. Mężczyzna obserwował ją i Evansa przez dłuższą chwilę, po czym roześmiał się perliście, a w ślad za nim towarzystwo obecne przy stole. Eva nie wiedziała, czym tak rozśmieszyła Czarnego Pana, ale było to lepsze niżeli miałaby go rozzłościć. Czy była zbyt pewna siebie?
  Aristov nagle drgnęła, gdy poczuła pod stołem jakiś ruch, kiedy zdała sobie sprawę, co właśnie oplata jej nogi. A więc jednak go rozzłościła i cały wysiłek poszedł na marne. To będzie jej koniec, w dodatku na oczach Averego. Gorzej nie mogło już być.
  - Lękasz się Nagini, ale nie mnie. - zauważył Lord Voldemort, zwracając się najpierw do kobiety, a następnie syknął coś do gigantycznego węża, który coraz mocniej zaciskał się na udach czarownicy, która wstrzymała oddech niemal na wieczność. Nie, to nie może się tak skończyć, to zapewne kolejna próba. Serce łomotało jej w piersi i w tym momencie marzyła tylko o tym, by znaleźć się daleko stąd, może w Moskwie. Poczuć na twarzy płatki śniegu, napić się czystej wódki i zapomnieć, jak się nazywa. Zapomnieć  jakim bagnie tkwi i że nie było żadnej perspektywy, by się z tego bagna wydostać.
  Nadmiar emocji, które towarzyszyły duszeniu, był tak silny, że Eva w pewnym momencie nie wiedziała, co robi. Jakimś cudem pod stołem odnalazła dłoń Averego i ścisnęła ją, jakby to miało pomóc jej przetrwać najgorsze. Jak wielki popełniła błąd uświadomiła sobie dopiero, gdy ich skóra zetknęła się ze sobą, kiedy poczuła ciepło od niego bijące. A to bolało o wiele bardziej niż uścisk Nagini. Musi wytrzymać, musi udowodnić, że nie straszne jej są metody Voldemorta i że byle wąż jej nie złamie. Nie była pewna, jak długo to trwało, ale w końcu się skończyło, a zadowolony uśmiech czarodzieja świadczył o tym, że po raz kolejny zrobiła dobre wrażenie. Bolało ją dosłownie wszystko, całe ciało piekło, jakby ktoś przypalał ją żywym ogniem. Kiedy tylko poczuła ulgę, szybko puściła rękę mężczyzny, posyłając mu przy tym wymowne spojrzenie, dając do zrozumienia, że jeśli powie cokolwiek na ten temat, to zginie na miejscu.
  Za oknami dudnił deszcz, który uderzał głucho o żeliwne okiennice, sprawiając wrażenie, jakby z nieba spadały kamienie, a nie krople wody. Słychać było również wycie wiatru,a raz po raz niebo przecinała błyskawica. Pogoda nie rozpieszczała, choć chociaż ona mogłaby być bardziej łaskawa. Chciała wrócić do domu pod postacią ptaka, jednak w taką ulewę było to samobójstwem lecz zgoła mniej prawdopodobnym niż siedzenie przy stole z bandą morderców. Kobieta sięgnęła po kielich z winem i duszkiem wypiła całą jego zawartość, czując jak cierpka ciecz rozlewa jej się po języku. Nienawidziła wina tak samo, jak węży.

Ostatnio zmieniony przez Charo (30-03-2018 o 17h17)


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#6 31-03-2018 o 16h06

Straż Absyntu
Chocolate
Żołnierz Straży
Chocolate
...
Wiadomości: 557

__________________https://zapodaj.net/images/5551fe4b388e0.png
        Nie odważyłem sobie pozwolić na jakikolwiek ruch. Strach, przerażenie, panika i zgroza trzymały mnie w swoich lodowatych sidłach. Czułem, jak powoli na ramionach podnosi mi się skóra, a dreszcz pełznie wzdłuż kręgosłupa. Mimo tego wszystkiego, mimo emocji, które szargały moim ciałem, nie drgnąłem nawet, kiedy Eva się odezwała. Nie zerknąłem również w jej stronę. Po prostu siedziałem, z wzrokiem wbitym przed siebie, jedną dłonią na stole, a drugą pod stołem zaciśniętą w pięść tak długo, że nie czułem już w niej nawet żadnego bólu.
        Chłodny śmiech sprawił, że zerknąłem w kierunku Czarnego Pana, a później zerknąłem na swoją towarzyszkę. Jej obecność nie pokrzepiała mnie wcale. Wolałem, żeby jej tu nie było. Żeby była gdzieś daleko i nie mieszała się do tego, z czym w moim zdaniu nie potrafiła sobie poradzić. Starałem się przełknąć ślinę, ale dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że moje gardło jest zaciśnięte boleśnie. Ogólne poruszenie i rozbawienie w komnacie sprawiło, że kolejna kropla spłynęła po moim karku i zakończyła swój żywot wpijając się w kołnierz koszuli mocno zawiązany pod szyją eleganckim krawatem. Inni mieli na sobie czarodziejskie szaty, ale jeszcze przed wyjściem ze swojej willi uznałem, że pojawienie się w tym dworze w stroju takim, jaki mają inni śmierciożercy może zostać odebrane za obrazę.
        Jeszcze nie byłem pełnoprawnym członkiem tej najbliższej rodziny Voldemorta. Czułem, że inni jeszcze mnie nie zaakceptowali. Patrzyli spojrzeniami wypełnionymi po brzegi pogardą. Teraz nawet mnie to nie oburzało, kiedy czułem, że Czarny Pan również nas obserwuje.
        Zerknąłem na dół, pod stół, a moje serce łomotało boleśnie o żebra. Nikt nic nie powiedział. Nie padły żadne niewłaściwe słowa. Wszyscy czekali i nie czuło się w powietrzy napięcia. Reszta śmierciożerców nie odzywała się nawet słowem. Po prostu czekali, niewzruszeni, choć z pewnością świadomi tego, co się dzieje. Mi nie udało się dosięgnąć głosu, który ulokował się głęboko w krtani i tam zamierzał zostać. Podążyłem spojrzeniem za dotykiem chłodnej dłoni kobiety, która zacisnęła się na mojej pięści, a później znowu wbiłem wzrok przed siebie, w jeden punkt na ścianie. Zacisnąłem dłoń mocno i pewnie, w swoim uścisku. Jak wtedy, kiedy byliśmy jeszcze dziećmi, kiedy moim rodzicom nie spodobało się coś, co zrobiła Wiera i postanowili ją ukarać. Zawsze wtedy stałem obok, trzymając ją za rękę, jakby ten prosty uścisk miał odpędzić od nas całe zło i niesprawiedliwość tego świata.
        Te czasy minęły, choć zostały po nich wspomnienia. Silne i żywe, równie bolesne ze świadomością, że one już się skończyły, że nie wrócą.
        Najwyraźniej w tym otoczeniu nie trzeba było wypowiadać żadnych słów, żeby ogromny wąż zabrał się do swojego dzieła. Patrzyłem na jej nogi odrobinę zbyt długo. Odrobinę zbyt intensywnie. Przyłapałem się na tym, że wcale jeszcze nie chcę patrzeć, jak ona kończy tutaj swój żywot. Na tym, że chcę sprawdzić swoje umiejętności w porównaniu z tymi należącymi do niej i być wygranym, bądź odejść przegranym. Być może było to widoczne w moich oczach, a może Lord był po prostu bardzo czuły na ludzkie emocje. Zwłaszcza te negatywne, którymi przecież się żywił. W każdym razie, wyczuł moje wahanie. Wiedziałem to jeszcze zanim ponownie się odezwał.
        — Och? Boisz się o swoją przyjaciółkę? — zapytał, powoli cedząc słowa i przechylając głowę na bok. Jego głos nadal pozostawał dziecięco uprzejmy i tym razem sprawił, że odwróciłem do niego swoją twarz. Poczułem smagnięcie wydestylowanego strachu. Na jego obliczu nie było nic, żadnej emocji, która podpowiadałaby, dlaczego torturuje Evę. Był po prostu… Radosny spokój. Inni zebrani w komnacie nie odezwali się nawet słowem, nikt nie protestował. Miałem wrażenie, że mnie i Aristov wrzucono do jednej klatki niczym dwa ogary, które mają teraz walczyć o zwycięstwo, które muszą udowodnić ile są warte poprzez jedno, proste działanie: zagryzienie swojego przeciwnika. Przełknąłem ślinę głośno i spuściłem spojrzenie na złączone na stole dłonie Czarnego Pana. — A więc? Sądzisz, że mam obowiązek utrzymać ją przy życiu tylko dlatego, że oboje zostaliście tu zaproszeni?
        Zapadła cisza spowodowana pytaniem niby uderzeniem grzmotu. Milczenie przeciągnęło się chwilę, a później uświadomiłem sobie, że nie mogę uciec od odpowiedzi. Wywijanie się spod konieczności wykonania swojego zadania mogło kosztować mnie życie. Cenę, której nie mogłem zapłacić. Było za wcześnie! Nie tutaj, nie w takich okolicznościach. Skinąłem powoli głową, zabrałem swoją dłoń, kiedy chłód dłoni Wiery zniknął i ułożyłem je na kolanach.
        — Mój panie… — zacząłem, a kiedy się odezwałem, głos nie zadrżał mi od żadnej emocji. Zaskoczyło mnie to bardziej, niż wcześniejszy strach. To opanowanie było czymś nowym i czymś, czego nie znałem wcześniej, najwyraźniej aktywowane ogromem strachu. Nigdy jeszcze nie byłem tak blisko śmierci, chociaż dane mi było liznąć ją kilkakrotnie.
        Nikt w tym pokoju nie zamierzał mi pomagać. Byłem zdany sam na siebie i zauważyłem to tak cholernie późno. To wznieciło iskierkę złości, która pomogła dobyć kolejne słowa.
        — Tutaj nie jesteśmy przyjaciółmi. Tutaj wszyscy jesteśmy po to, żeby ci służyć — powiedziałem w końcu, a później na moment zapadła ponownie cisza. Tylko wąż szurał swoim brzuchem o drewnianą podłogę pod stołem, kiedy pełznął w kierunku swojego właściciela. W moich słowach nie było służalczości, nie było też złości ani innej emocji. Jedynie chłód i opanowanie, które ponownie mnie zaskoczyło. — Nie jesteś głupcem, panie. Nie zabijesz Wiery nie dlatego, że cię o to poproszę, ale dlatego, że jest bardziej użytecznym narzędziem niż większość ludzi w tym pomieszczeniu — dodałem, korzystając z okazji i faktu, że mogę powiedzieć coś więcej, a głos nie odmawia mi posłuszeństwa.
        Te kilka słów wzbudziło krótkie poruszenie. Inne kobiety i mężczyzny spojrzeli na nas z nieukrywaną niechęcią. Miałem nadzieję, że kierują swoją zazdrość w kierunku Aristov, bo to było od początku moim celem.
      Jedno było pewne. Tutaj nikt nie był swoim przyjacielem. Tutaj nikt nie starał się za dwóch, a każdy egoistycznie bronił tylko siebie. Wiedziałem, że aby wytrwać musiałem poddać się tym zasadom i popłynąć z tym brutalnym nurtem. Skłoniłem lekko głowę i usiadłem ponownie prosto. Cisza przeciągała się jeszcze chwilę.
        — Dzisiaj nikt z was nie zginie — odezwał się Czarny Pan, ale w tej wypowiedzi znikła wcześniejsza wesołość. Teraz jego głos był ostry.
        Rzuciłem krótkie spojrzenie na Wierę i zastanawiałem się, jakie emocje znajdę w jej oczach. Jedno było pewne. Jakiekolwiek by nie były, nie będą miały już nade mną władzy. Złość, niedowierzanie, a może wesołość? Cokolwiek tam będzie, nie zrobi na mnie wrażenia. Rozmowa z Voldemortem sprawiła, że nic innego dla mnie miało już nie być równie ekscytujące, było porównywalne do balansowania na linie nad przepaścią i czekanie, aż podmuch wiatru sprawi, że stracę równowagę.


https://zapodaj.net/images/b869639902b41.gif https://i.pinimg.com/originals/44/f0/05/44f005e107eebe8905ec8c1b9c49a8bf.gif https://zapodaj.net/images/0660ea069980d.gif

Offline

#7 04-04-2018 o 22h49

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 671

.........................................................................https://fontmeme.com/permalink/180326/a91b48f6ab45e92bc7b745bc7b35d16f.png


   Oddychała z trudem, łapczywie wciągając powietrze w płuca, kiedy Nagini w końcu odpuściła i zniknęła za drzwiami prowadzącymi do wschodniego saloniku. Kobiet była pewna, że gdyby nie Avery, to leżałaby bez życia pod stołem i nikt nawet nie zwróciłby uwagi. Lord Voldemort ostatnimi czasy był bardzo kapryśny i łatwo było wytrącić go z równowagi. Wiedział o tym każdy, kto choć trochę liczył się w przestępczym półświatku i kto znał go już jakiś czas. Eva sięgnęła od razu po swój kielich z winem i od razy wypiła jego całą zawartość, sięgając po butelkę by dolać sobie jeszcze więcej. Zerknęła przy tym na Evansa, zamierzając później rozmówić się z nim n temat całej sytuacji, jaka miała miejsce kilka chwil temu. Nie chciała, by mężczyzna uznał to za jej porażkę, co to to nie. Wygra z nią tylko wówczas będzie martwa, w innym przypadku się nie podda i nie da mu przewagi.
   - Nasz pan ma dla was pierwsze zadanie, dlatego tutaj jesteście. Sprawa jest delikatna i dotyczy jednego z naszych oraz przedmiotu, który musicie odzyskać. - odezwał się Lucjusz, właściciel Malfoy Manor oraz jeden ze Śmierciożerców, ten najbliższy Czarnemu Panu. Aristov skierowała nieco zaskoczone spojrzenie na jasnowłosego, marszcząc lekko brwi, Avery natomiast pozostawał obojętny niczym głaz.
   Dwór Malfoyów był pokaźną rezydencją otoczoną przez wyszukane ogrody z fontannami i wędrującymi białymi pawiami, które znikały z widoków, gdy w willi przebywał gość specjalny. Ogrodzona była przez bramę z kutego żelaza, przez którą można było przejść jak przez dym, jeśli domownicy wyrazili zgodę.  Bogato zdobione wnętrze, eleganckie meble, pozłacane lustra oraz wspaniałe dywany były niczym w porównaniu do kolekcji artefaktów związanych z czarną magią, które umiejscowione były w sekretnym pokoju pod salonem. Tam też znajdowało się coś na wzór więzienia, gdzie prowadzono przesłuchania tych bardziej opornych czarodziejów lub karano za subordynację. Aristov żałowała, że dzisiejsza kolacja nie została podana właśnie w tym miejscu, tylko w zupełnie innej posiadłości, nie tak okazałej.
   - Augustus Rookwood ukradł mapę, która zdradza położenie diademu Roweny Ravenclaw. Nasz pan wybrał go, by odszukał artefakt, jednak okazał się chciwym oszustem, który musi ponieść karę. Ministerstwo szaleje, nie możemy działać otwarcie i narazić naszej całej misji. Udacie się do Albanii i to jeszcze dziś. Odnajdziecie Rockwooda i diadem. Chyba nie muszę wam mówić, co robimy ze zdrajcami – wyjaśnił Malfoy, zerkając raz po raz na Voldemorta, który kiwał lekko głową przysłuchując się przy tym słowom swego sługi. Eva współczuła Lucjuszowi, że to na niego padło i że to akurat on musiał powiedzieć im o kolejnym zadaniu. Był w szeregach Śmierciożerców praktycznie od początku i czarnoksiężnik miał go za swego zaufanego druha. Nie rozumiała tylko dlaczego ona i Evans mają działać razem. Nie zamierzała teraz o to pytać, wszak tylko rozzłościłaby swego pana.
   Historia przeklętego diademu była doskonale znana Evie. Córka Roweny ukradła błyskotkę, aby być mądrzejsza niż matka i uciekła w świat. Nikt nie wiedział, gdzie się podziewała, więc Rowena wysłała w ślad za nią zakochanego w niej Krwawego Barona, który nie zdołał nakłonić dziewczyny do powrotu i w napadzie szału zabił ją sztyletem, po czym popełnił samobójstwo tym samym narzędziem. Diademu nigdy nikt nie odnalazł. Po co więc Voldemortowi kawałek żelastwa, który nawet nie prezentuje się okazale?
   Gdy otrzymali już wszelkie wytyczne, reszta wieczoru minęła bez niespodzianek. Przy stole rozmawiano o sprawach związanych głównie z Ministerstwem oraz Bankiem, gdyż ekspedycja dwóch Świeżaków wymagała sporej ilości dodatkowych środków. Po kilku godzinach wszyscy zaczęli się rozchodzić, łącznie z Czarnym Panem, który ani słowem już nie odezwał się do Evy i Averego. Po opuszczeniu dworu, czarownica zamierzała pomówić z mężczyzną. Szła więc w  milczeniu u boku przyjaciela z dzieciństwa, zastanawiając się, jak zagaić rozmowę. Evans wydawał się jej dziwnie nieobecny, jakby był w zupełnie innym miejscu. A może po prostu ignorował jej obecność?
   - Dziękuję za to, co zrobiłeś podczas kolacji – szepnęła, nie parząc nawet na niego, by nie dostrzegł, jak wiele ją te słowa kosztują. Powiedziała, co musiała, a teraz czas wziąć się za pracę.
   - Co myślisz o tym diademie? Gra jest warta świeczki? Nie chciałabym gonić za czymś, co jest mniej warte niż zeszłoroczny śnieg. Jednak, Czarny Pan ma zapewne co do niego plan. Do czego można go użyć? - zapytała zaciekawiona, spoglądając na mężczyznę, którego twarz wilgotna była od kropel deszczu leniwie skapujących z ciemnych chmur. Zanosiło się na burze i to nie tylko atmosferyczną. Kobieta zarzuciła na głowę kaptur czarnej peleryny, przyspieszając nieco kroku, aby zrównać się z nadal milczącym Averym. Nigdy nie przeszkadzało jej jego milczenie, jednak teraz było niemal nie do zniesienia. W momencie, gdy oddali się od posiadłości na tyle daleko, by mieć pewność, że nikt za nimi nie podąża, Eva zatrzymała się i zmusiła do tego mężczyznę chwytając jego dłoń szybkim ruchem.
   - Stój! Powiedz coś w końcu, przecież musimy ze sobą rozmawiać, chcę z tobą rozmawiać. Nie traktuj mnie w taki sposób. - szepnęła, wwiercając spojrzenie w plecy czarodzieja, gdyż nadal stał do niej tyłem. Domyślała się, co było powodem takiego zachowania, jednak nie mogła uwierzyć, że Evans nadal ma do niej żal.
   Ich wspólne misje nigdy nie były najlepszym pomysłem i rozwiązaniem, bo zazwyczaj kończyły się ich pojedynkiem. Jeden lis chciał przechytrzyć drugiego lisa, ugrać coś dla siebie przy okazji zadania od Czarnego Pana. Tak było w przypadku wypadu do Birmingham w hrabstwie West Midland. Polecenie było proste: znaleźć ciało niedawno zmarłego Benjamina Cornulusa, dostarczyć je do Londynu nie pozostawiając żadnych świadków przy życiu. Lord Voldemort chciał stworzyć Inferiusa z ciała byłego Ministra, by dać w ten sposób nauczkę jego bratu, który omówił współpracy. Mógł oczywiście zabić czarodzieja, który nie zgodził się na dołączenie do grona jego zwolenników, ale to było zbyt proste. Ridlee lubił zabijać, jednak czasem miał swego rodzaju kaprysy, tak jak wtedy, gdy nakazał dostarczyć ciało do przemiany. Wszystko poszłoby gładko, gdyby nie Newton Scamander, magizolog z którym kilka miesięcy wcześniej Aristov zawarła umowę. Mężczyzna poszukiwał Demimoza, który trafił do Anglii z niewiadomych przyczyn, w zamian za świeże włosy willi, które potrzebne były czarownicy do eliksiru zwalczającego chorobę skóry, której nabawiła się podczas szperania w starych dokumentach w Departamencie Tajemnic. Jedna z teczek objęta była klątwą gnijącej tkanki, a jedynym lekarstwem na to był roztwór z włosów willi, które istota sama dobrowolnie miała podarować proszącemu. Pech chciał, że Demimoz był akurat w Birmingham, więc chcąc nie chcąc, Eva wezwała Newtona, który poprzez serię niefortunnych zdarzeń stał się również świadkiem kradzieży zwłok. Kobieta nie pozwoliła Evansowi go zabić, co stało się ich wspólnym sekretem. Gdyby ktokolwiek dowiedział się, że przy życiu został choć jeden świadek, to kolejnymi Inferiusami byliby oni sami. Wiedźma wstydziła się przyznać, jaki był prawdziwy powód ocalenia Scamandera, więc wymyśliła naprędce romans. Czyżby to tak zezłościło Averego, że nawet nie chciał z nią rozmawiać?

