Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1

#1 26-03-2018 o 20h36

Straż Absyntu
Chocolate
Akolita Jednorożców
Chocolate
...
Wiadomości: 423



https://zapodaj.net/images/2f5815648c2a2.png

ONA - Charo jako Eva Aristov
ON - Chocolate jako Avery Evans




https://zapodaj.net/images/5265a0cd62636.png

Spoiler (kliknij, aby zobaczyć)


Ostatnio zmieniony przez Chocolate (Dzisiaj o 11h17)


https://zapodaj.net/images/222093d1bdf72.gif  https://zapodaj.net/images/c8950794c9a72.gif  https://zapodaj.net/images/418ca3a629b9d.gif

Offline

#2 27-03-2018 o 15h06

Straż Absyntu
Chocolate
Akolita Jednorożców
Chocolate
...
Wiadomości: 423



https://zapodaj.net/images/c7136e713b757.png

https://78.media.tumblr.com/7dd4ab45649a52acd140e84b1d920680/tumblr_p0tvgfgICh1sgelweo7_400.gif  https://zapodaj.net/images/2e85adc020bea.gif


A v e r y   E v a n s         • •        dwadzieścia pięć lat        • •         Baran ♈        • •         30 marca
mężczyzna        • •        heteroseksualny     • •       pochodzi z Anglii - Londyn      • •      kawaler
czarne włosy         • •         błękitne oczy        • •        188 cm        • •         wyrzeźbiona sylwetka


RÓŻDŻKA: włos z ogona testrala, głóg, 13 cali, sztywna        • •        dziedzic czystej krwi
PATRONUS:  łasica          • •          BOGIN:  niezbadany        • •         stan majątkowy: zamożny


https://zapodaj.net/images/b949ab4e074bf.png

https://zapodaj.net/images/e46e933d1b0fd.png

Ostatnio zmieniony przez Chocolate (28-03-2018 o 13h58)


https://zapodaj.net/images/222093d1bdf72.gif  https://zapodaj.net/images/c8950794c9a72.gif  https://zapodaj.net/images/418ca3a629b9d.gif

Offline

#3 27-03-2018 o 20h44

Straż Cienia
Charo
Żołnierz Straży
Charo
...
Wiadomości: 567

https://fontmeme.com/permalink/180326/a91b48f6ab45e92bc7b745bc7b35d16f.png

https://thumbs.gfycat.com/JubilantCookedFallowdeer-size_restricted.gif

⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜

Kobieta ✧ 22 lata ✧ Czysta Krew ✧ Śmierciożerca

Heteroseksualna ✧ Panna ✧ Zodiakalny Skorpion

Czarne Włosy z niebieskimi refleksami ✧ Kobiece Kształty ✧ Zielone Oczy

170 cm wzr ✧ Elegancka ✧ Stażystka w Departamencie Tajemnic

Bogin - Topielec ✧ Patronus - Sokół ✧ Animag

Różdżka - 16 cali, włos z głowy wili, elastyczna, jesion

Urodzona w Moskwie ✧ Mieszka w Anglii ✧ Sierota

Prawdziwe imię - Wiera, zmienione po przybyciu na Wyspy


⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜⚜

https://media.giphy.com/media/tFOIzllhnTiTe/giphy.gif

Ostatnio zmieniony przez Charo (27-03-2018 o 20h54)


https://media.discordapp.net/attachments/389818644474888204/408989459556597762/c895a7e72c844f84130533a19f6ca7f8.gif