Ostatnio zmieniony przez Charo (05-04-2018 o 08h35)


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#8 05-04-2018 o 18h59

Straż Absyntu
Chocolate
Żołnierz Straży
Chocolate
...
Wiadomości: 557

__________________https://zapodaj.net/images/5551fe4b388e0.png
        Nie odważyłem już później otworzyć ust, nie zabrałem głosu ani raz. Czarny Pan stracił zainteresowanie – przynajmniej chwilowo – swoim nowym narybkiem i skupił na rzeczach, o których w większości nie miałem pojęcia. Mimo tego przez całe spotkanie mój otępiały ilością informacji i emocji mózg stawiał opór wszelkim dodatkowym bodźcom. Przestało mnie nawet boleć to, że obok mnie nadal siedzi Aristov, że gdybym chciał… Pewnie mógłbym powiedzieć, żeby Czarny Pan ją zabił. Nie, nie sądziłem, że mam tyle mocy, żeby cokolwiek mu rozkazać, ale przecież mogłem dać mu ją na tacy.
        Teraz, kiedy jako ostatni opuszczaliśmy we dwójkę budynek zacząłem żałować, że brakło mi do zrobienia tego zimnej krwi.
        Zostaliśmy przydzieleni do jednej misji. Razem. We dwójkę. Ta świadomość kąsała mnie niczym jadowity wąż, wiązała ręce i świadomość, pożerała resztki zdrowego rozsądku. Dałbym wiele, żeby cofnąć czas i żeby sprzeciwić się rozkazom tam, wtedy, w tej komnacie. To z pewnością oznaczałoby śmierć. Potrząsnąłem głową, a krople strząsnęły się z włosów. W przeciągu zaledwie chwili od wyjścia na zewnątrz siąpiący ponuro deszcz zdążył sprawić, że one jak i moje ubranie zupełnie przemokły. Teraz nie robiło to na mnie jednak najmniejszego wrażenia. Materiał na moich ramionach namókł, po twarzy spływały od czasu do czasu drobne stróżki wody, które rzeźbiły na mojej nieprzeniknionej twarzy swój wyraz. Dodawały mi strapienia, pogłębiały wrażenie, że nad czymś rozmyślam.
        I naprawdę tak było. Moje myśli krążyły teraz nie tylko wokół diademu, mapy, zdrajców, Albanii i misji, chociaż wokół tego bardzo chętnie oscylowały. Wydawało mi się, że zaginięcie diademu było faktem powszechnie znanym, ale fakt istnienia mapy nikt nigdy nie potwierdził. Stary antyk posiadał kiedyś ogromną moc magiczną i sam w sobie był rzeczą bardzo, ale to bardzo cenną. Na myśl, ze przyjdzie mi go odnaleźć, a nawet dotknąć, czułem w kościach dreszcz ekscytacji, który przejmował całe moje ciało. Dla pasera takiego jak ja, który handluje na czarnym rynku czarno magicznymi antykami i amuletami ta myśl była paraliżująca. Chciałem go zdobyć. Cholernie chciałem go mieć w dłoniach. I mieć nadzieję, że jestem wystarczająco inteligentny, żeby oprzeć się ogromnej pokusie, jaka tkwiła w tym przedmiocie.
        Poza tym jednak jeszcze była Wiera. Moja głowa była pełna jej obrazów, tych z przeszłości dalekiej i tej, która dopiero co się wydarzyła. Nie musiałem na nią patrzeć, każdą rysę na jej twarzy znałem na pamięć. Dźwięk jej słów przebił się przez luźną ścianę deszczu i szumienie wiatru w koronach drzew, ale nie sprawił, że się zatrzymałem. Nie zwolniłem nawet kroku. Eva najwidoczniej uznała to za zachętę i zaczęła mówić dalej. Starałem się puścić jej słowa pomimo uszu… Nie udało się. Każde z nich docierało do moich uszu i gnieździło się głęboko w świadomości.
        Poczułem szarpnięcie. To było zapalnikiem do tego, żeby wszystkie myśli i emocje znalazły w końcu sobie ujście.
        — Nie traktuję cię w żaden sposób — warknąłem, odwracając się energicznie na pięcie w jej stronę.
        Natychmiastowo poczułem także, że już żałuję tego popisu własnej złości. Ona jeszcze nawet się nie odezwała, może nawet nie zdążyła zrozumieć sensu moich słów, a ja już czułem, jak obrywam rykoszetem własnego wybuchu. Zebrałem się w sobie i zmusiłem do przybrania spokojniejszego tony głosu.
        — Po prostu nie sądzę, że jest sens dyskutować o randze tego zadania. Może jeszcze nie zauważyłaś, ale to pierwsza misja, którą przydzielono nam w obecności samego Czarnego Pana i nawet, gdyby kazał mi jechać na drugi koniec świata po kawałek zeschniętego gówna, to zrobiłbym to bez zająknięcia — mówiłem szybko, pochopnie i w emocjach, ale były to i emocje i myśli szczere do granic możliwości. Sam nie wiedziałem, co jest powodem takiego podenerwowania, nie potrafiłem zlokalizować samego epicentrum. Moje słowa były ostre, może nawet krzywdzące? Coś mi podpowiadało, że reakcja Wiery może mi się nie spodobać, dlatego po prostu wyszarpnąłem dłoń z jej uścisku. Nie było to agresywne, jedynie bardzo stanowcze, a później stanąłem z nią twarzą w twarz. Nie zamierzałem jej jeszcze dopuścić do głosu. — I to samo podejście radzę tobie. Oboje wiemy, że oni chcą patrzeć na nas jak na dwa wściekłe ogary, które będą walczyć o swoją pozycję. Słyszałem, jak Lucjusz chełpił się tym kilka miesięcy wcześniej. Mówił, że jest tylko jedno miejsce, ale za to dwóch chętnych. Jak myślisz, czy oni sądzą, że oboje wrócimy z tej misji żywi? Czy oni chcą, żebyśmy wrócili, czy może liczą na to, że po prostu wygra najlepszy?
          Z każdym słowem czułem, jak wzbierają się we mnie coraz to nowsze uczucia, z którymi nie mogłem sobie poradzić. Deszcz lał z nieba niczym z cebra, a ciemność w oddali przeszywały gęsto pioruny. Nie było jeszcze późno, ale ciężkie chmury, jakie zebrały się nad naszymi głowami sprawiały, że wydawało się, że stanęliśmy tutaj w samym środku nocy.
        Trwaliśmy w tej ciszy, ale była to tylko cisza między nami. Natura bowiem wydawała się chcieć rozerwać wszystko dookoła nas na drobne strzępy. I może właśnie ta nienawistna niszcząca siła sprawiła, że postanowiłem odrobinę odpuścić. Podniosłem dłoń, ale ta zatrzymała się grzbietem blisko policzka kobiety. Nie, nie mogłem jej dotknąć. Zamiast tego ułożyłem ją na jej ramieniu. Była ciężka, a z palców spływały kropelki wody, które znikały na karku Aristov, przenikały pod płaszcz i szatę, spływały w dół, w kierunku jej pleców.
        — Ten diadem to relikt, który został uznany za zaginiony. — Kiedy się w ponownie odezwałem, w moim głosie słychać było chłodny, wykalkulowany profesjonalizm. Mówiłem w końcu o czymś, na czym znam się najlepiej. Magicznych antykach. Wartościowych talizmanach. Skupiłem się na swojej wiedzy, bo to było bezpieczne, a moja wiedza w tym temacie bardziej niż pokaźna. — Posiadał ogromną magiczną moc, którą przelała na niego sama Rowena Ravenclaw. Według legend potrafił zwiększyć inteligencję czarodzieja, który go nosił. Nie wiadomo, jaką klątwę i moc nałożyła na niego właścicielka, ale może być zastosowany na setki sposobów i nie należy się dziwić, że Czarny Pan pragnie go posiadać. Pomijam już fakt, że jest wart być może setki tysięcy galeonów. Nasz Pan raczej nie jest zainteresowany pieniędzmi, a raczej właściwościami, które ten relikt może obiecywać. — Zamyśliłem się na moment, wzrokiem teraz z jej oczu sięgając gdzieś za jej plecy, w dal, w ciemny las, który się tam rozciągał. — Nawet jeśli chce go mieć tylko jako ozdobę do salonu, musimy go zdobyć.
        Po tych kwaśnych słowach przymknąłem lekko powieki i deportowałem nas daleko stąd, w okolice, w których nigdy nie byłem, ale które zostały mi raz szczegółowo opisane. Do lasów w Albanii. Daleko od naszej ojczyzny.


https://zapodaj.net/images/b869639902b41.gif https://i.pinimg.com/originals/44/f0/05/44f005e107eebe8905ec8c1b9c49a8bf.gif https://zapodaj.net/images/0660ea069980d.gif

Offline

#9 05-04-2018 o 22h59

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 671

..............................................................https://fontmeme.com/permalink/180326/a91b48f6ab45e92bc7b745bc7b35d16f.png

  Jego słowa ją zabolały, przeszyły jej serce na wskroś niczym niewidzialne ostrze rozgrzane do czerwoności. Takiej odpowiedzi się nie spodziewała i choć czuła i widziała, że Avery był rozgniewany, to nie sądziła iż jest zdolny by aż tak ją odepchnąć. Zawsze byli tylko oni i reszta świata, wrogowie których należy zniszczyć, zrównać z ziemią. Pamiętała, jak nie raz bronił ją przed rodzicami, jak brał wine na siebie i dostawał razy za jej niepowodzenia lub niesubordynację. Wtedy byli tylko dziećmi, ale było w nich więcej odwagi niż teraz, brawury, a przede wszystkim, nie podążali ślepo za kimś, kto kazał nazywać siebie Czarnym Panem. Nie zmieniało to faktu, że oboje takie właśnie życie wybrali: Evans sam, natomiast Eva z małą zachętą jego rodziny. Kobieta nigdy nie narzekała, nigdy też nie pokazywała po sobie tego, że wcale nie chce stać u boku Lorda Voldemorta, ale nie spierała się, gdy zapewniano ją iż jest wyjątkowa i wybrana z tysięcy innych czarodziejów i to właśnie ona będzie miała zaszczy służyć najpotężniejszemu czarnoksiężnikowi na świecie. Była wdzięczna Evansom, że przygarnęli ją pod swój dach i zapewnili godziwe warunki dożycia, gdyż w Rosji nie miałaby takich możliwości i perspektyw. Tam wszystko było albo czarne albo białe. Nie było wyjątków, środków zapobiegawczych, czy drogi na skróty i gdyby nie Voldemort, to zapewne skończyłaby na ulicy prędzej czy później. Dlatego właśnie trwała przy nim, z wdzięczności i pokory której z każdym dniem było w niej coraz mniej. Nie chciała przyznać sama przed sobą, że był jeszcze jeden powód, prawdopodobnie najbardziej istotny. Mogła być blisko Averego.
  Kolejne słowa czarodzieja wprawiły ją w niemałą konsternację, do takiego stopnia że nawet mu na nie nie odpowiedziała. Gdzieś w głowie zapaliła się Evie mała lampka, jakby dopiero zdała sobie sprawę z powagi sytuacji i z tego, że mężczyzna miał rację. Lord Voldemort najwyraźniej był znudzony wiecznym siedzeniem w czterech ścianach i potrzebował rozrywki, a cóż jest bardziej przejmującego niżeli ludzka śmierć i niepowodzenie? Czyżby rzeczywiście jedno z nich miało wrócić na tarczy, a drugie z tarczą?
  Nagłe szarpnięcie otrząsnęło Aristov z zamyślenia i mimo że dotyk Averego palił ją niemal żywym ogniem, to lubiła to uczucie na wzór bólu. Krople deszczu z jego palców nadal powoli spływały wzdłuż jej kręgosłupa i znikały tuż pod dolnymi partiami bielizny. Przymknęła na moment oczy i wyobraziła sobie, że zamiast wody po jej ciele suną dłonie mężczyzny. Mimowolnie przygryzła dolną wargę pozwalając sobie na chwilę przyjemności, zapomnienia. Kiedy otworzyła wcześniej przymknięte oczy, ukazały się przed nią zielone knieje i zarośla.
   Albania. Niewielkie państwo leżące w południowej części Europy na półwyspie Bałkańskim. Słabo rozwinięty gospodarczo kraj cechowały przepiękne górskie widoki i śródziemnomorski klimat. Otoczona przez dwa morze: Adriatyckie i Jońskie, była bez wątpienia idealnym miejscem na kryjówkę, dlatego nie dziwiło Evy to, że młoda Ravenclaw zaszyła się akurat tutaj. Kraina Orłów przez wiele lat pozostawała w izolacji politycznej pod rządami Envera Hodży. Obecnie pamiątką po tych czasach są bunkry wkomponowane w krajobraz Albanii i monumentalne budowle projektu jego córki, Pranvery. Gdy była mała, jeszcze mieszkając w Rosji, ojciec opowiadał jej różne legendy, które wymyślali ludzie, aby tłumaczyć sobie rzeczy, których nie rozumieli. Jedna, którą najbardziej zapamiętała Aristov była o trzech dniach, które marcowi podarował luty.
   " Trzy siostry wybrały się na spacer po pobliskich równinach, a oczarowane ciepłymi promieniami słońca i przepięknymi widokami budzącej się do życia natury, zaczęły wyśpiewywać piosenki o Wiośnie, wychwalając ją w nich i przeklinając Zimę. Ta usłyszała ich pieśni i poprosiła Luty, by oddał swoje trzy, najmroźniejsze dni Marcowi, by dać nauczkę ludziom. Tak też się stało i wkrętce potem siostry zamarzły i zamieniły się w głazy. Wokół głazów powoli rozrastało się miasto Skrapar, gdzie do dziś dnia można podziwiać monumentalne kamienie, które są wyjaśnieniem na to, dlaczego Luty niekiedy jest krótszy i dlaczego ostatnie dni Marca nazywane są Dniami Strachu"
   - Powinniśmy najpierw poszukać jakiegoś miejsca do spania. Zapewne są tutaj gospody. Jestem zmęczona i muszę się odświeżyć, a poza tym, za chwilę całkiem się ściemni i nic nie znajdziemy - stwierdziła kobieta, odsuwając się od Averego, który stał tuż obok niej, jeszcze trzymając dłonie na jej ciele. Byli cali mokrzy przez deszcz w Anglii i oboje wyglądali też tak, jakby musieli się napić.
   - Na spokojnie obmyślimy plan i zabierzemy się za to rano. Musimy przeżyć i udowodnić wszystkim, że oboje zasługujemy na miejsce u boku Czarnego Pana. - dodała, posyłając mu lekki aczkolwiek zaczepny uśmiech, jakby właśnie rzuciła w stronę Evansa rękawice, kolejne wyzwanie.
Przeżyć - to ich misja.

Ostatnio zmieniony przez Charo (05-04-2018 o 22h59)


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#10 10-04-2018 o 19h25

Straż Absyntu
Chocolate
Żołnierz Straży
Chocolate
...
Wiadomości: 557

__________________https://zapodaj.net/images/5551fe4b388e0.png
        Nieprzyjemne szarpnięcie, które zawsze towarzyszyło teleportacji teraz było o tyle silniejsze, że musiałem przenieść nie tylko siebie, ale i dodatkową osobę. Dystans do pokonania był ogromny i nawet ja, jako osoba nieźle wykwalifikowana w tej sztuce, czułem, że to leżało blisko granic moich zdolności. Na szczęście kiedy moje wnętrzności – wcześniej zmiażdżone, a później rozciągnięte na długie tysiące kilometrów – wróciły na swoje miejsce i otworzyłem oczy, staliśmy u swojego celu. Cali i zdrowi, o czym nie zamierzałem zapomnieć się upewnić, zerkając w bok na swoją towarzyszkę i partnerkę do powierzonego nam zadania.
        Nie wiedziałem jeszcze, co stanie nam na drodze w tym dzikim, wydawałoby się opuszczonym kraju i naprzeciw jakim wyzwaniom przyjdzie nam stanąć. Z czym się zmierzymy, a ile z tego, kim jesteśmy pozostanie niezmienione? Pokręciłem powoli głową, wydychając powietrze ze świstem, a później wziąłem dłoń z ramienia Wiery, która leżała tam od czasu teleportacji.
        Przed nami szumiały wysokie plony, zboże szeleściło pod delikatnym dotykiem wiatru. Poza tym jednak otaczała nas sama dzika natura, a zmierzch zdążył powoli zapadać za wysokimi pagórkami na zachodzie. Kobieta odezwała się pierwsza, ale to ja wyciągnąłem różdżkę, machnąłem nią bez słowa, a nasze szaty stopniowo, od góry do dołu, powoli i jednostajnie zaczęły schnąć. W końcu zaklęcie wycisnęło ostatnią kroplę angielskiego deszczu z naszej odzieży, wtedy tego schowałem różdżkę i wszedłem na ścieżkę, którą już kroczyła Wiera.
        Zaklęć niewerbalnych nauczyłem się jeszcze w szkole, kiedy odkryłem, jak przydatna jest to umiejętność i co więcej, jak łatwo mi ona przychodzi. Teraz nieustannie ćwiczyłem ją na mniejszych i większych zaklęciach, starałem się wybadać granice swoich zdolności. Jak na razie nie trafiłem na barierę magiczną, która świadczyłaby o tym, że dane zaklęcie jest zbyt potężne, żeby wykonać je bez odpowiedniej inkantacji. Zaklęcia niewybaczalne, co oczywiste, wymagały od człowieka tak dużo, takiej mocy, zaangażowania i złości, chęci ich wypowiedzenia ciągnącej za język, że nie sposób było ich użyć bez słów. Nawet Czarny Pan posługiwał się nimi, a nie dane mi było poznać czarodzieja potężniejszego, niż on.
        — Jeśli to tylko możliwe, to chętnie poznam te twoje plany na ten temat — odpowiedziałem szczerze, zmierzając w górę pagórka. Szliśmy raczej na oślep, z nadzieją, że niedługo, na którymś rozdrożu ukaże się nam dom, w którym przyjmą nas w gościnę. Jak nie dobrą wolą i chęcią, to siłą, ale my tą noc prześpimy spokojnie, pod dachem, będziemy najedzeni i wypoczęci. — Najpierw jednak… Sprawy najwyższej potrzeby. Muszę się czegoś napić. Nie mogę myśleć, kiedy jestem tak zmęczony, jak teraz.
        Szliśmy długo, ale żadne z nas nie marudziło. Wylądowaliśmy w środku gęstego lasu, który otaczał rozległe pola uprawne, a skoro te tutaj były, to znaczyło, że prędzej czy później znajdziemy siedlisko ludzkie. Nie rozmawialiśmy zbyt wiele. Wymienione z konieczności zdania były raczej oschłe, a może to ja za bardzo skupiłem się na sobie, swoich myślach i planach. W końcu jednak, kiedy księżyc wyglądnął zza chmur, a czarne niebo się rozpogodziło i rozbłysnęło światłem setek milionów gwiazd, w oddali zauważyłem światło latarni ustawione na skrzyżowaniu dróg, a za nim ścieżkę prowadzącą do willi przypominającej zamek. Swoje lata świetności miała za sobą, ale w nich musiała być najpiękniejszym budynkiem, jaki dane mi było zobaczyć. Skierowaliśmy się do niej bez słowa, wymieniając jedynie porozumiewawcze spojrzenia. Ja skinąłem jedynie głową, jakby na potwierdzenie tego, że wiem, o czym myśli teraz Aristov. Zaskakujące, jak często nasze myśli nakładały się na siebie i tworzyły niemal odbicie lustrzane bardzo skomplikowanej mozaiki.
        Pokonaliśmy odległość do drzwi przez zaniedbany, rozległy frontowy ogród, za naszymi plecami rozległo się długie, złowrogie pohukiwanie sowy, kiedy stukałem misternie zdobioną kołatką w grube, drewniane drzwi. Minęło kilka długich minut wyczekującej ciszy.
        — W środku ktoś pali w kominku, więc gospodarze na pewno są w domu — rzuciłem, raczej bardziej sam do siebie, jakbym się chciał przekonać, że nie marnujemy tutaj czasu, ale wzrosła moja irytacja.
        W końcu jednak ciężkie skrzydło drzwi uchyliło się lekko, a za nimi stał starszy mężczyzna w znoszonym fraku. Służący. Wyśmienity zbieg okoliczności. Chociaż drzwi były zabezpieczone grubym stalowym łańcuchem tak, żeby nie dało się ich otworzyć szerzej niż na szerokość pięści, mi to nie przeszkadzało. Różdżkę miałem już przygotowaną w dłoni i uniosłem ją powoli, szepcząc zaklęcie, które miało opanować umysł tego biedaka na długi czas.
        — Wpuścisz nas do swojego domostwa i zaprowadzisz do pana tego domu, a kiedy my będziemy z nim rozmawiać, ty przygotujesz rozgrzewające napoje, obfitą kolację i zadbasz o to, żeby po posiłku w naszych pokojach czekały wygodne łóżka oraz ciepła kąpiel — poinstruowałem dokładnie, nachylając się w stronę drzwi tak, że twarz moją i jego dzieliła niewielka odległość. — Zrozumiano? Dobrze. A teraz otwórz te drzwi, człowieku, nie każ swoim gościom stać i czekać na progu — dodałem ostrzej, opuszczając różdżkę i odsuwając się o krok tak, żeby zrównać się z sylwetką mojej towarzyszki.
        Starszy mężczyzna o pomarszczonej twarzy przymknął drzwi, odsunął zasuwę, która je blokowała, a później przestąpił tak, żeby wpuścić nas do środka z zapraszającym gestem dłoni. Wszystko to z głupkowatym, nieco otępiałym wyrazem twarzy. Zaklęcie było mocne i na pewno dobrze zadziałało. Uśmiechnąłem się kącikiem ust do Wiery.
        — Panie przodem, moja najdroższa — rzuciłem zaczepnie, pozwalając jej wejść do środka jako pierwszej, a później przekroczyłem próg, a drzwi zatrzasnęły się za nami. — Widzi pan, jesteśmy w swojej drodze poślubnej i szukamy schronienia na tą jedną noc. Moja ukochana uwielbia przygody ekstremalne.
        To była dobra wymówka. Wiarygodna. Wpadłem na nią w ostatniej chwili.


https://zapodaj.net/images/b869639902b41.gif https://i.pinimg.com/originals/44/f0/05/44f005e107eebe8905ec8c1b9c49a8bf.gif https://zapodaj.net/images/0660ea069980d.gif

Offline

#11 12-04-2018 o 09h05

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 671

..................................................................https://fontmeme.com/permalink/180326/a91b48f6ab45e92bc7b745bc7b35d16f.png

  Droga przez mękę.
Tak można było określić pieszą wycieczkę dwojga czarodziejów, którzy ani trochę nie pałają do siebie sympatią, choć jeszcze nie tak dawno temu byli sobie całkiem bliscy. Gęsty las i brak jakichkolwiek oznak cywilizacji nie sprzyjał pojednaniu i przyjaznej atmosferze. Oboje byli mocno zirytowani, choć żadne z nich nie narzekało i to głównie dlatego, by nie pokazać drugiemu, że coś jest nie tak. Niewiadomym było, czy ich relacja kiedykolwiek się zmieni, ale teraz, dla dobra sprawy, musieli udawać. Udawać, że łączy ich coś więcej, że świata poza sobą nie widzą. Pomysł, który spontanicznie wysunął Avery był dobry, a wręcz idealny, jednak Eva nie zamierzała mu o tym mówić, a jedynie wczuć się w swoją rolę. Dlatego też przylgnęła do ramienia mężczyzny, uśmiechając się słodko do niego oraz do służącego, który otworzył im drzwi i za sprawą zaklęcia wpuścił do domu.
  Zabawa w zakochaną parę poza tym, że była idealną przykrywką, mogła też umilić im czas spędzony w Albanii. Kraina Orłów nie była ciekawym miejscem, więc poza sobą nawzajem raczej nie mieli żadnych innych rozrywek.
  - Mój misiaczek-pysiaczek wie, jak mnie zadowolić. Czyż nie jest kochany? - wymruczała czarownica, chichocząc perliście. Dobrze wiedziała, że Evans nie lubił takich kobiet, dlatego tym bardziej sprawiła jej przyjemność ta mała gierka. Musieli postępować dyskretnie, więc lepiej było nie rzucać się w oczy i udawać normalnych ludzi, którzy są w sobie szaleńczo zakochani, by wypaść wiarygodnie. Jeden mały błąd i cały plan i ich zadanie mogłoby się posypać, a za to bez wątpienia czekałaby ich śmierć.
   Posiadłość była ogromna, choć wewnątrz nie straszyła przepychem. Wszystko było urządzone raczej skromnie, acz z klasą i gustem, co bardzo podobało się czarownicy, która przepadała za minimalizmem. Idąc za lokajem, kobieta nieco mocniej chwyciła Averego, ufając mu na tyle, aby pozwolić, by to on przejął nad wszystkim kontrolę, przynajmniej do momentu aż zostaną sam na sam. Na korytarzu panował półmrok, gdyż jedynym źródłem światła były świece ustawione w kilku świecznikach pod ścianą, praktycznie wypalone. Niewielkie płomyczki tliły się ostatkami sił i widać był na pierwszy rzut oka, że lada chwila i wszędzie zapanuje ciemność. Aristov nie lubiła ciemności, dlatego nim weszli do salonu, w którym przebywali właściciele, nakazała mężczyźnie zmienić świece.
   Wszystko poszło gładko i sprawnie. Evans z gracją i finezją wyprosił dwoje starszych ludzi do przeciwległego skrzydła, za pomocą zaklęcia rzecz jasna. Lokajowi polecił przygotowanie i dla nich ciepłego kąta, by niczego im nie zabrakło. Mieli pozostać tam do czasu, aż on i jego narzeczona opuszczą dom. Kiedy właściciele wyszli z salonu, Eva podeszła do kominka, zrzuciła buty i klapnęła na miękki dywanik z futra niedźwiedzia, który spoczywał przed paleniskiem. Wystawiła stopy w stronę ognia i odchylając głowę w tył, westchnęła ciężko, z wielką ulgą. Jedną dłonią wyciągnęła z włosów szpile podtrzymującą kok, co spowodowało, że brązowe pukle rozsypały się po jej plecach tworząc mozaikę, w której igrały ogniste iskierki za sprawą blasku wydobywającego się z kominka.
  - Kochanie, bądź tam dobry i podaj mi drinka. - odezwała się do Evansa, który nadal kręcił się gdzieś za jej plecami. Czuła na sobie jego palące spojrzenie, rozgrzane bardziej niżeli drwa w ogniu. Nie wiedziała, jak to się działo, ale gdy wzrok Averego śledził jej osobę, czuła na ciele gęsią skórkę i był to znak, że mężczyzna ją obserwuje. Być może to działo się tylko w głowie Evy, ale i tak było całkiem przyjemne, dlatego właśnie lubiła, gdy na nią patrzył. Z premedytacją zsunęła wierzchnią część odzienia, którym była peleryna z kapturem i tym samym odsłoniła nagie ramiona, zaczesując na bok włosy. Przechyliła lekko głowę w bok i ukazała przed czarodziejem również kark. W różnych kulturach świata, kobiecy kark jest jedną z najbardziej pożądanych części ciała. Gdy na początku roku pojechała do Japonii z krótką wizytą z Ministerstwa, by sprawdzić, jak funkcjonują inne podobne organizacje, miała przyjemność spotkać Gejsze oraz zobaczyć na własne oczy, jak mężczyźni na nie reagują. Czy i na Averym zrobi to wrażenie?
  - Mam nadzieję, że mają tu jakieś mapy okolicznych puszczy, bo nie mam zamiaru przeczesywać lasu kawałek po kawałku. Rookwood jeszcze nie odnalazł diademu, gdyby tak było już byśmy o tym wiedzieli. Musiał natrafić na jakieś utrudnienia albo jest na tyle głupi, że nie umie czytać - dodała, oglądając się przez ramię na Evansa, który napełniał szklanki alkoholem stojącym na małym stoliczku. Karafka wykonana była z drogiego kamienia i przypominała wyglądem dzban, a nie naczynie służące do przechowywania mocniejszych trunków.
   Eva obserwowała, jak mężczyzna niesie w jej stronę szklaneczkę i miała nadzieję, że usiądzie obok niej, jednak nic takiego się nie stało. Zajął miejsce w fotelu. Cóż, nie można było powiedzieć, że to ją zaskoczyło, wręcz przeciwnie. Był zdystansowany, jakby bał się, że kiedy zbliży się do niej, to coś się zmieni, to stanie się coś złego i nieodwracalnego. Podświadomie Aristov na to właśnie liczyła, chciała aby dzieląca ich przepaść została nagle zasypana, by los dał im możliwość zbliżenia się do siebie.
Do jednych bowiem los się uśmiecha, z innych zaś się śmieje. Eva i Avery byli wyjątkowymi egzemplarzami, którzy na pozór są do siebie podobni, niemal tacy sami. Kiedy jednak się im przyjrzeć, dostrzec można diametralne różnice dzielące tą dwójkę. Byli, jak dwa ogary szarpiące mały kawałek mięsa, z którego każde z nich chce zdobyć najlepszy kąsek, uciekając się do różnych sposobów, niekiedy nawet raniących drugiego. Tak było lepiej, łatwiej.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#12 14-04-2018 o 18h39

Straż Absyntu
Chocolate
Żołnierz Straży
Chocolate
...
Wiadomości: 557

__________________https://zapodaj.net/images/5551fe4b388e0.png
        Zmrużyłem oczy i było to jedyne, nieme ostrzeżenie przed tym, żeby kobieta nie próbowała przepychać granicy dalej, niż byłem w stanie tolerować. Durne słodzenie podchodziło pod kategorię rzeczy, które nie były konieczne mi miały mi tylko grać na nerwach. Oczywiście… Aristov wiedziała nie od dziś, którą strunę nacisnąć, żeby mnie zirytować i bardzo często używała tego narzędzia. Zły grymas na twarzy został na niej tylko kilka krótkich chwil, bo później zamienił się w uśmiech. Ten zaś był sztuczny, ale dla lokaja omamionego zaklęciem nie mógł być z pewnością bardziej prawdziwy i bardziej… Czuły. Na tyle tylko było mnie stać, a Wiera pogrywając sobie ze mną w ten sposób wcale nie ułatwiała mi zadania w teatralnym odegraniu tejże czułości.
        — Nie przekraczaj granicy, Aristov — mruknąłem cicho, nachylając się tuż obok jej szyi tak, żeby tylko ona mogła mnie usłyszeć. Obrzuciłem ją ostrzegawczym spojrzeniem z bliska, a później udałem się na pertraktacje – wyjątkowo owocne – z właścicielami posiadłości.
        Z pomocą magii wszystko było prostsze. Przestronny pokój był urządzony bez przepychu i zbędnych mebli, na szczęście przy przeciwległej ścianie znajdował się pokaźnych rozmiarów kamienny kominek, a w nim palił się w najlepsze ogień, który musiał być źródłem ciepła w całej ogromnej posesji. Czułem, że przeszywa mnie dreszcz chłodu, fizyczny i ciągnący aż do kości. Musiałem wcześniej dobrze przemarznąć. Obserwowałem czujnie, jak dwójka starszych ludzi wynosi się z pomieszczenia, które od teraz na czas nieokreślony miało być naszą rezydencją, a później, kiedy oni wyszli, przeciągnąłem się lekko naciągając sztywne ze zmęczenia mięśnie.
        Przeczesywanie Albanii w poszukiwaniu za diademem mogło przypominać szukanie igły w stogu siana. Potrzebowaliśmy planu, wskazówki, jakiejś organizacji. Czegokolwiek. Punktu zaczepienia, który poprowadziłby nas o krok bliżej do osiągnięcia celu, bez którego, co oboje z pewnością wiedzieliśmy, mogliśmy w ogóle do Anglii nie wracać. Co więcej, spodziewać się nagrody za nasze trumny.
        Zerknąłem na swoją towarzyszkę, która już zaczęła grzać miejsce przy kominku. To było krótkie, ale intensywne spojrzenie. Kawałek po kawałku obserwowałem, jak pozbywa się ubrań, a choć przysięgałem sobie, że to nie robi na mnie wrażenia, moje ciało reagowało zupełnie inaczej. Kiedy, do ciężkiej cholery, wyrosła z małej dziewczynki prawdziwa kobieta? Obszedłem przeciwną ścianę wzdłuż, zaklęciami sprawdzając, czy w tym budynku nie ma śladów cudzej magii. Na szczęście była to po prostu przeciętna rezydencja bogatych mugoli. Nic więcej.  Uniosłem jedną brew, słysząc prośbę kobiety. Mruknąłem pod nosem niewyszukane przekleństwo, którego pewnie nie usłyszała, ale mimo tego napełniłem szklanki trunkiem, który stał tutaj przygotowany i czekał na nas, a później sam zająłem miejsce przy ogniu. W bezpiecznej dla siebie odległości.
        Przez chwilę gapiłem się prosto na odsłonięte partie jej ciała i powtarzałem sobie, że widziałem je już setki razy. Później odwróciłem wzrok, zapadłem się głębiej w obszernym, miękkim fotelu i skupiłem się na wesoło trzaskającym ogniu. I planie. Musimy mieć plan. Powinieneś myśleć tylko o swojej misji, Evans.
        — Rookwood nie jest głupi, ale za to chciwy. Co dla nas jest podwójnym ciosem, jeśli sprawy źle się ułożą — przypomniałem na głos, zwracając się do Wiery, ale nie patrząc już na nią. Przysunąłem swoją szklankę do ust, a później upiłem łyk alkoholu. Wyborny. — Może pokusić się na zachowanie wszystkiego dla siebie, ale łatwo go nie odnajdziemy. Oczywiście, to tylko przypuszczenia… Sądzę, że możemy od razu zacząć od układania jakiegoś sensownego planu. Taka ładna noc – szkoda byłoby ją zmarnować na coś innego — dodałem uszczypliwie, na dosłownie kilka sekund przenosząc wzrok na profil Wiery, który odcinał się wyraźnie na tle jasnego kominka i ognia.
        Zaiste, noc była ładna. Ciemność rozgoniła chmury, a gdyby tylko któreś z nas zdecydowało się podejść do okna i odsunąć grube kotary, moglibyśmy dostrzec miliony gwiazd srebrzących się na granatowym nieboskłonie. Żadne z nas jednak nie dbało teraz o takie drobnostki, jak ładne widoki, bo oboje skupialiśmy myśli na czymś zupełnie innym.
        Zacisnąłem mocniej palce na grubej szklance, ponownie wypijając kilka łyków i orientując się, że w ten sposób trunek szybko zniknął bez mojej świadomości.
        — Nie chciałaś kiedyś wrócić do Rosji? — zapytałem niespodziewanie nawet dla samego siebie zmieniając temat. Owszem, jesteśmy swoimi przeciwnikami. Może właśnie dlatego lepiej teraz zejść z tematu taktyki, jaką będziemy musieli obrać. Może rozsądniej zatrzymać to dla siebie. Pokusiła mnie jednak możliwość, żeby pierwszy raz od wieków przeprowadzić prostą, szczerą rozmowę z ciemnowłosą kobietą. Zawsze w naszych słowach kryły się aluzje i ostrza, gotowe zaatakować znienacka. Teraz jednak moje intencje były proste. — Zobaczyć, czy nie ma tam czegoś dla ciebie, może poszukać jakichś krewnych… Nigdy nie mogę sobie wyobrazić, czy naprawdę traktujesz Anglię jak swój dom, czy może przyzwyczaiłaś się ją tak nazywać, bo wszyscy dookoła ciebie to robią.
        Zapatrzyłem się w błyszczące niezdrowym światłem płomienie. Tańczyły wokół drewna, takie piękne, takie ulotne i równie destrukcyjne. Gapiłem się przed siebie, a chociaż zwracałem się z tymi słowami do swojej towarzyszki, to mogło się wydawać, że zupełnie zapomniałem o jej obecności w tym pokoju. Byłem ja i dziecko, które kiedyś zmuszono dołączyć do mojej rodziny. I tyle. Żadnych obowiązków, żadnej konieczności, żadnej presji. Ja i wesołe wspomnienie naszego dzieciństwa.
        Oparłem ramię o szeroki podłokietnik fotela, ze szklanką trzymaną w kilku palcach za jej szczyt, wiszącą nad ciemną podłogą.