Offline

#4 29-03-2018 o 13h20

Straż Absyntu
Chocolate
Akolita Jednorożców
Chocolate
...
Wiadomości: 423

_____________________https://zapodaj.net/images/5551fe4b388e0.png
        Od rana nieustępliwie padało. Pogoda iście angielska, dodając do tego również przenikliwy chłód. Nikogo to jednak nie dziwiło. Październik kończył się wyjątkowo paskudnie, a wraz z nim także jesień, pozostałość i wspomnienie lata również znikały.
        Czekałem w rosnącym napięciu, bez ruchu. Czułem, jak żołądek powoli podjeżdża wyżej i wyżej, aż do samego gardła, jak drżą mi lekko ręce, które i tak już były zaciśnięte boleśnie w pięści. Pot skroplił się na mojej stroni i na karku, czułem, jak pojedyncza chłodna kropla zsuwa się powoli i wciska pod ubranie, za kołnierz drogiej koszuli i eleganckiej kamizelki. Było ciemno, mój wzrok nieprzyzwyczajony do mroku rzucał się nerwowo od jednego zarysu konturu do kolejnego, chcąc wyłapać coś, cokolwiek, co byłoby chociaż znajome.
        Deszcz dudnił o dach i napierał na szyby, teraz zacinając na nie już prawie prostopadle. W pokoju nie było nikogo, poza mną i setkami cennych przedmiotów. Krzesła, rzeźby, wazy, cenna sztukateria rzeźbiona z największą dbałością i uważnością, zdobiona złotem otaczała pokój i zbierała go niczym zdobna opaska, kierując spojrzenie na ręcznie malowany sufit. Był stary, ale zachowany w idealnym stanie. Wszystko tutaj było antyczną pamiątką po dawno minionych czasach i z czasem doszedłem do wniosku, że specjalnie umieścili mnie właśnie tutaj. Wystawili moje oczy na ucztę, bo wiedzieli, że od razu poznam się na wartości tych przedmiotów, a jednocześnie zmusili, żebym trzymał dłonie przy sobie. A te, przysięgam z całą zapalczywością, swędziały, żeby dokładniej obejrzeć drobne złocone przedmioty, świeczniki, misterną zastawę w małej, szklanej gablotce.
        Oczywiście, nie ruszyłem się ani o cal. Nie śmiałem wręcz drgnąć, dławiłem się urywanym oddechem, nasłuchując wszystkiego, co mogłoby pomóc mi zorientować się w sytuacji. Zamknęli mnie tutaj niczym rzadki okaz wymierającego gatunku, jak ozdobnego ptaka w klatce. A zza zatrzaśniętych drzwi nie docierał nawet najdrobniejszy szmer.
        Poruszyłem się niespokojnie, fotel zaskrzypiał ostrzegawczo. Odparłem pokusę, żeby zetrzeć kropelki potu z czoła rękawem swojej koszuli.
        Panowała cisza i tylko to jednostajne, monotonne uderzanie wody o szybę przypominało mi o upływie czasu. Wiedziałem, że przyjdą. Na pewno przyjdą, ale być może najpierw zamierzają wystawić mnie na próbę. Znowu zadarłem spojrzenie do góry, na pięknie malowany sufit. Ten dwór musiał pochodzić jeszcze z czasów, kiedy po naszej planecie chodzili uzdolnieni malarze, stwierdziłem i nagle rozbawiła mnie małostkowość moich myśli, skupionych na p********** malunkach.
        Żołądek niebezpiecznie drgnął. Chłodne ze zdenerwowania dłonie trzęsły się jeszcze, ale myśl o tym, że mam ze sobą różdżkę zdołała nieco złagodzić te efekty uboczne.
        W końcu coś się zmieniło. Poderwałem się do pionu i natychmiast tego pożałowałem. Zakręciło mi się w głowie tak, że gdybym nie przytrzymał się dekorowanego gzymsu nad pustym, zimnym kominkiem, na którym stało wiele cudów wartych fortunę, mógłbym ponownie opaść na swoje miejsce. A teraz, kiedy w drzwiach stała sucha, pomarszczona kobieta po prostu nie mogłem sobie pozwolić na tak otwarte okazanie słabości i zdenerwowania.
        — Pomyśleć tylko, że z roku na rok robicie się coraz słabsi — sarknęła, zaciskając dłoń na gałce u drzwi i dałbym wiarę, że wyglądała jakby chciała mi splunąć pod nogi, a może i w twarz. Podszedłem kilka kroków, a staruszka machnęła żywo i ponaglająco dłonią. — Pospiesz się, niedołęgo. Czarny Pan bardzo nie lubi czekać, zwłaszcza na takich, jak wy — mruknęła, odwróciła się i skierowała w dół korytarza. — Pomyślałbyś, że takich zaczną nam tu przysyłać, takich jak ta dwójka, mój najukochańszy? Pomyślałbyś, gdybym ci to powiedziała jeszcze nie tak dawno temu, że…