https://zapodaj.net/images/b869639902b41.gif https://i.pinimg.com/originals/44/f0/05/44f005e107eebe8905ec8c1b9c49a8bf.gif https://zapodaj.net/images/0660ea069980d.gif

Offline

#13 16-04-2018 o 20h38

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 671

................................................................https://fontmeme.com/permalink/180326/a91b48f6ab45e92bc7b745bc7b35d16f.png

  Pamiętała strzępki wydarzeń dawnego życia i choć usilnie starała się wpleść w nie odrobinę miłości, za każdym razem ponosiła klęskę. Wspominając rodziców czuła tylko chłód, bez względu na to, jak bardzo pragnęła przypomnieć sobie choćby cień troski, zrozumienia, obawy przed stratą ukochanej i jedynej córki. Była w ich rękach jedynie narzędziem pielęgnowanym od najmłodszych lat tylko po to, by służyć, aby zabijać wszystkich tych, którzy nie chcieli ulec woli Pana. Dzień, w którym trafiła do rodziny Evansów był najpiękniejszym dniem jej życia i pamiętać go będzie aż do końca, do ostatniego tchnienia, a gdy w końcu zamknie oczy, to pod powiekami zajaśni jej uśmiech Averego, chłopca z dziecięcych lat, który jako jedyny okazał jej szczere i niezmącone fałszem uczucia.
  Ciemne, długie włosy splecione w dwa warkocze opadały swobodnie na ramiona dziewczynki, która z przerażeniem obserwowała bogato zdobione ornamenty ogromnego kominka. Serce waliło jej z zawrotną szybkością, kiedy oczekiwała na pojawienie się swojej nowej rodziny będąc jeszcze w towarzystwie tymczasowego opiekuna, Lyosha, który w Rosji służył jej rodzicom, jako doradca. Gdyby nie on, losy dziecka mogłyby pozostać nieznane, a łupieżcy zapewne rozgrabiliby majątek. Wiera niecierpliwiła się coraz bardziej, a kiedy w końcu drzwi się otworzyły, mocniej chwyciła dłoń Lyosha, by poczuć się odrobinę pewniej. W jej stronę zmierzał ciemnowłosy mężczyzna z lekkim uśmiechem na ustach, który na pierwszy rzut oka wyglądał na sympatycznego i godnego zaufania. Wymienił kilka słów z doradcą w języku, którego nie rozumiała i kucnął przed nią, przeszywając ją parą błękitnych oczu.
  - Witaj, Wiero. Nazywam się Richard Evans. Bardzo się cieszę, że mogę cię w końcu poznać. Długo czekałem na nasze spotkanie - jego głos był melodyjny i niezwykle uspokajający. Dziewczynka zerknęła na Lyosha, który szybko przetłumaczył jej, co mówił nieznajomy. Zdołała jedynie odpowiedzieć skinieniem głowy, była zbyt przerażona, aby wydobyć z gardła jakiekolwiek słowa.
  - Za chwilę przedstawię ci moją rodzinę, a także od tej chwili i twoją. Czekają za drzwiami aż będziesz gotowa, by ich poznać - dodał, uśmiechając się lekko, a mim to gest ten sprawił, że w kącikach oczu pojawiły się delikatne zmarszczki. Urzekło to na tyle sierotę, że zdecydowała się dotknąć jego twarzy, co zaskoczyło nie tylko ją samą, ale i obecnych w salonie mężczyzn. Evans nie odsunął się, pozwalając swojej podopiecznej na ten drobny gest. Młoda Aristov przeniosła spojrzenie na Lyosha, a ten wiedział już, że nie ma na co czekać, że to ten moment by reszta rodziny do nich dołączyła.
   Pierwszy wbiegł chłopiec w pasiastych spodniach prasowanych na kant i w białej koszulce z kołnierzykiem wykończonym błękitną nicią. Przylgnął do nóg ojca, wpatrując się w intruza, który był o kilka centymetrów niższy od niego, z piegowatym, nieco zadartym nosem. Chwilę później w salonie zrobiło się tłoczno za sprawą kobiety o kasztanowych włosach i jeszcze trójki dzieci, nieco starszych niż Wiera. Najstarsza była jedyna dziewczyna spośród dzieci Evansów, Adeleine. Miano najsympatyczniejszego przypadło Jamesowi, a Seth był zbyt mały, aby Wiera brała go pod uwagę do czegokolwiek. Jeden z chłopców zbliżył się do niej, gdy już matka wyraziła swój podziw dla nowego członka rodziny, pochylił się nieco w stronę Aristov i ze słodkim uśmiechem pociągnął ją z całej siły za warkocz, aż kolana się pod nią ugięły. Dziewczynka niewiele myśląc i zapominając na moment o etykiecie, którą wpajano jej od zawsze, kopnęła chłopca w piszczel tak mocno, jak tylko potrafiła.
  - Avery! - usłyszała podniesiony głos pana Evansa, który nakazał synowi, by ten natychmiast przeprosił Wiere, która teraz gotowa była rzucić się na chłopca i gdyby Lyosha nie trzymał jej za rękę, to z pewnością tak właśnie by się stało. Wiedziała już, że nie wszyscy w rodzinie są do niej przychylnie nastawieni i mimo, że nie rozumiała ich dziwnego języka, to nie zamierzała pozwolić sobą pomiatać, ot co, ruski charakterek. Słowo przepraszam nigdy nie padło z ust Averego.
   - Ty jesteś moim domem, wszystkim, co jest mi drogie i ważne dla mnie. Nie potrzebuje Rosji, tylko ciebie - odezwała się cicho kobieta, nie odrywając nawet na chwilę wzroku od ognia. Trwała zwrócona w stronę paleniska przez dłuższy czas, wiedząc, że jej słowa zapewne zdziwiły mężczyznę. Nigdy nie potrafiła go okłamywać, a nawet nie chciała tego robić. Czekała cierpliwie aż mokre od łez policzki wyschną i dopiero później odwróciła się do Evansa, od razu zmieniając temat, nie chcąc dać mu czasu na wymyślenie ciętej riposty. Nie była na nią przygotowana. Sama nie wiedziała dlaczego wspomnienie sprzed tylu lat jest w stanie wyszarpnąć z niej takie emocje.
   - Skoro Rookwood ma mapę, to może poczekajmy aż on ubabrze się błotem i odnajdzie dziadem. Rozpuścimy wici o rzekomym kupcu, który sowicie zapłaci za artefakty związane z założycielami Hogwartu, a sam nam go dostarczy, licząc na wielki zysk - rzuciła luźną propozycję, mając nadzieję że Avery ją zaakceptuje. Bardzo, bardzo nie chciała zapuszczać się w albańską puszczę pełną dzikich zwierząt, gdzie wiatr hulał i świszczał złowieszczo, gdzie poza zwierzętami można było spotkać jeszcze przechadzającą się Śmierć.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#14 21-04-2018 o 12h03

Straż Absyntu
Chocolate
Żołnierz Straży
Chocolate
...
Wiadomości: 557

__________________https://zapodaj.net/images/5551fe4b388e0.png

        W naszym nowym skrzydle było zupełnie pusto. Nie chrobotała nigdzie żadna mysz, po strychu nie biegały dzikie zwierzęta, a i mieszkańcy tego domu siedzieli jak myszy pod miotłą, być może bojąc się wydać jakikolwiek hałas. Zapewne za sprawą jednej czy dwóch gróźb, jakie przemyciłem w naszym krótkim spotkaniu. Podobało mi się manipulowanie ludźmi, grożenie im było czystą rozrywką, a zabijanie często koniecznością. Rozparłem się wygodnie, obejmując całym sobą ciszę, jaka zapadła teraz także między nami w przestronnym, starym i zadbanym pomieszczeniu. Nawet natura poszła nam obecnie na rękę, bo z zewnątrz nie docierały żadne dźwięki i był to przyjemny kontrast do hałasu deszczu uderzającego z mocą o szybę, jak w dworze Arkwrightów w Anglii. Na myśl o spotkaniu, które było odległe w przeszłości zaledwie kilka godzin, poczułem nieprzyjemny dreszcz obejmujący całe moje ciało.
        Milczenie mi nie przeszkadzało, a niecierpliwość, która teraz się we mnie rodziła była ukryta. Czasami miałem wrażenie, że jestem zbyt narwany, że nie potrafię się kontrolować, a Wiera była moim przeciwieństwem. Zawsze opanowana, zawsze niczym bryła grubego lodu. Teraz wystawiała mnie nieświadomie na próbę mojego charakteru, a ja nie zamierzałem jej nie przejść.
        O czym myślała? Czy wracała wspomnieniami do tego, co było w Rosji? Nie miałem pojęcia, gdzie się wychowała, rodzice nigdy nie pozwolili nam o tym rozmawiać, a ja słuchałem rodziców w takich kwestiach, gdyż naprawdę rzadką rzeczą było zabronienie mi czegoś. Nigdy nie pozwoliłem ciekawości wypłynąć… Nigdy, aż do teraz. I chciałem się dowiedzieć, dlaczego ją sprzedano niczym dobrego niewolnika, dlaczego powierzono naszej rodzinie. Patrzyłem na jej twarz, chcąc doszukać się jakiejś wskazówki, ale nic tam nie było.
        W końcu się odezwała i och… Co to były za słowa. Sprawiły, że uśpiona bestia zazwyczaj trzymana na stalowych łańcuchach szarpnęła się, wierzgnęła mocno, dopominając się o wolność. O wzięcie ją w objęcia, o wzięcie jej tutaj, na tej niedźwiedziej skórze w blasku kominka i cieple, bliskości ognia, który dodatkowo by nas rozgrzał. To była chwila, niekontrolowany moment, kiedy poderwałem się do przodu, przysiadając na krańcu fotela, a szklanka w tej samej chwili wypuszczona z uścisku moich palców uderzyła o podłogę i roztrzaskała się na setki kawałków w akompaniamencie głośnego hałasu. Nie odwróciłem nawet głowy w tamtym kierunku.
        Ale nie dała mi czasu na odpowiedź.
        Kontynuowała wcześniejszą rozmowę, jakby tamte słowa nie opuściły jej ust. I dobrze, że to zrobiła, bo pozwoliło mi nabrać nieco dystansu. Ochłonąć. Podniosłem się ze swojego miejsca i wyminąłem ją za jej plecami, a później nie wiedząc, co zrobić ze swoimi nogami skierowałem się do okna, na którym zasunięte były ciężkie zasłony.
        — Moglibyśmy nawet użyć do tego właścicieli tej willi — pokiwałem powoli głową, patrząc przez grube szyby na spokojny krajobraz.
        Było ciemno, ale nikły blask księżyca oświetlał ogród i drogę, która pięła się na pagórek daleko za posiadłością. Tam, na tym pagórku dostrzegłem migoczące światła i zrozumiałem, że to musi być jakaś osada albo wioska, w której żyją ludzie. Bogate małżeństwo wolało trzymać swoją posiadłość na uboczu. Pozwoliłem moim myślom dryfować, na długo zatapiając się w milczeniu. Nie zauważyłem nawet, kiedy Wiera pojawiła się obok mnie, poruszając się praktycznie bezszelestnie. Drgnąłem, czując jej obecność tuż obok swojego ramienia.
        — Nie zakradaj się do mnie — zniżyłem głos do szeptu, wciskając spojrzenie pod materiał jej szaty na ramionach, na szyję skrytą za włosami. — Mógłbym ci zrobić krzywdę, nie wiedząc, że to ty — dodałem miękko. Jej wcześniejsze wyznanie sprawiło, że poczułem przypływ silnego sentymentu. I czegoś jeszcze. Odchrząknąłem cicho, a później przeniosłem wzrok na migoczące punkty, które były bez wątpienia latarniami olejnymi. — Będziemy się musieli przygotować na starcie. Nie odda bez walki ani mapy, ani tym bardziej już diademu. Wie, że jeśli go wykryjemy, to będzie oznaczało, że jest martwy, więc będzie dodatkowo ostrożny. Możemy polegać na reputacji właścicieli tej posiadłości, ale najpierw sprawdzimy w wiosce, jakie wrażenie mają o nich ludzie, a później będziemy musieli to dobrze ugrać, tak, żeby mugole pragnący magicznego artefaktu nie wzbudzali podejrzeń.
        Zamilknąłem, w głowie formując dalsze części planu. Wydawał się dobry. Przybliżał nas do końca misji, ale nie potrafiłem zlokalizować w sobie źródła… Smutku. Byłem smutny, nie potrafiąc odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego.
          — Musimy być czujni i… — znowu przeniosłem na nią wzrok, na krótki ułamek sekundy był pełen troski. Dopiero chwilę później ponownie stał się chłodny, wręcz obojętny. Przestraszyło mnie to, że mogła zobaczyć we mnie ponownie zbyt wiele, zbyt łatwo mnie odczytać. — Uważaj na siebie. Nie byłoby nas tu obojga, gdyby to zdanie nie było śmiertelnie niebezpieczne. Rookwood jest szaleńcem, na tyle głupim, żeby sądzić, że może oszukać naszego Pana.
        Zadarłem nieco głowę, teraz już nawet nie udając, że nadal interesuje mnie widok za oknem. Teraz patrzyłem prosto na swoją towarzyszkę, a wyraz mojej twarzy pozostawał teraz bardziej nieodgadniony.


https://zapodaj.net/images/b869639902b41.gif https://i.pinimg.com/originals/44/f0/05/44f005e107eebe8905ec8c1b9c49a8bf.gif https://zapodaj.net/images/0660ea069980d.gif

Offline

#15 21-04-2018 o 17h00

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 671

..............................................................https://fontmeme.com/permalink/180326/a91b48f6ab45e92bc7b745bc7b35d16f.png

  Gdy szklanka uderzyła o podłogę i roztrzaskała się w drobny mak, czarownica nawet nie zwróciła na to uwagi. Spoglądała wprost na Averego, w którego oczach przez ułamek sekundy zobaczyła dzikość i pożądanie. Co miał zamiar zrobić? Eva czekała niecierpliwie, ale nic się nie stało, absolutnie nic. Miała nadzieję, że coś się między nimi zmieni, że jej wyznanie uruchomi czarodzieja i sprawi, że porzuci on wszelkie hamulce. Nie raz i nie dwa wyobrażała sobie, jak skrywane głęboko uczucia w końcu wygrzebują się na powierzchnię, jak dłonie mężczyzny suną po jej ciele, jak zaciskają się na szyi, a jego gorące usta przemierzają niespiesznie po każdym fragmencie jej skóry. W głowie krążyła ciągle myśl, że żadne z nich nie zasługuje na to, by kochać i być kochanym, że wyrządzili zbyt wiele złego, aby wiedzieć, co to miłość. Dwie bestie, który odpychały się, a później próbowały znaleźć drogę do siebie, za wszelką cenę i bez względu ile ofiar to pochłonie.
  Aristov zbliżyła się do Evansa, gdy ten podszedł do okna i uważnie go słuchała, uśmiechając się od czasu, do czasu pod nosem, ledwo dostrzegalnie. Najwyraźniej jednak coś się zmieniło, bo czarodziej okazał jej troskę, co miło ją zaskoczyło. Nie mogła jednak pozwolić sobie na opuszczenie gardy, dać mu możliwość do przejęcia pałeczki, bo jeśli to się stanie, to przepadnie raz na zawsze. Kontrola była tym, czego Eva potrzebowała i co dawało jej pewność, że między nią, a mężczyzną do niczego nie dojdzie. To źle by się skończyło dla obojga stron, bo powszechnie wiadomo, że interesy nie idą w parze z uczuciami, tym bardziej, że bądź co bądź, byli rywalami. Każde z nich próbowało zyskać przychylność Czarnego Pana i tym samym stać się numerem jeden.
  - Rano pójdę do miasta i wszystko dokładnie sprawdzę, popytam dyskretnie ludzi, czy orientują się w sytuacji. Może ktoś coś widział albo słyszał. Mugolaki lubią plotki- powiedziała, robiąc krok w tył z zamiarem opuszczenia salonu. Musiała wypocząć, odświeżyć się i zjeść coś porządnego, bo teleportacja na taką dużą odległość wykończyła ją fizycznie, choć ona była tylko pasażerem. Avery oberwał najbardziej, jednak ból nosił z klasą i nie dał nic po sobie poznać.
  - Nie martw się o mnie, wiesz przecież, że potrafię o siebie zadbać - dodała, puszczając mężczyźnie oczko. Dobrze wiedziała, że jej nie posłucha, bo i ona czuła wewnętrzny niepokój o niego za każdym razem, gdy coś ich rozdzielało, do czego nigdy się nie przyzna. Jak na jeden wieczór i tak powiedziała zbyt wiele, co utwierdziło zapewne Evansa w tym, że nie jest jej objęty.
  Kobieta odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę wyjścia, wpadając w ułamku sekundy na iście diabelski pomysł. Lubiła droczyć się z Averym i wiedziała, że i on przepada za dogryzaniem jej. A gdy tak podnieść poprzeczkę nieco wyżej? Nie zastanawiając się dłużej, zsunęła z ramion suknie, która opadła swobodnie niedaleko kominka i nie odwracając się w stronę mężczyzny, kontynuowała spacer do drzwi, dając mu idealny wgląd na swoje ciało okryte jedynie koronkową bielizną. Chciała, by Avery tej nocy myślał tylko o niej, by nie mógł zasnąć, aby walczył z chęcią odwiedzenia jej sypialni. Zerknęła za siebie, żeby spojrzeć na niego po raz ostatni, a jej usta wykrzywiły się w zaczepnym uśmiechu.
  - Dobrej nocy - szepnęła, wiedząc że cisza panująca w posiadłości sprawi iż usłyszy jej głos bez problemu. Zniknęła zaraz z zasięgu wzroku mężczyzny i udała się z walącym sercem na piętro, gdzie jak się domyślała, mieściły się sypialnie. Na schodach natknęła się na służącego, który powiadomił ją, że kąpiel jest już gotowa i wskazał odpowiednie drzwi, natomiast oka poprosiła go o dostarczenie kolacji do pokoju.
  Gdy wsunęła się w przyjemnie ciepłą wodę, pozwoliła również zamoczyć się włosom, które unosiły się na powierzchni niczym wodorosty. Oparła głowę o krawędź wanny i westchnęła głośno, dostrzegając na swoim ciele ślady po miłym spotkaniu z Naginii. Cholerny wąż, gdyby tylko mogła, to pozbyłaby się go od razu. Prawdopodobnie nigdy nie polubi gadów, nawet gdyby jej za to zapłacono. A czy ona sama nie była obślizgłą żmiją?