        Kontynuowała swój monolog, którego teraz już nie mogłem dosłyszeć. Szła szybko. Ja również szybko dopasowałem się do sytuacji, dogoniłem ją jeszcze przed zakrętem. Chociaż serce boleśnie i szybko tłukło się w mojej klatce piersiowej i pompowało adrenalinę do każdego skrawka mojego ciała, czułem, że strach zamienia się w coś potężniejszego. Czułem, jak obejmuje mnie nuta ekscytacji, jak przejmuje kontrolę nad każdą moją myślą i każdą częścią mojego ciała. Położyłem dłoń na kotłującym się sercu.
        Wiedziałem, że na tym spotkaniu będzie ktoś jeszcze. Ktoś tak samo nowy, jak ja, ktoś, kto wykazał się w ostatnich czasach w zasługach dla Czernego Pana i ktoś, kto dostąpi tego samego zaszczytu, co ja. Wiedziałem, że ta osoba jest tutaj, w tym dworze należącym do starego rodu śmierciożerców, Arkwrightów, że czeka na to spotkanie. Nie ważne, kim się okaże, ja czułem już głęboko pod skórą, że będzie moim przeciwnikiem. Że właśnie na tej osobie zamierzam wybić się w szeregach popleczników Voldemorta, wykorzystać ją. I naprawdę… Już jej żałowałem.
        Nie było więcej czasu, nawet na drobny przebłysk myśli. Nie było nic, bo drzwi przede mną zostały otworzone zamaszyście, a przed oczami zobaczyłem długi, czarny stół, za którym siedziało wielu mężczyzn i kobiet. Wszyscy byli ubrani na czarno. Nie oni jednak przykuli moją uwagę. Zrobiła to inna, wyższa i smuklejsza sylwetka.
        Czarny Pan stał u szczytu stołu, po przeciwnej stronie pomieszczenia. Stał bokiem, wpatrywał się w zimne płomienie ognia, które trzaskały ostrzegawczo w czarnym kominku. Zakręciło mi się w głowie, a później pojawiła się zupełna pustka. Stałem tak po prostu, patrząc na tą majestatyczną, potężną figurę człowieka, a on… On wyglądał tak normalnie, tak przeciętnie wręcz, że aż trudno było pomyśleć, ile władzy naprawdę trzyma w swoich szczupłych dłoniach. Wszystkie zmysły wyblakły, został tylko czysty podziw. Wszystko inne nie miało znaczenia. Nie było niczego innego, tylko Czarny Pan, stojący tak u szczytu stołu. Tylko on, wzbudzający ogromny dreszcz szacunku i przerażenia.
        Całe moje dotychczasowe życie, wszystko, co zrobiłem… Doprowadziło mnie do tego miejsca, w którym okazało się dopiero, że nigdy jeszcze tak naprawdę nie żyłem.
        Że wszystko zaczyna się dopiero teraz.
        Poczułem szarpnięcie i nagły ból w okolicach kolan. Dopiero wtedy zmysły powróciły. Upadłem naprzód, na kolana i przeguby dłoni, które boleśnie otarły się o starą, drewnianą podłogę. Dopiero wtedy zauważyłem, że obok mnie klęczy druga osoba. O ironio… Poznałem ją natychmiast, a serce ścisnęło mi się boleśnie, tym razem z zupełnie innych przyczyn niż jeszcze sekundę wcześniej. Eva klęczała z opuszczoną głową, nie poświęcając mi ani jednego spojrzenia. Zerknąłem w tył, na starą kobietę, która sprawnym uderzeniem swojej laski w tyły moich kolan sprawiła, że teraz również tkwiłem zgięty na ziemi.
        Nie wiedziałem, ile to wszystko trwa. Dla mnie mogły minąć długie godziny od momentu, kiedy drzwi otworzyły się prze moimi oczami.
        — Wstańcie, dzieci.
        Drgnąłem. Ekscytacja zmieszała się burzliwie ze strachem, z przerażeniem i skuła mnie niczym lód. Jego głos był miękki, przyjemny dla ucha. Melodyjny wręcz, ale brzmiało w nim coś paskudnego, coś okropnego, niebezpiecznego, mrożącego krew w żyłach. Nie dało się nie usłuchać jego rozkazu. Obecność Evy na razie jeszcze nie dotarła do mojej świadomości, nie całkowicie.
        — Proszę, rozgośćcie się — rzucił Czarny Pan, a ta propozycja w moich myślach przyrównana była do zaproszenia na szubienicę. Jednocześnie jego maniery były nienaganne. Nie tego się spodziewałem. — Usiądźcie z nami przy stole i weźcie udział w naszym spotkaniu, które jeszcze nie będzie waszym pierwszym chrztem bojowym. Nie bójcie się — dodał, Jego głos był aksamitny, a oczy zmrużone i przypominające węża. Nie był uderzająco przystojny, ale miał w oku dziki, nieokiełznany błysk. Od razu odwróciłem spojrzenie, kiedy natrafiło na to należące go Jego.
        Odsunąłem sobie jedno z wolnych krzeseł i usiadłem prosto, sztywno, z wzrokiem wbitym przed siebie. Czułem, jak powoli zaciska się na moim ciele śmiertelny uchwyt węża dusiciela i nie mogłem nic z tym zrobić. Nie… Nawet mi się to podobało.