Ostatnio zmieniony przez Charo (21-04-2018 o 17h00)


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#16 22-04-2018 o 20h50

Straż Absyntu
Chocolate
Żołnierz Straży
Chocolate
...
Wiadomości: 557

__________________https://zapodaj.net/images/5551fe4b388e0.png

        — Nie — odpowiedziałem po chwili namysłu, odwracając wzrok od kwiatów rozsadzonych w ogrodzie niegdyś z precyzją, teraz jednak doszczętnie zaniedbanych. — Pójdziemy tam wspólnie i będziemy działać razem. Przynajmniej teraz. Chcę wiedzieć, że nie będzie ci nic groziło.
        Mój głos nie był głośniejszy od szeptu, ale dosłyszalny na tyle, żeby Wiera mogła go usłyszeć. To, co powiedziałem po części było prawdą, po części jednak również grą. Ona też zdawała sobie sprawę  z tego, że jesteśmy jak egzotyczne zwierzęta w cyrku, na które patrzy się z wysokich trybun oczekując jakiejś spektakularnej walki. Plan był mój, zamierzałem trzymać dłoń na pulsie. To, że martwiłem się, że będzie w niebezpieczeństwie rozpytując ludzi o właścicieli willi było po części prawdą, ale drugim jej fragmentem było to, że sam chciałem mieć informacje.
        O tym jednak czarownica nie musiała wiedzieć. Okazja była na tyle intymna, żeby uwierzyła w moje dobre intencje bez mrugnięcia okiem.
        Odwróciłem się przez plecy słysząc, że udaje się do wyjścia. Moje spojrzenie od razu padło na jej zgrabne ciało odziane w same koronki i bez ruchu przypatrywałem się jej. Tak samo bezwstydnie, jak bezwstydnie ona pozbawiła się sama ubrania. Wiedziałem, że to gra, że chce coś dla siebie ugrać i wykorzystać, ale stwierdzenie, że nie robi to na mnie wrażenia byłoby okropnym kłamstwem. Jej ciało i nagość oraz to, co musiała domalować wyobraźnia było niezwykle kuszące. Było także zakazanym owocem, po który nie wolno było mi sięgnąć. To też oboje wiedzieliśmy. Bawiła się ze mną. Nie ma w tym nic więcej, żadnych uczuć. Po prostu zabawa. Tak sobie to tłumaczyłem, bo tak było łatwiej, tak było bezpieczniej. Bez przywiązania, które gerenruje wyrzuty sumienia. Odprowadziłem ją spojrzeniem ze swojego miejsca, a dopiero, kiedy odgłos jej kroków zupełnie wygasł w ciszy powróciłem powolnym krokiem do zajmowanego wcześniej fotela.
        Ominąłem roztłuczone szkło i opadłem na miękkie poduszki czując, że dociera do mnie zmęczenie, że przebija się przez pożądanie i ogarnia moje ciało. Cokolwiek by się nie działo, nie mogłem udać się na górę. Wiedziałem, że pokusa, żeby zrobić coś nieodpowiedniego może być za duża, dlatego pozwoliłem sobie oddać się krainie snów na fotelu, przy dogasającym ogniu w kominku.

        Budząc się rano czułem, jak sztywne jest moje ciało, jak ciężko naciągnąć jakikolwiek mięsień do pracy. Sen w niewygodnej pozycji dołożył się do wysiłku związanego z teleportacją i dał nieprzyjemne efekty w postaci palącego każde ścięgno bólu. Przeciągnąłem się, jęcząc cicho, a później wstałem z fotela. W kącie pokoju już czekał lokaj, którego zauważyłem zdecydowanie za późno, a przestraszony jego niespodziewaną obecnością sięgnąłem po różdżkę. Ta okazała się jednak niepotrzebna.
        — Przygotuj śniadanie i kąpiel.
        Skłonił się, wyszedł bez słowa. Obserwowałem czujnie drzwi, w pamięci przywołując obraz kobiety, która zeszłej nocy nimi wyszła. Zaraz jednak pokręciłem powoli głową, nalałem sobie odrobinę szlachetnego trunku, a zanim zdążyłem go wypić, wrócił lokaj oznajmiając, że wszystko jest przygotowane.
        Wiery nie było nigdzie na mojej drodze, bo przyjąłem ze swojego rodzaju ulgą. Kąpiel pozwoliła mi oczyścić nie tylko ciało, zmęczone po całodniowej podróży i nowościach zeszłego dnia, ale także umysł. Ten stał się ostrzejszy, bardziej wyczulony. Ubrałem się w pośpiechu, zszedłem na śniadanie do tego samego salonu, w którym spędziłem noc tylko po to, żeby odkryć, że w kominku na nowo został rozpalony ogień, a okruszki szkła były wysprzątane co do jednego. Na śniadanie nigdy nie miałem wielkiej ochoty, ale wiedziałem, że przyda mi się energia, bo zapowiadał się długi dzień.
        Wyszedłem przed willę i od razu otoczył mnie ciepły, późnowiosenny dzień. W Albanii pory roku wyglądały zupełnie inaczej, niż w Anglii. Tam ciągle lał deszcz, a tutaj wszystko budziło się do życia. Nie odwróciłem się na dźwięk obcasów na wyłożonej kamieniami ścieżce.
        — Możemy ruszać — rzuciłem, oglądając się jedynie przelotnie na kobietę, skinąwszy podbródkiem w stronę miasteczka. — Teleportacja nie jest możliwa, boję się, że utkniemy przypadkowo w jakiejś ścianie albo zauważy nas niepowołane do tego oko. Na szczęście właściciele posiadają całkiem dobre konie i zgodzili się, żebyśmy je wykorzystali. Jeździsz?
        Na to pytanie odwróciłem się w jej kierunku na pięcie i zadarłem nieco głowę. Dzisiaj kompletnie już ubrana. A to ci dopiero szkoda. W pełnym ubraniu zdecydowanie traciła na wczorajszej atrakcyjności.
        Jak na znak, zza rogu wyszedł niski, lekko garbaty mężczyzna, który trzymał wodze dwóch jasnobeżowych koni. Były raczej wychudłe, miały zwieszone nisko głowy, ale szły żwawo, jakby nikomu jeszcze do końca nie udało się złamać w nich ducha walki. Były już osiodłane i praktycznie gotowe do drogi. Tym razem nawet nie potrzebowałem zaklęcia, żeby zdobyć je jako środek transportu.


https://zapodaj.net/images/b869639902b41.gif https://i.pinimg.com/originals/44/f0/05/44f005e107eebe8905ec8c1b9c49a8bf.gif https://zapodaj.net/images/0660ea069980d.gif

Offline

#17 28-04-2018 o 19h01

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 671

...................................................................https://fontmeme.com/permalink/180326/a91b48f6ab45e92bc7b745bc7b35d16f.png

  Lazarat było niewielkim miasteczkiem położonym w południowej części Albani i wcale nie należało do najbezpieczniejszych  miejsc na świecie. Mogłoby wydawać się, że przez swoje położenie oraz niewielką liczbę ludności, nikt nie byłby zainteresowany okolicą, a jednak przyciągała ona szemrane towarzystwo, które z największą przyjemnością prowadziło właśnie tutaj swoje interesy: mniej lub bardziej legalne. Mugole mieli to do siebie, że lubili zadzierać z prawem, lubili łamać zasady w imię bogactwa lub sławy. Nikt przy zdrowych zmysłach nie miałby ochoty zapuszczać się w dziką puszczę, która odgradzała z jednej strony wioskę od cywilizacji, z drugiej zaś były góry. Pokonanie ich graniczyło z cudem, więc nikt nawet nie próbował tego zrobić, chyba że życie było mu niemiłe, a i takich śmiałków nie brakowało. Gdyby ktoś chciał przyjechać tutaj z własnej, nieprzymuszonej woli, to byłby to znak, że właśnie zwiał z Azkabanu lub Świ. Munga. Lazarat było idealnym przykładem powiedzenia "tam, gdzie Diabeł mówi dobranoc"
  Eva siedziała prosto na koniu, a w dłoniach z całych sił trzymała wodze i próbowała opanować drżenie nóg. Nie lubiła jeździć konno i była wściekła na Averego, że zdecydował się na taki środek transportu. Podejrzewała, że była to kara za jej wczorajszy wybryk, co utwierdziło ją tylko w przekonaniu, że z wielkim trudem przyszło mu powstrzymanie się przed odwiedzeniem jej w sypialni. Mogłaby pogratulować mu niezłomnej siły woli, ale była zbyt zdenerwowana na poranne docinki.
  - To najokropniejsze miejsce na ziemi - mruknęła pod nosem, ale na tyle głośno, by słyszał ją towarzyszący jej mężczyzna. Wiedziała, że i on myśli podobnie, zwłaszcza, gdy znaleźli się w samym centrum niewielkiego miasta, gdzie z pozoru tętniące życiem ulice przesiąknięte były smrodem i bijącym po oczach ubóstwem. Kobieta przyłożyła do twarzy chusteczkę, którą miała w kiszeni sukni i zerknęła w bok, kiedy usłyszała krzyk dziecka. Mały chłopiec szamotał się ze starszym mężczyzną, który bez ogródek zdzielił go kilka razy po twarzy i wyrwał z rąk nadgniłe jabłko. Gdyby Aristov miała w sobie choć trochę więcej empatii i współczucia, to rozprawiłaby się z dziadem, który uderzył dziecko. Najprawdopodobniej malec ukradł owoc i dostał nauczkę, czemu kobieta się nie dziwiła, bo sama zrobiłaby to samo, ale nie za to, że spróbował, tylko za to, że mu się nie udało.
  - Tam jest jakaś karczma. Możemy zacząć od tego miejsca, a później przejść się po straganie. Kupimy pamiątki, pewnie każdy nam zazdrości podróży służbowej - zażartowała Eva, obdarzając Averego kwaśnym uśmiechem, po czym zatrzymała konia i sprawnie zsunęła się na ziemie. Błoto rozchlapało się na wszystkie strony, a ona jedyne, co mogła zrobić, to zakląć sobie cicho. Ręka aż ją zaswędziała, aby sięgnąć po różdżkę, ale nie mogła tego zrobić nie wiedząc, czy w mieście przebywają zwykli ludzie, czy czarodzieje. Poczekała aż Evans zejdzie z konia i przywiąże wierzchowce do belki odgradzającej jeden budynek od drugiego.
  Drzwi ustąpiły z głośnym skrzypnięciem, a kilku ludzi przebywających w lokalu zwróciło się w ich stronę, by sprawdzić, kto przybył. Za barem stała młoda kobieta o kruczoczarnych włosach upiętych w warkocz i z biustem tak obfitym, że ledwo mieścił się jej w sukience, choć większa część i tak była poza nią. Eva rzuciła okiem na towarzystwo i zrobiła kilka kroków w stronę barmanki, by zwrócić się do niej w ojczystym języku i zamówić dwa lokalne piwa. Nie mogli zacząć od razy wypytywać mieszkańców o ludzi, w których posiadłości przebywali, bo wzbudziłoby to podejrzenia. Zamierzała zdać się na Avereg w tej kwestii, gdyż uważała, że był znacznie bardziej opanowany niż ona, choć wydawać by się mogło, że było na odwrót. To Evans zawsze analizował wiele scenariuszy podczas gdy ona skupiała się na tych najbardziej oczywistych, przez co nieraz popadała w kłopoty. Była zbyt porywcza, zbyt pewna siebie, przekonana o swojej mocy i nieomylności. Mężczyzna miał w sobie znacznie więcej pokory, a przede wszystkim, nie odkrywał od razu wszystkich kart. Dobrze, że nie była tu sama.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#18 29-04-2018 o 17h36

Straż Absyntu
Chocolate
Żołnierz Straży
Chocolate
...
Wiadomości: 557

__________________https://zapodaj.net/images/5551fe4b388e0.png

        Cała jej postawa wskazywała na to, jak źle czuje się na końskim grzbiecie. Sztywno wyprostowana sylwetka i nieruchome wręcz biodra były bardzo jasnym sygnałem, że czuje się w tej sytuacji gorzej niż źle. Cóż… Nie miałem pojęcia, że aż tak źle będzie czuła się na końskim grzbiecie, najwidoczniej nawet po całym wspólnie spędzonym życiu można nauczyć się o drugiej osobie czegoś nowego. Z trudem ukrywałem samozadowolenie, które malowało się na mojej twarzy za każdym razem, kiedy jej wierzchowiec wyskoczył do przodu czymś wystraszony, albo potknął się na jednym z konarów wysokich drzew, które mijaliśmy. Żywe przerażenie na jej twarzy było widokiem nie tyle pięknym, co zbyt rzadkim, żeby móc frywolnie go przegapić. Dlatego kiedy już znaleźliśmy się w wiosce sam zaproponowałem jej, że uwiążę jej konia, tym samym wyświadczając jej drobną przysługę, odpłacić którą przyjdzie jej jeszcze w przyszłości… W, najpewniej, najmniej oczekiwanym momencie.
        Pozwoliłem przejść jej przodem w drzwiach do karczmy, a wewnątrz od razu okrążył i zamknął w swoim uścisku dym papierosowy, zapach taniego, rozwodnionego piwa i męskiego potu. Kobiet nie było tutaj wiele, ale jak na wczesną, popołudniową porę duży odsetek ze znajdujących się tutaj mężczyzn był już konkretnie nawalony. Przywołałem chłodny, obojętny wyraz twarzy, nie poświęcając wiele uwagi cycatej barmance. Udawanie, że podoba mi się jej sylwetka byłoby zupełnie nie na miejscu, nawet jeśli specjalnie chciałbym odegrać się na Evie za wczorajszy wieczór. Przede wszystkim, zdecydowanie bardziej pociągała mnie smukła sylwetka… Taka, jaką posiadała Wiera. Zamrugałem dwukrotnie, żeby odegnać sprzed oczu złośliwy obraz wspomnienia z wczorajszej nocy i jej kształtne biodra i pośladki, które znikały za drzwiami salonu z kominkiem.
        Kiedy Wiera wróciła, zdążyłem wypatrzeć już miły stolik, stosunkowo daleko odsunięty od pijanego towarzystwa, które zajmowało lożę przy drzwiach, ale nie odosobniony od społeczeństwa znajdującego się w karczmie. Nawet, jeśli nigdy nie chciałbym mieć z nimi nic wspólnego, teraz liczyło się jedynie dobro misji. Posłałem kose spojrzenie młodej barmance, która machnęła grubym, ciemnym warkoczem, a później ustawiła dwa kufle pełne jasnej lury na naszym stoliku, rozlewając odrobinki na boki. Blat i tak cały się już lepił, więc kolejne krople niczego nie zmieniały.
        — Dzięki — mruknąłem po angielsku, nie zatrzymując na niej spojrzenia na dłużej.
        Żeby niczego źle nie zrozumiała. Odpowiedziała coś w ojczystym języku, czego oczywiście nie zrozumiałem, zamiast tego przeniosłem spojrzenie na Wierę, która wydawała się pojmować ten język. Nie zamierzałem prosić, żeby wytłumaczyła. Co to, to nie.
        Barmanka odeszła, a ciemny warkocz zrzucony przed chwilą z ramienia falował za nią w powietrzu. Zmrużyłem oczy, a później wyciągnąłem dłoń po kufel.
        — Na zdrowie — rzuciłem, unosząc piwo do nosa. Pachniało jeszcze gorzej, niż wyglądało, co przyniosło na myśl wizję, w której pięć minut temu ktoś do tego szkła narzygał i nikomu nie opłacało się go umyć. Przełknąłem pierwsze kilka łyków szybko, obawiając się paskudnego posmaku, ale na szczęście nie było wcale złe. Właściwie… Lepsze, niż można się było tego spodziewać. — Za naszą pierwszą i być może nieostatnią wspólną misję. No dalej, pij, jest pyszne. Poza tym nie możemy tak od razu zacząć rozpytywać się wszystkich dookoła, zanim nie wypijemy przynajmniej dwóch kufli — rzuciłem, tym razem zaczepnie i żartobliwie, ale moje czujne spojrzenie cały czas filtrowało śmierdzące, duszne i zadymione powietrze w karczmie. Na wypadek, po prostu na wypadek. Żeby być przygotowanym, gdyby coś miało się wydarzyć.
        Kiedy jednak dotarliśmy w wyjątkowo rekordowym tempie do dna swoich naczyń z grubego, matowego szkła nic się nie wydarzyło. Nic podejrzanego, nawet nikt nas nie zaczepił. To był także ten moment, w którym pozwoliłem sobie na odrobinę rozluźnienia, odpiąłem jeden guzik koszuli, która zawsze była zapięta ściśle pod jabłkiem Adama i odetchnąłem głęboko, z ulgą. Alkohol powoli sprawiał, że wreszcie nie czułem się tak okropnie w tym paskudnym, zasranym miejscu z tą jedyną osobą, której przecież nie chciałbym krzywdzić nawet, gdyby zaszła potrzeba.
        Chyba, że mowa o krzywdzie typu pociągnięcie za włosy, zadrapania na udach…
        Stop, nie w tą stronę. Pokręciłem powoli głową, podnosząc spojrzenie na swoją towarzyszkę. Nawet nie zauważyłem tym razem, kiedy barmanka wymieniła nasze szkło z pustego na pełne, po prostu odruchowo wyciągnąłem po nie rękę i przysunąłem do siebie. Tym razem nie poświęciłem grubemu warkoczowi ani pół ułamka swojej uwagi.
        — Czy to nie urocze, piękne życie? Można się n****** od samego rana, później wrócić wieczorem do domu, sprać żonę na kwaśne jabłko, a jeśli ktoś ma trochę więcej szczęścia, to zażyć trochę seksu, iść spać… — uniosłem dłoń ku górze, a na mojej twarzy pojawił się złośliwy uśmiech. — A wszystko po to, żeby kolejny dzień móc zacząć tak samo. Piękne, proste życie dla prostych ludzi — rzuciłem, tym razem mniej rozbawiony. Alkohol co prawda sprawiał, że moje samopoczucie nieco się polepszyło, ale było go zdecydowanie za mało, żeby udawać, że taki żywot mnie chociażby interesuje. O jakieś dziesięć kufli za mało. — Dlatego teraz, jeśli chodzi o poważne sprawy, powinniśmy się rozdzielić. Tobie mężczyźni chętniej sprzedadzą informacje niż mi, więc możesz zrobić użytek ze swojej ładnej buźki tutaj, w karczmie. Chyba powinniśmy się rozdzielić. Takie miejscowości zawsze mają mały rynek, na którym spotyka się drugie grono mieszkańców i sądzę, że ja właśnie tam się udam.
        Plan był dobry. Właściwie mogłem już wstać i wyjść, ale mimo wszystko chciałem zaczekać na reakcję Wiery. Możliwe, że jeśli nie będzie chciała się zgodzić na mój pomysł, to sama chociaż będzie miała w zastępstwie jakiś inny, może lepszy. Przybrałem na twarz nieprzenikniony wyraz, którego nawet ona nie potrafiłaby odczytać.


https://zapodaj.net/images/b869639902b41.gif https://i.pinimg.com/originals/44/f0/05/44f005e107eebe8905ec8c1b9c49a8bf.gif https://zapodaj.net/images/0660ea069980d.gif

Offline

#19 30-04-2018 o 08h31

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 671

...................................................................https://fontmeme.com/permalink/180326/a91b48f6ab45e92bc7b745bc7b35d16f.png

   Cholera, czy Avery po kuflu albańskiego piwa musi być jeszcze bardziej gorący niż zazwyczaj? Kobieta obserwowała go uważnie, przygryzając lekko dolną wargę, opierając przy tym brodę na dłoniach, a łokcie na blacie stolika, przy którym siedzieli. Kiedy odpiął guzik koszuli, wiedźma mogła dostrzec fragment skóry na jego szyi, a pierwsze o czym pomyślała, to to, jakby pieściła ją ustami, przygryzała raz za razem pozostawiając na niej czerwone ślady. Nie mogła przestać myśleć o wczorajszej nocy, gdy z walącym sercem nasłuchiwała kroków na korytarzu, mając nadzieję, że Avery zdecydował się do niej przyjść. Każde skrzypnięcie podłogi sprawiało że oblewały ją zimne poty, a dłonie zaciskały się mocniej na śnieżnobiałym prześcieradle. Noc spędziła jednak sama, a fantazje umilały choć trochę samotność. Może to i lepiej, że mężczyzna się nie pojawił, bo zaognienie ich relacji tylko skomplikowałoby wszystko między nimi, a na to żadne z nich nie mogło sobie pozwolić. W końcu otrzymali od Czarnego Pana szansę na to, by się wykazać, bo udowodnić swoją wartość i zaangażowanie, a romans tylko by ich rozpraszał.
  - Hm? Słucham? - wymamrotała  mrugając kilka razy, jakby dopiero uświadomiła sobie, że Evans siedzi przed nią. Policzki Evy mimowolnie poczerwieniały, gdyż zdawała sobie sprawę, że jeśli mężczyzna użyje na niej w tym momencie legilimencji, to będzie wiedział wszystko, co tak bardzo chciała przed nim ukryć, co powinno zostać głęboko zakopane na samym dnie jej serca i nigdy, absolutnie nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego.
   - Mam flirtować z facetami za informację? Upadłeś na głowę - oburzyła się kobieta, mierząc go lodowatym spojrzeniem. Nie podobało jej się to, że ktoś próbował dysponować jej ciałem, a ona nie miała nawet prawa głosu i że Avery z taką łatwością mógłby oddać ją innemu.  Evans rozdawał karty, rzucał w jej stronę kolejne polecenia, jakby była jego prywatną laleczką na sznurku, jakby był jej władcą. W innych okolicznościach sama by go nawet o to prosiła, ale w obecnej sytuacji czuła, że nie odpowiada jej jego postawa i ich obecny układ. Nie zamierzała jednak w tym momencie mu się sprzeciwiać, na to jeszcze przyjdzie czas. Popatrzył na mężczyznę w milczeniu jakby chciała wybadać, czy nie robi sobie z niej żartów czy to wszystko nie jest tylko głupią grą. Jeśli w taki sposób spróbowałby z niej zakpić, to wsadziłaby mu te żarciki głęboko w d***
Wyraz twarzy jej towarzysza nie wskazywał na to, by mężczyzna próbował zrobić Evie dowcip. W jego oczach tańczyły wesołe iskierki, ale to za sprawą wypitego alkoholu.
   Aristov posłała przyjacielowi zaczepnym uśmiech i uniosła powoli dłoń by po chwili położyć ją na swoim dekolcie. Nie odrywając wzroku od Averego, odezwała się w końcu:
   - Zrobię, co w mojej mocy - szepnęła, odpinając powoli dwa guziczki koronkowej bluzki, by odsłonić bardziej dekolt. Oczywiście nie zamierzała przekraczać żadnej granicy z którymś z mężczyzn zamieszkujących ten przeklęty, zapchlony kraj, ale zdawała sobie sprawę, że za piękne oczy nikt nic jej nie powie.
  - Wrócę za godzinę, tylko nie każ mi na siebie czekać zbyt długo. Nie wiem czy mogę używać magii, a jako kobieta jestem narażona na wiele niebezpieczeństw - powiedziała z powagą, zmieniając ton głosu, aby brzmiał bardziej delikatnie i sugerował,  że rzeczywiście się czegoś obawia. Z różdżką czy bez niej była dla mieszkańców Lazarat groźniejsza niż dzika puma. Roześmiała się jednak po chwili i wstała z miejsca,  wzdychając przy tym cichutko. Dopiła resztę piwa i bez zbędnych słów opuściła lokal.
   Targ, a raczej jeden wielki kisz-misz, sprawił, że było jej jeszcze bardziej niedobrze niż kilka chwil temu. Odór zgniłych warzyw mieszał się ze smrodem ryb, a wiedźma czuła, że długo nie zdoła wytrzymać i udawać że jej to nie przeszkadza. Ze ściśniętym żołądkiem przemierzała plac targowy , przysłuchując się rozmowom mieszkańców, z których próbowała wychwycić coś, co mogłoby im się przydać. Nic nie zwróciło szczególnie jej uwagi do momentu, w którym jeden z handlarzy wspomniał o szpakowatym Angliku, który popada w szaleństwo próbując odnaleźć jakieś świecidełko rzekomo ukryte w puszczy. Eva skupiła się na wybieraniu najładniejszych jabłek, by posłuchać rozmowę dwóch mężczyzn.
   - Takich, jak on jest coraz więcej. W zeszłym roku szukał czegoś jakiś bogacz, pamiętasz? I słuch po nim zaginął. Teraz przyjechał kolejny, ale pewnie i on nie wróci. Zatrzymał się u Mirusha i podobno płaci złotem. Ciekawe ile tego jeszcze ma - odezwał się mężczyzna, trącając swego rozmówcę ramieniem, po czym obaj zaczęli rechotać. Ten, w którego uzębieniu były znaczne braki, splunął nagle i przeklął siarczyście.
  - Kolavieri powinni zrobić z tym porządek i raz na zawsze pozbyć się obcych. Grzeją zadki w tej swojej willi i nic innego nie robią, a nasze ciężko zarobione pieniądze zabierają. Podatki są za wysokie i niedługo wszyscy tu pozdychamy - w głowie wiedźmy zapaliła się czerwona lampa, która sygnalizowała, że najlepiej nie powoływać się na rodzinę z posiadłości, gdyż nie cieszy się ona poważaniem w miasteczku. Najwyraźniej państwo Kolavieri piastowało urząd "burmistrza", który na mieszkańców nakładał horrendalne opłaty, by samemu się wzbogacić. Polityka w Albanii była taka sama, jak w każdym innym miejscu na świecie.
   - Bardzo przepraszam, jestem nowa w tych stronach i wstyd się przyznać, ale przyciągnęła mnie tu okoliczna legenda o kobiecie, która przewiduje przyszłość. Chciałabym zapytać, kiedy wyjdę za mąż. Możecie wskazać mi drogę? - Eva zwróciła się do handlarzy, uśmiechając się do nich promiennie, tak by zapomnieli, jak się nazywają. Mężczyźni wymienili porozumiewawcze spojrzenia i dłuższą chwilę stali w milczeniu, obrzucając kobietę pożądliwymi spojrzeniami. W każdym miasteczku był ktoś taki, kto uważany był za czarownicę i wszyscy trzymali się od niej z daleka. Aristov nie słyszała o żadnej wiedźmi z Albanii, ale wymyślenie czegoś na poczekaniu nie przyszło jej wcale z trudem i miała nadzieję, że jej starania nie pójdą na marne.
  - Azara Berge, ale radziłbym to przemyśleć. To szatan w kobiecej skórze. Lepiej się do niej nie zbliżać. Mieszka za mostem na skraju puszczy i paktuje z samym szatanem - powiedział cicho mężczyzna, a w jego oczach widać było strach. Kobieta trafiła w sedno i była z siebie zadowolona. Będą musieli sprawdzić trop Azary Berge, być może ona będzie wiedziała coś więcej o diademie i jego położeniu. Nie wykluczone, że była prawdziwą czarownicą, bo nieco podbudowało zły nastrój Aristov i sprawiło, że chciało jej się wymiotować odrobinę mniej niż jeszcze przed chwilą.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#20 12-06-2018 o 10h21

Straż Absyntu
Chocolate
Żołnierz Straży
Chocolate
...
Wiadomości: 557

__________________https://zapodaj.net/images/5551fe4b388e0.png

        Moje usta opuścił śmiech, taki szczery, że mógł być spowodowany jedynie rozluźnieniem wypitego dopiero co w całkiem dobrym tempie alkoholu. Być może bez tego ten dźwięk nigdy nie opuściłby mojego gardła, nigdy nie wydostał się w przestrzeń brudnego, ciemnego baru, w którym roiło się od ludzi, z którymi nie chciało się z założenia mieć nic wspólnego. Być może ten wyraz rozbawienia tylko bardziej zdenerwował Evę, ale dopóki była taka przede mną, cała czerwona, pochłonięta przez myśli, których sens mogłem tylko zgadywać nie zaprzątałem sobie tym głowy. Najwyżej później się za to zemści. Najwyżej przyjdzie mi za to w przyszłości zapłacić, ale teraz liczyła się ta chwila szczerego rozbawienia. Jej słowami i jej postawą, bardzo niecodzienną i bardzo przyjemną do obserwowania. Mimo wszystko, mimo rozbawienia i radości, ja wcale nie żartowałem. Nigdy nie żartowałem, jeśli w grę wchodziły poważne interesy.
        Z nagłym roztargnieniem zaobserwowałem, jak rozluźnia guziki przy koszuli i dotarło do mnie, że niekoniecznie podoba mi się ta sytuacja. Teraz, kiedy nabrała kształtów i kiedy ktoś naprawdę mógłby położyć łapy na mojej Wierze, wolałem nie myśleć o konsekwencjach takiego zachowania. Byliśmy przyjaciółmi. Na zawsze, na wieczność. Należeliśmy do siebie, chcąc tego czy nie i taka była jedyna, naturalna dla mnie kolej rzeczy.
        — To raczej całe miasto jest w niebezpieczeństwie, kiedy udajesz się na poszukiwanie informacji — mruknąłem jeszcze do jej pleców, odwracając się na krześle i wzrokiem śledząc odchodzącą sylwetkę, ze specjalną dokładnością przyglądając się oczywistym atutom ciała kobiety.
        Raczej wątpliwe było, żeby usłyszała mój komentarz, poza tym już wystarczająco sobie u niej zarobiłem, dlatego po prostu dokończyłem swoje piwo, strząsnąłem kurz z mankietów koszuli, rzuciłem kilka złotych monet na lepiący się od brudu i rozlanych trunków blat. Oczywiście Wiera nie zamierzała zrobić tego, co zaproponowałem i zdecydowała, że będzie grała po swojemu. Nie stroiłem jednak z tego bynajmniej żadnych fochów. Po prostu odszedłem od swojego stolika i podszedłem spokojnie do baru, zupełnie już odsuwając w niepamięć zachowanie mojej – wydawałoby się – towarzyszki. Jeśli ona nie zamierzała dowiedzieć się o niczym w barze, ja będę to musiał zrobić i wiedziałem nawet już gdzie zacząć.
      Podobnie jak wcześniej, najpierw zauważyłem gruby warkocz, który smagnął powietrze, a dopiero później jego posiadaczkę, która z zaskakującą jak na taką masę prędkością znalazła się po drugiej stronie baru. W przeciągu kilku sekund rozłożyła brudne naczynia z tacy, a później wlepiła we mnie powłóczyste spojrzenie.
        Wyglądała na złą. Nie, żeby specjalnie mnie to przejęło, zawsze byłem pewny siebie aż do granic, które irytowały innych ludzi i często padało na to, że to Wiera musiała ściągać mnie do realnego świata. Dlatego teraz równie łatwo zbagatelizowałem wszelkie objawy tego, że dziewczyna, która wcześniej najchętniej wpakowałaby się mi do łóżka bez zaproszenia, teraz mierzyła mnie ostrym spojrzeniem. Nauczka swojej nieprzenikliwości miała jednak dopiero nadejść, chociaż nie zdawałem sobie z tego jeszcze sprawy.
        Musiałem zauważyć, że z jej oczu sypią się iskry. Musiałem to podświadomie widzieć, ale mimo wszystko uśmiechnąłem się czarująco, ponuro i spuściłem spojrzenie na krótki ułamek sekundy na jej odsłonięty dekolt. Było wyzywające i było również grą aktorską. Kiedy wróciło na jasne oczy, nie było w nich już tyle zacięcia, co wcześniej.
        — Coś podać?
        — Tego, czego potrzebuję, nie da się kupić za pieniądze — odpowiedziałem prosto, zajmując jedno z krzeseł barowych. Na jednym obok usiadł ciężki, wielki mężczyzna. Miał długi, prosty nos i twarz prostaka.
        — Nie jestem pewna, czy dobrze rozumiem — odezwała się po chwili wahania, strzelając spojrzeniem na bok, jakby dobrze znała nowoprzybyłego typa. Sam podążyłem za jej wzrokiem na wysokiego jegomościa, który dłonie zaciskał pod ladą barową. Machinalnie sięgnąłem do kieszeni, w której ukryta czekała różdżka. — Mamy piwo jasne i ciemne, mamy też ze spirytusem dla tych, którzy potrzebują czegoś mocniejszego. Tylko tyle jest tu w ofercie.
        — Interesują mnie bardziej… — Spojrzenie ponownie zjechało na dekolt, a później zapuściło się jeszcze niżej, za blat. Trzymała w dłoni nóż? Przygotowywała się do ataku? — Empiryczne sprawy. Informacje.
        Jej oczy zwężyły się natychmiast podejrzliwie. Zapomniała spojrzeć na mężczyznę, który wydawał się jeszcze chwilę temu nie interesować naszą rozmową, ale ja nie popełniłem takiego niedopatrzenia. Na całe szczęście, bo być może nie miałbym już oka albo dłoni. W jego ręce świsnął w powietrzu stalowy nóż, w ostatniej wręcz chwili zsunąłem się z barowego stołka i uchyliłem się przed zamaszystym, szeroki, płaskim ciosem, który mężczyzna zadał w bok. Barmanka nawet nie pisnęła, zanurkowała pod blatem i wiedziałem, że nie mam wiele czasu.
        To by było na tyle, jeśli chodzi o załatwianie sprawy po cichu. Uśmiechnąłem się paskudnie, na ułamek sekundy, bo tylko tyle miałem czasu. Ale może to i lepiej? Tak będzie zabawnie. Na razie na pewno nie ściągam na nas żadnych kłopotów, nikt nie był w stanie zapamiętać przecież mojej twarzy.
        Ponownie odskoczyłem do tyłu, tym razem prędkością tego susa zaskakując nawet siebie. Zwinny półobrót uchronił mnie przed szybkim, prostym, niemal pionowym cięciem, zawahałem się na piętach, tracąc na moment równowagę na wskutek łokcia napastnika, który popchnął mnie na blat. Nie zamierzałem czekać, aż dziewczyna wyciągnie stamtąd inną broń i pomoże tej szafie się mnie pozbyć. W powietrzu błysnęło zaklęcie z różdżki dobytej w szaleńczym, niemożliwie szybkim tempie, uderzyło w lampę oliwną i podpaliło ją, a siła uderzenia strąciła ją z lady. Zatoczyła się, kątem oka jedynie zauważyłem, że spada na podłogę. Chwila zamieszania dała mi wystarczająco czasu, żeby odwrócić się i uciec.
        Na targu niemal natychmiast znalazłem sylwetkę, która nie pasowała do ogółu otaczających ją postaci. Smukła, odziana cała na czarno, stała przy jednym ze straganów. Przyspieszyłem kroku, a kiedy znalazłem się na tyle blisko, że Wiera była na wyciągnięcie ręki westchnąłem teatralnie głośno. Krew nadal płonęła mi w żyłach, w szaleńczym tempie pompowana przez serce do całego ciała. Złapałem towarzyszkę za łokieć, żeby zwrócić na siebie uwagę, a później spojrzeniem zmierzyłem jej rozmówców. Wyglądali na przykładnie tępych wioskowych idiotów.
        — Kochanie? — zapytałem miękko, wkładając w to naprawdę wiele dobrej woli, żeby zabrzmiało to czule i uroczo. Zaczesałem drugą dłonią włosy z czoła i podciągnąłem mankiet koszuli aż do łokcia. — Panowie, czy coś jest na rzeczy? Mam nadzieję, że ci się nie naprzykrzali, nie chcielibyśmy sobie robić tutaj problemów, skoro i tak jesteśmy tu tylko przejazdem — wyjaśniłem uprzejmie, a mała gierka w stroskanego partnera wyszła mi naprawdę przekonująco. Ciekawe, czy Wierze spodobałaby się taka wersja mnie bardziej niż ta, którą naprawdę jestem. Spojrzałem w dół, na jej twarz, a później zsunąłem dłoń z jej łokcia do ręki i chwyciłem w uścisku.

Ostatnio zmieniony przez Chocolate (16-06-2018 o 11h16)


https://zapodaj.net/images/b869639902b41.gif https://i.pinimg.com/originals/44/f0/05/44f005e107eebe8905ec8c1b9c49a8bf.gif https://zapodaj.net/images/0660ea069980d.gif

Offline

#21 15-06-2018 o 20h42

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 671

..............................................................https://fontmeme.com/permalink/180326/a91b48f6ab45e92bc7b745bc7b35d16f.png

  Wiedźma z Albanii paktująca z Szatanem. No pięknie, wpakowali się w sam środek g****, które śmierdziało tak, że nigdy nie uda im się zmyć z siebie smrodu. Azara Berge brzmiało złowieszczo, znacznie gorzej niż Lord Voldemort i wszyscy Śmierciożercy razem wzięci. Na skórze kobiety pojawiły się dreszcze, które biegały po plecach, jak szalone, zwłaszcza że przerażenie w oczach mężczyzn było autentyczne. Najwyraźniej udzielił jej się małomiasteczkowy światopogląd, bo zaczęła obawiać się czarownicy, której nawet jeszcze nie widziała, o ile ona w ogóle czarownicą była. Póki co miała zaledwie nazwisko i to cholernie niepokojące. Eva zamierzała podyskutować z mieszkańcami jeszcze przez chwilę, pociągnąć dalej za język, aby dowiedzieć się więcej, ale w tym samym momencie usłyszała za sobą znajomy głos, a dotyk ręki tak niespodziewany, był dla niej większym zaskoczeniem niż zdobyte informację. Podziękowała swoim rozmówcom i zwróciła się ku Evansowi, mierząc go rozeźlonym spojrzeniem. Miał tupet, doprawdy. Samo zachodzenie jej od tyłu było już kiepskim pomysłem, zwłaszcza że byli w obcym mieście, a jej zmysły i postrzeganie zagrożenia były znacznie wypaczone. Mogła go zabić, na litość boską!
  - Miałam właśnie zaproponować tym chłopinom upojne chwile w zamian za kilka ciekawostek. Przerywasz mi zabawę - syknęła cicho, nadal mając mu za złe wcześniejszy komentarz. Spojrzała na ich splecione dłonie, które były dla niej widokiem tak niezwykłym i niespotykanym, że aż się zaśmiała, co było oznaką skrępowania. Co innego kusić go pod wpływem alkoholu, a co innego być tak blisko, gdy umysł jest w pełni świadomy. Ich ciała pasowały do siebie idealnie, zostały stworzone do tego, by współtworzyć jeden, groteskowy obiekt.
  - Kochanie - powtórzyła za Averym, nie mogąc powstrzymać nuty rozbawienia w głosie, jednak mimo to postanowiła podchwycić grę i objęła go zaraz, kładąc głowę na ramieniu mężczyzny, by nie wzbudzić podejrzeń kilku gapiów, którzy z zaciekawieniem przypatrywali się całemu zajściu. Pachniał tanim piwem i tytoniem, a zapach ten drażnił jej nozdrza, jednak było w nim coś jeszcze, jakaś nieopisana nuta sprawiająca, że Eva chciała tak trwać w nieskończoność.
  - Wracajmy do domu, mam pewien trop - szepnęła do ucha mężczyzny i podniosła z ziemi kosz, który zakupiła wraz z owocami i świeżym pieczywem, które chciała zjeść do kolacji. Niespiesznie ruszyła w stronę koni, zerkając na czarodzieja raz po raz, zastanawiając się, co też udało mu się zdobyć. Czy i jego poszukiwania odniosły jakiś skutek, czy były tylko marnowaniem czasu, który bez dwóch zdań działał na ich niekorzyść. Czuła, że Czarny Pan jest coraz bardziej zniecierpliwiony, a oni powinni się spieszyć, jeśli nie chcieli poznać jego gniewu. Powrót do Anglii z niczym nie wchodził w grę, nie było miejsca na porażkę, bo równie dobrze mogliby od razu rzucić się do morza z najwyższego klifu.
  Kiedy spokojnie truchtali w stronę posiadłości, Eva opowiedziała pokrótce o tym, czego się dowiedziała na temat rodziny, z której "gościnności" korzystali. O kobiecie nazwiskiem Berge postanowiła wspomnieć dopiero, gdy będą w cichym, odosobnionym miejscu. Obawiała się, że ktoś może ich śledzić, a jeśli usłyszy nazwisko być może niewinnej osoby i sam postanowi odwiedzić ją jako pierwszy, na nic zda się staranie Aristov. Nie lubiła wysilać się na marne. Nie wiedziała, komu można ufać i kto może okazać się wrogiem. Jako Śmierciożerca nastawiona była na to, że każdy, absolutnie każdy jest w stanie odebrać im to, czego pragną. Była pewna, że gdyby zechciała zatrzymać diadem dla siebie, to Avery bez krzty współczucia wymierzyłby w nią różdżkę, nie czekając na wyjaśnienia. Przez lata nauki, by jak najlepiej służyć Czarnemu Panu, nauczyła się nie chcieć nic dla siebie, nie marzyć, nie pożądać, nie oczekiwać nagrody. Jedynym sensem jej istnienia było zadowalanie Lorda Voldemorta, spełnianie jego rozkazów, mordowanie w jego imię. Dla niektórych takie życie mogłoby wydawać się smutne i straszne, jednak Eva lubiła władzę, a raczej jej wyobrażenie. Gdy tylko zjawiała się na Nokturnie czarodzieje i czarownice schodzili jej z drogi, szeptano o jej nikczemności i niepohamowanej żądzy mordu. Była niebezpieczna i nieprzewidywalna, czasem przerażały ją samą jej własne myśli. Zjeżdżała każdego dnia w miękką, mroczną nicość, która zdawała się nie mieć końca. Ale nie robiła sobie przy tym krzywdy, ani też nie czuła strachu. Po prostu spadała tak, i spadała. W życiu nie doznała nigdy uczuć pochodzących z serca, a jej namiętności zawsze wylęgały się w mrokach, do których nikt poza nią nie miał wstępu.  Uważała, głęboko w sercu, że zasługuje na kogoś, kto sprawi, że będzie czuła się dobrze od środka. Ktoś, kto samym dotykiem sprawi, że zacznie się topić. Spojrzy na nią pociągająco, a wtedy poczuje, że ma nogi z waty i będzie potrzebowała go nawet do tego, by stać. Weźmie ją w ramiona, a problemy nagle staną się mniejsze, nie będą znaczyły nic. Mimowolnie spojrzała na Averego Evansa, którego koń szedł nieco przed nią i który prawił coś na temat niewiele teraz dla niej znaczący. Był wszystkim, czego chciała, a zarazem wszystkim, czego się bała. Gdy odwrócił się nagle przez ramię najwyraźniej zaniepokojony długą ciszą z jej strony, szybko przeniosła wzrok gdzieś w bok, by nie zorientował się, że mu się przyglądała.
   Wysokie klify, urwiste zbocza, kręte, kamieniste drogi wijące się pośród skalnych stromizn. Doliny porośnięte dziewiczym, prastarym lasem. Bliskość morza, którą wyczuwało się w chłodnym, przesyconym wilgocią powietrzu. I ta niezwykła aura dzikości oraz surowości, wszystko to interesowało i zachwycało młodą czarownicę. Widziane po raz pierwszy krajobrazy, chłonęła niemal z dziecięcą fascynacją.
Urodzona w mroźnym klimacie Rosji, podświadomie tęskniła za śnieżą panoramą, której brakowało jej w pogrążonej w wiecznym deszczu Anglii. Nigdy nie widziała tak pełnego kontrastów kraju, gdzie kamieniste pustkowia przechodziły nieoczekiwanie w gęste bory, a skaliste, strome zbocza, u podnóża których wiły się drogi, schodziły w urocze, żyzne doliny. Przeważnie jednak Albania była z rzadka zamieszkała, gdzie niegadzie można było napotkać nieliczne osady. 
Chłodny wiatr powiał ze zdwojoną siłą, a Eva dokładniej otuliła się czarną peleryną i skryła głowę pod kapturem.
   - Mówiłeś coś?

Ostatnio zmieniony przez Charo (15-06-2018 o 22h54)


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#22 16-06-2018 o 11h15

Straż Absyntu
Chocolate
Żołnierz Straży
Chocolate
...
Wiadomości: 557

__________________https://zapodaj.net/images/5551fe4b388e0.png

        — Nie ma problemu i świetnie, bo to mogłoby się źle to dla nas wszystkich skończyć — mruknąłem pod nosem, kiedy miałem już pewność, że tamci ludzie mnie nie usłyszą. W gruncie rzeczy naprawdę cieszył mnie fakt, że odwrócili się i odeszli, bo nawet pomimo swojego ego i pewności siebie nie mogłem przed sobą zaprzeczyć, że wystarczająco dzisiaj namieszałem. I że będą z tego jeszcze z pewnością problemy.
        Przeniosłem wzrok na Wierę. Pierwszym z nich będzie opowiedzenie jej o tym, co stało się w barze, a później zniesienie jej złości albo jakiejkolwiek reakcji, którą te nowiny wywołają. Naprawdę nie lubiłem być tym, który komplikuje sprawy, a przyznawanie się do błędu w ogóle nie wchodziło już w grę. Nie przed nią. Wyraz mojej twarzy stężał i ciało napięło się pod wpływem tej nieznanej bliskości osoby, którą przecież w gruncie rzeczy znałem tak bardzo dobrze. Dziwne to było uczucie. Nie potrafiłem stwierdzić, określić, czy ten ucisk w klatce piersiowej jest przyjemny, czy może wręcz przeciwnie.
        — Zdecydowanie zbyt nisko się cenisz — mruknąłem, skupiając się na tej niejasnej uwadze, której nie chciałem precyzować zamiast na analizowaniu swojego wnętrza. Przełknąłem ślinę powoli, zerkając przelotnie w dół, na znajomą twarz. Była tak bliska i odległa o setki mil.
        Na litość wszystkich wielkich czarodziejów, przysłali nas tutaj razem, żebyśmy skoczyli sobie do gardeł, kazali nam się pozabijać, a nie robić… To. Sama świadomość sprawiała, że czułem się nieswojo. I nagle uderzyła mnie też ta nagła, przelotna myśl. Czy może tak być? Czy możemy żyć oboje? Czy na miejscu, po wypełnionej misji nie zabiją jednego z nas, tak po prostu? Jeśli coś na tym świecie mogło być pewne to to, że nie potrafię zabić Aristov. Kobieta już dawno temu stała się moim jedynym słabym punktem. Może właśnie dlatego łatwiej było żywić do niej nienawiść. Drgnąłem lekko na wiadomość o nowym tropie, bo to ponownie skupiło moje myśli na płonącej gospodzie.
        Wziąłem wodze obu koni uwiązanych niedaleko i niespiesznym krokiem zrównałem się z Aristov, która jak tylko opuściliśmy plac targowy zaczęła mówić o wszystkim, czego się dowiedziała. Co dziwne, raczej nie zaskoczyły mnie jej nowości. Zrozumiałem też skąd nagle taka wrogość wobec mnie w karczmie. W ciszy przysłuchiwałem się temu, co mówiła, wzrokiem błądząc gdzieś po odległym krajobrazie, nie zapamiętując z niego zupełnie nic. Wiera mówiła, a moje myśli krążyły wokół tematu naszej misji i dalej, znacznie dalej, w miejsca, których nawet teoretycznie nie powinienem rozpatrywać. Skinienie głową, którego czarownica idąca obok nawet nie zauważyła było jedynym wyrazem tego, że nadal jej słucham. Konie prychały cicho za moimi plecami, a podkowy stukały na żwirowej ścieżce, która wprowadzała nas powoli w las.
        W końcu kobieta zamilkła i poczułem potrzebę powiedzenia czegoś. Moje milczenie trwało zbyt długo i nie chciałem, żeby Wiera zorientowała się, że to coś znaczy.
        — Powinniśmy być w takim razie bardziej ostrożni. Szkoda, że nie wiedziałem wcześniej, może udałoby się ominąć parę spraw, ale w gruncie rzeczy lepiej teraz, niż wcale. Ludzie w miasteczku muszą już wiedzieć, gdzie się zatrzymaliśmy — zawahałem się na moment, a później rzuciłem krótkie spojrzenie kobiecie. Jak jej powiedzieć o tym, jak s********** sprawę? Wszystko wewnątrz mnie buntowało się przeciwko nazwaniu tego moją winą, wrzało i wierzgało, jakby przyznanie się do tego miało sprawić, że stracę jakąś cenną część siebie. — W każdym razie jutro znowu możemy się czegoś nowego dowiedzieć, prawda?
        Zawiesiłem głos i zwolniłem nieco kroku. Oczywiście. Ona w ogóle nie słuchała tego, co mówię. Poczułem ukłucie gniewu na jej roztargnienie i ściągnąłem brwi, mocniej łapiąc skórzane wodze swojego wierzchowca. Złość była jednak ulotna niczym jasny płomień. Wypaliła się i uleciała w nicość.
        — Mówiłem, że jesteś piękna — odpowiedziałem po prostu, być może nieco zaczepnie unosząc przy tym brwi i jeden kącik ust. Przerzuciłem wodze przez szyję wierzchowca. — Ale skoro błądzisz gdzieś w chmurach, to właśnie to przegapiłaś — rzuciłem, wkładając nogę w strzemię.
        Podparłem się na przednim łęku siodła, odbiłem energicznie od ziemi i w przeciągu sekundy znalazłem się na wierzchowcu, w siodle. Poprawiłem pozycję, a później zerknąłem w dół, na ciemnowłosą. Jednym gestem zadarcia lekko podbródka w swoją stronę dałem jej znać, że ona też ma wsiadać na grzbiet swojego konia.
        — Stracimy wieczność idąc na piechotę — zauważyłem zupełnie neutralnie, a wcześniejszy zaczepny uśmiech zniknął bezpowrotnie. Właśnie tak będzie od teraz, Avery. Zero śladów uczuć. Zero słabości. Nie mogłem jej na to pozwolić, nie mogłem pozwolić, żeby ktoś wykorzystał ją w dotarciu do mnie samego. Niebezpieczeństwo rozkładało się na naszą dwójkę po równo. — Jeśli nie chcesz, zawsze możesz jechać ze mną w siodle. Będę cię trzymał, obiecuję — zapewniłem, przechylając głowę w bok, a na sekundę w moim oku pojawił się drapieżny, niebezpieczny błysk. Rozświetlił na moment lodowe tęczówki, a później zniknął.
        Cóż, odrobinę bawiło mnie to, że bała się koni. Odrobinę.

Ostatnio zmieniony przez Chocolate (16-06-2018 o 11h16)


https://zapodaj.net/images/b869639902b41.gif https://i.pinimg.com/originals/44/f0/05/44f005e107eebe8905ec8c1b9c49a8bf.gif https://zapodaj.net/images/0660ea069980d.gif

Offline

#23 17-06-2018 o 10h13

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 671

...............................................................https://fontmeme.com/permalink/180326/a91b48f6ab45e92bc7b745bc7b35d16f.png

  Konie prawdopodobnie wyczuwały mrok duszy czarownicy, co sprawiało że trudno było jej je okiełznać. Jeśli jednak Averemu przychodziło to z taką łatwością, to oznaczało to, że jest znacznie lepszym człowiekiem niż ona. Zawsze wydawało się Evie, że mężczyzna jest tym gorszym, pozbawionym wyrzutów sumienia i jakichkolwiek zahamowań. Było zupełnie inaczej, to ona była wilkiem w owczej skórze, który za nic miał życie innych. Nieustannie narażała na szwank na pozór bliskich jej ludzi, którzy pewni byli iż odnaleźli w niej przyjaciółkę. Była, jak hiena żerująca na nieszczęściu innych, której złowieszczy chichot jeszcze długo po odejściu brzmiał uszach. Tak refleksyjnie wpływał na nią zapewne malowniczy krajobraz Albanii, choć ubogi, to miał w sobie to coś, co przyciągało wzrok i nie pozwalało być obojętnym na jego piękno. Trudno było oderwać się od błękitnego nieboskłonu, który był znacznie inny niż nad Londynem, nieskalany żadnym brudem, wolny.
  - Z tobą w jednym siodle?! Znam cię nie od dziś i wiem, że zrzuciłbyś mnie na pierwszym lepszym wyboju - skomentowała propozycję mężczyzny z lekkim rozbawieniem, choć w rzeczywistości daleko było jej do śmiechu. Musiała jednak schować dumę w kieszeń, bo sama nie dałaby rady wrócić wierzchem do posiadłości, w której się zatrzymali. Koń już i tak wyglądał na oburzonego jej obecnością, a wolała nie ryzykować, że poniesie ją w dziki las i zamiast wrócić do domu, to zaryje w pierwsze lepsze drzewo i nawet magia nie pomoże jej uratować twarzy. Od kiedy pamiętała, czarodziej kochał konie, oczywiście nigdy nie mówił o tym głośno, ale Eva wiedziała. Widziała to w jego oczach, gdy w pobliżu było zwierze, dostrzegała to w jego gestach, gdy niemal z czułością gładził grzywę wierzchowca. Były to jedyne stworzenia, przed którymi czuł respekt i które szanował. Nie wiedziała, skąd brały się w nim takie uczucia, uczucia jakimi nigdy nie obdarzył drugiego człowieka.
  - Pojadę z tobą, ale zwiążę nas zaklęciem, żeby nie przyszło ci do głowy nic głupiego - Avery nie był typem kawalarza, jednak jeśli w grę wchodziło dokuczanie Evie, to nie potrafił się powstrzymać. Powszechnie uchodził za poważnego, dystyngowanego czarodzieja i mało kto wiedział, że ma też drugą stronę, inne oblicze. Czasem ją zaskakiwał na tyle, że kobieta miała ochotę przystanąć i z uznaniem pokiwać głową, jednak znacznie częściej wyprowadzał ją z równowagi. Pieprzony Evans! A to podobno ona była pełna sprzeczności.
  Aristov zbliżyła się do mężczyzny i machnęła różdżką, sprawiając że jej ciało było połączone niewidzialnym sznurem z ciałem Averego. Nie było to uczucie nieprzyjemne, w zasadzie nie sposób było poczuć cokolwiek, dlatego oboje mogli swobodnie się poruszać. Koszyk z jedzeniem został przymocowany do boku jej konia, a gdy tylko znalazła się na grzbiecie tego należącego do Evansa, oblał ją strach i zimne poty. Oczywiście samo wchodzenie było już nie lada wyczynem, jednak czarownica przestrzegła Śmierciożercę, że gdy tylko komuś o tym powie, to obedrze go ze skóry.
  Ich ciała stykały się ze sobą, Eva czuła na karku jego ciepły oddech, który nie pozwalał jej sercu uspokoić się choć na chwilę i przerwać szaleńczy galop. Na jego komentarz o jej pięknie prychnęła tylko cicho i nic nie odpowiedziała. Gdyby tylko była inną kobietą, to zarumieniłaby się i zachichotała albo zaszczebiotała uwodzicielsko rzęsami. Nie potrafiła przyjmować komplementów, zwłaszcza gdy wiedziała, że nie są one szczere. Avery nigdy nie postrzegał jej, jako kobietę, którą mógłby posiąść, która mogłaby być jego. Być może chciał kogoś czystego, nieskalanego, kogoś kto nie miał krwi na rękach. Poczuła, jak Evans obejmuje ją lekko, gdy chwycił wodze, a po chwili ruszył w stronę posiadłości.
  - Po zmroku będziemy musieli udać się w jeszcze jedno miejsce, wyjaśnię ci później. Wpadłam na coś, ale nie wiem, czy to dobry trop, czy tylko miejskie legendy - szepnęła, spoglądając przez ramię na twarz Averego, która prawdopodobnie jeszcze nigdy nie była tak blisko. Eva posłała mu lekki uśmiech, który miał znaczyć tylko tyle, że ona wykazała się znacznie bardziej niż on. Nie wiedziała jeszcze, że czarodziej chwilę temu wdał się w bójkę, która znacznie nadszarpnęła ich wiarygodność. Wtedy zamiast uśmiechu, posłałaby w jego stronę snop zielonego światła.

Ostatnio zmieniony przez Charo (17-06-2018 o 10h15)


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#24 29-06-2018 o 11h56

Straż Absyntu
Chocolate
Żołnierz Straży
Chocolate
...
Wiadomości: 557

___________________https://zapodaj.net/images/5551fe4b388e0.png

        Komentarzem na jej zarzuty była jedynie nienagannie ściągnięta spokojem twarz i brwi uniesione ku górze. Zupełnie, jakby dziwiła mnie jej postawa i taki jawny brak zaufania.
        W rzeczywistości jednak było zupełnie inaczej. Nigdy nie miałem Wiery za głupią, znaliśmy się od zawsze, odkąd potrafiłem pamiętać zawsze była w naszym domu, u mojego boku, zbyt młoda jeszcze, żeby znaleźć wspólny język z moją najstarszą siostrą i zbyt duża, żeby wchodzić w głębsze kontakty z najmłodszym bratem. To ja zajmowałem się nią po tym, kiedy po raz kolejny zawiodła rodziców lub ponownie straciła ich zaufanie, kiedy ją karali – to ja zawsze tam byłem. I nigdy nie sądziłem, że była głupia albo łatwowierna, pewnie tylko dlatego jeszcze oddychała powietrzem, a jej serce nadal było. I ona również znała mnie i musiała wiedzieć, że nie może mi ufać. Może faktycznie postanowiłbym zrobić coś takiego, zrzucić ją z siodła jedynie dla swojej rozrywki, choć nic takiego świadomie nie planowałem. Spokojnie i cierpliwie patrzyłem, jak uwiązuje kosz z jedzeniem, a później chwyciłem wodze jej wierzchowca i sam przytroczyłem go do swojego siodła. Wszystko było gotowe.
        Podałem kobiecie dłoń i pomogłem jej przerzucić nogę nad siodłem, sadzając ją tuż przed sobą, na przednim łęku. Wierzchowiec wierzgnął przednim kopytem w ziemi i parsknął, najwidoczniej zaskoczony dodatkowym, niespodziewanym obciążeniem, zarzucił głową, jakby w wyrazie sprzeciwu, ale poza tym nie odważył się na żadne inne akrobacje. Pochyliłem się do przodu, sprawiając, że i Wiera musiała lekko się pochylić, po czym pogłaskałem zwierzę po szerokiej, ale nie tak silnej ani umięśnionej szyi. Po koniach widać było niedostatek ich właścicieli. Że też dopiero teraz dodałem dwa do dwóch… Gdybym był bardziej spostrzegawczy, z pewnością ominęłoby nas wiele nieprzyjemności. Zerknąłem w bok, na towarzyszkę i pozwoliłem jej rzucić czar. Lina na ułamek sekundy zmaterializowała się w powietrzu w cienkiej mgle, a później zniknęła tak samo szybko jak się pojawiła, oplatając nasze ciała swoją niewidzialną siłą. Nie czułem jej, ale wiedziałem, że gdyby Aristov spadła z siodła, to zaklęcie nie pozwoliłoby mi się od niej uwolnić, co więcej, tylko ona miała nad nim panowanie i tylko ona mogła nas od siebie uwolnić. Nie wiem, czy bardziej mi to przeszkadzało, czy może podobała mi się ta nowa, nieznana forma bliskości.
        Nie oszukujmy się; to zupełnie co innego przyglądać się jej z dala, kiedy jest kuszącym i pięknym, ale niedostępnym obrazkiem, ucztą dla oczu i zmysłów, w samej bieliźnie w migotliwym świetle kominka w starej, zniszczonej willi pośrodku albańskiej dziczy, a co innego czuć na sobie jej bliskość. Taką prawdziwą i namacalną.
        — Tajemnicze spotkanie po zmroku — zacmokałem cicho, odpowiadając tym samym na jej uśmiech i mocno zaciskając palce na skórzanych, przetartych już paskach wodzy. Moje ramiona obejmowały ją z obu stron. — Jeśli chciałaś spotkać się ze mną gdzieś w dziczy, żeby sprawdzać prawdziwość legend, cóż, mogłaś powiedzieć. Wziąłbym cię gdzieś — rzuciłem lekko, nawet może żartobliwie, bo w taki nastrój wprawiła mnie jej wcześniejsza wypowiedź. Niemal udało mi się zapomnieć o wpadce w karczmie i o tym, że być może pogrzebałem nasze szanse na pokojowe załatwienie tej misji. — Trzymaj się mnie mocno, skarbie. Założę się, że jeszcze nigdy nie przeżyłaś takiej przejażdżki.

        Wszedłem do ogrodu, kiedy dzień dogasał już na horyzoncie. Chociaż słońce zniknęło, to zostawała ostatnia, krwistoczerwona łuna ginącego bezpowrotnie dnia, a gwiazdy jeszcze nie pojawiły się na niebie. Księżyca także nie było, więc na tej misji będzie chronił nas bezkres ciemnej nocy, który owinie nas niczym całun zanim jeszcze dotrzemy do tajemniczego miejsca, o którym do tej pory Wiera niczego mi nie powiedziała. Sam nie naciskałem. Poprawiłem swoją kamizelkę i wierzchnią szatę, bo chociaż dzień był ciepły, noc przynosiła ze sobą chłód. Czułem w kieszeni różdżkę i tej fakt naturalnie sprawiał, że robiłem się spokojniejszy, chociaż willę otaczał niebezpieczny las i zarośnięty ogród, w którym wydawało się, nie było nawet jednego, zadbanego miejsca. Gwizdnąłem cicho w ginący między drzewami w oddali mrok, a później wyszedłem na ścieżkę, tą samą, która prowadziła nas rano do miasta. Oparłem się ramionami na płocie i westchnąłem, chłonąc ten spokojny, mroczny krajobraz.
        — Gdzie jesteś, Rookwood… Gdzie jesteś? — mruknąłem cicho, pokręciwszy lekko zauważalnie głową.
        Jeśli gdzieś był, to na pewno nie tutaj. Miał bezcenną dla nas mapę prowadzącą do diademu Roweny i byłem zdecydowany, że to ja go znajdę, że ja dostarczę go Czarnemu Panu. Ja zabiję Rookwooda. Oczywiście Wiera nie będzie miała o tym pojęcia. Przymknąłem lekko oczy i usłyszałem chrzęst na żwirze za moimi plecami, a to był znak, że czarownica zdecydowała się podobnie do mnie wyjść wcześniej. Może z tego przekonania nie odwróciłem się do tyłu. I dlatego zaskoczył mnie męski głos. Do tego stopnia, że w mojej dłoni pojawiła się różdżka, a tętno przyspieszyło szaleńczo.
        — Tłuste czasy obfitości dobiegły końca — rzucił w przestrzeń między nami. Zamrugałem dwukrotnie, niepewny, czy mężczyzna w ogóle widzi, że tutaj jestem, czy po prostu mówi od rzeczy, pustymi oczami szukając czegoś w oddali. — Tłuste czasy dobiegły końca. Fortuna odwraca się od tych, którzy pragną jej zbyt mocno. Ludzie odwracają się od tych, którzy ich uciskają. Rebelie rosną. Słońce rośnie na horyzoncie, zostawia jedynie krwawe ślady.
        Zamilkł, zatrzymał się w miejscu. Wyglądał na tak kruchego, ze jedno uderzenie mogłoby zamienić go w pył i był tak przygięty do ziemi, jakby przeżył nie jedno istnienie ale dziesięć. Jego słowa jednak nie miały dla mnie żadnego sensu. Staruszek mlasnął, nie obdarzył mnie nawet jednym spojrzeniem, po czym skręcił i wrócił wolnym, roztrzęsionym krokiem w stronę willi. W tym samym momencie zauważyłem znajomą sylwetkę, która siedziała na rozpadającej się powoli ławeczce w ogrodzie różanym. Wyprostowałem się, starając wyprzeć z głowy usłyszane przed chwilą słowa. Nie pomagał wcale fakt, że niebo faktycznie wyglądało, jakby odbyła się na nim właśnie krwawa masakra. Podszedłem do Wiery i zatrzymałem się obok, patrząc na jeden z różanych krzaków rosnących obok. Wszystkie były tak samo zaniedbane i na wpół dzikie.
        — Piękne niebo — rzuciłem, nie odwracając spojrzenia na horyzont, w tej części przysłonięty nieco dużą posiadłością i koronami drzew. — Ale zdecydowanie lepiej widoczne znad klifu, ze ścieżki, która prowadzi do miasta — powiedziałem, a później położyłem dłoń na biodrze i zamilknąłem na dłuższą chwilę. Zasępiłem się nieco, po raz kolejny analizując usłyszane wcześniej słowa. Moja sylwetka zrobiła się bardziej przyczajona, jakbym już czatował na jakąś ofiarę, albo niebezpieczeństwo, które spadnie na nas znienacka. — Właśnie miałem dziwne spotkanie, bo rozmową tego nie można nazwać. Wyszło z niej na to, że czeka nas krwawe zakończenie nocy. Trzymaj różdżkę pewnie — poradziłem posępnie, zjeżdżając wzrokiem na dół. Atmosfera była zarówno niespotykana, jak też sprawiała, że włosy na karku stawały mi dęba, a złe przeczucia były wręcz namacalne.


https://zapodaj.net/images/b869639902b41.gif https://i.pinimg.com/originals/44/f0/05/44f005e107eebe8905ec8c1b9c49a8bf.gif https://zapodaj.net/images/0660ea069980d.gif

Offline

#25 06-07-2018 o 08h12

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 671

.............................................................https://fontmeme.com/permalink/180326/a91b48f6ab45e92bc7b745bc7b35d16f.png

   Czarownica zaczęła od kąpieli w zimnej wodzie, chcąc zmyć z siebie brud z targowiska. Ileż to uścisnęła chłopskich rąk, ileż warzyw dotknęła i w tym wszystkim był jeszcze koń. Eva nie przepadała za innymi zwierzętami niż ptaki, co oczywiście było zrozumiałe, gdyż potrafiła zmienić się w sokola, ale ta niechęć była odwzajemniona i po tak wielu latach utwierdzania się w tym,że nie jest ona wyimaginowana, przestała już zwracać na to uwagę. Siedząc w wannie wypełnionej lodowatą wodą, zastanawiała się na tym, co miało miejsce w wiosce i co jeszcze czeka ją w Albanii, biorąc pod uwagę fakt, że nie powiedziała Averemu o wiedźmie z lasku. Obawiała się, że mężczyzna nie weźmie tego tak poważnie jak ona, zawsze był dość sceptyczny do wielu spraw, zwłaszcza tropów które odkrywała Eva. Być może z zazdrości albo męska duma nie pozwalała mu przyznać, że to Aristov zdobyła cenne informacje, które przybliżą ich do zdobycia diademu i powrotu do domu, do Anglii.
  Opuściła posiadłość i idąc za wskazówką służby, udała się w stronę ogrodu, gdzie czekał na nią Evans. W głowie nadal miała wspomnienie powrotu, gdy zasiadając na grzbiecie jednego wierzchowca, jego silne ramiona obejmowały ją z dwóch stron. Czuła, że czarodziej robił to nieco mocniej niż w rzeczywistości musiał, jakby chciał tym gestem ugrać dla siebie trochę jej bliskości. A może tylko jej się wydawało? Eva nie mogła powiedzieć, że jej to przeszkadzało, że usilnie chciała wyrwać się z objęć Śmierciożercy uciec na drug koniec świata. Sama przysunęła się do niego maksymalnie, na tyle na ile pozwalało siodło, by plecami dotykać jego torsu, by czuć ciepły oddech na karku. Żałowała, że nie trwało to długo i gdy tyko będzie okazja, to zrezygnuje z drugiego konia byle tylko znowu znaleźć się blisko mężczyzny, udając że czułe gesty są konieczne, by nie spaść z grzbietu wierzchowca.
   Widok przyczajonego Evansa sprawił, że i Eva poczuła powiew grozy na plecach i od razu sięgnęła po różdżkę, by w razie potrzeby móc się obronić, choć nie było wątpliwości, że refleksem nie dorównywała Averemu. Był cholernie dobrym magiem, ba, mógłby spokojnie uczyć zaklęć w Hogwarcie, a może nawet i Durmstrangu, ale niestety wybrał inną ścieżkę. Uczennice oszalałyby na jego punkcie i zapewne chętnie uczęszczałyby na zajęcia z zaklęć. Kiedy wyobraziła sobie tłumy młodych kobiet sunących po korytarzach w stronę sali, w której znajdował się czarodziej,omal nie parsknęła śmiechem. On stałby na podeście z tą swoją miną zabijaki, gotowy do ataku, gdy tylko pierwsza z nich pojawiłaby się na horyzoncie.
  - Azara Berge. Podobno jest wiedźmą, mieszkańcy bardzo się jej boją i mówią że paktuje z diabłem. Może to tylko fałszywy trop, ale warto to sprawdzić. Kto, jak ko ale miejscowa czarownica będzie na pewno znała położenie diademu o ile nie jest w jego posiadaniu  - odezwała się kobieta ściszonym do szeptu głosem i wraz z Evansem ruszyła do furtki, która znajdowała się w żywopłocie i prowadziła bezpośrednio do lasu. Drogę oświetlili sobie różdżkami i w ciszy pokonali pierwsze kilka metrów.
  - Powiesz mi, kto wyprowadził cie z równowagi i co ci powiedział? Wyglądasz, jakbyś szedł na wojnę i mówiąc szczerze, niepokoi mnie twoja postawa. - Eva spojrzała na swojego towarzysza i przystanęła, oczekując z jego strony wyjaśnień oraz zapewnienia, że tylko udawał, bo chciał ją wystraszyć. Krwawe zakończenie nocy nie brzmiało zbyt optymistycznie, zwłaszcza gdy jest się po środku niczego, gdzieś w oddali słychać wycie wilka, a krzak nieopodal porusza się złowrogo. Włos jeżył się na ciele Aristov i choć nie należała do strachliwych osób, tak teraz niewiele brakowało, by wzięła nogi za pas. Widywała straszne rzeczy, jednak atmosfera grozy unosząca się w powietrzu i niemal namacalna, sprawiała, że jedyne o czym wiedźma myślała, to by rzucić wszystko w cholerę i wrócić do Anglii, a później zrobić sobie długie wakacje w ciepłych krajach i zapomnieć o wszystkim, co miało miejsce w Albanii. Prawie wszystko.
  - Myślisz, że Rookwood już o nas wie i że coś szykuje? Nie, to idiota i tchórz. Nigdy nie stanąłby przeciw nam ... Chyba, że nie jest sam, musi mieć jakieś wsparcie. A może pierwszy dotarł do tej wiedźmy - wymamrotała swoje przypuszczenia pod nosem, ale na tyle głośno, by Evans je usłyszał. Eva i Avery byli najlepszymi i najbardziej bezwzględnymi zabójcami wśród sprzymierzeńców Czarnego Pana i ktoś pokroju Rookwooda nigdy w życiu nie odważyłby się podnieść na nich różdżki, jednak jeśli Śmierciożercy udałoby się zorganizować wsparcie, to zapewne inaczej potoczyłaby się ta noc. Oczywiście zarówno wiedźma, jak i czarodziej liczyli się z tym, że podczas misji mogą stracić życie, jednak byli na tyle dumni, że żadne z nich nie zamierzało wyzionąć ducha na pustkowiu, w dziczy na końcu świata.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 2