https://zapodaj.net/images/222093d1bdf72.gif  https://zapodaj.net/images/c8950794c9a72.gif  https://zapodaj.net/images/418ca3a629b9d.gif

Offline

#5 30-03-2018 o 17h12

Straż Cienia
Charo
Żołnierz Straży
Charo
...
Wiadomości: 567

.................................................................https://fontmeme.com/permalink/180326/a91b48f6ab45e92bc7b745bc7b35d16f.png


   Czekała na ten dzień od kiedy skończyła sześć lat i choć droga do niego była paskudnie długa i usłana cierniami, to pokonała ją i mogła stać teraz przed obliczem Czarnego Pana. Po znoju i trudach, oto ona, Eva Aristov, została pełnoprawnym Śmierciożercą. W prawdzie miała przed sobą jeszcze formalności, takie jak na przykład tatuaż, ale to było tylko kwestią czasu, już tylko krok dzielił ją od tego, do czego została stworzona. Nie raz i nie dwa udowadniała swoją lojalność, wykonywała każde polecenie bez cienia wątpliwości, a gdy tylko mogła wychodziła z inicjatywą, by udowodnić wszystkim, że nie jest bezmyślną marionetką, która wykonuje jedynie rozkazy. Lord Voldemort oczekiwał więcej, znacznie więcej i była tego świadoma, dlatego też podjęła staż w Departamencie Tajemnic, obracała się w kręgach najważniejszych Ministrów i zbierała informacje. W tym była dobra. Miała haki na każdego pracownika Ministerstwa Magii, wiedziała kto z kim śpi, kto kogo nienawidzi, jakie kto ma poglądy polityczne, znała największe koszmary i uciechy czarodziejów i co najważniejsze, skutecznie tą wiedze wykorzystywała. Zawierała też własne konszachty i układy, bratała się z najniebezpieczniejszymi, by w razie potrzeby mieć za sobą popleczników, którzy przydadzą się Czarnemu Panu.
   Jej pierwszą, poważną misją było zdobycie Czarnej Różdżki i choć zadanie zakończyło się fiaskiem, to dało jej szacunek w oczach Śmierciożerców i samego Lorda Voldemorta, gdy zabiła Gellerta Grindelwarda w twierdzy Nurmengard po długich godzinach tortur. Eva należała do nielicznej, damskiej części sprzymierzeńców czarnoksiężnika i zdecydowanie do najmłodszej, co stawiało ją w lepszym położeniu niż inne wiedźmy i dlatego też była tak ważna. Nikt jeszcze jej nie zdemaskował, nikt nie ścigał listem gończym tak, jak połowy zwolenników Czarnego Pana, co dawało wiele możliwości, by to wykorzystać. Mogła być kimkolwiek chciała, kimkolwiek ON chciał.
  Klęcząc przed najgroźniejszym czarodziejem na ziemi, zdała sobie sprawę, że wszystko, co do tej pory uczyniła, było niczym w porównaniu do tego, co dopiero przyjdzie jej zrobić. Spodziewała się, że nikt poza nią nie został zaproszony, a jednak była w błędzie, gdyż niedługo później zjawił się w posiadłości nie kto inny, jak Avery p(*&^%$# Evans. Aż się w niej zagotowało, kiedy spoczął przy stole u jej boku. Gdyby tylko mogła, to pozbyłaby się go od razu,jednak wiedziała, że jest on ważny dla Voldemorta, dlatego też musiał pozostać przy życiu. Żałowała, że nie miała jeszcze takiej władzy, by decydować o losie innych. Evans jako pierwszy poszedłby pod młotek, a następny w kolejce byłby Malfoy.
   - To wielki zaszczyt, panie. - odezwała się kobieta, spoglądając na zdeformowaną twarz i choć widok był iście przerażający, to nie struchlała, nie dała poznać po sobie, że się boi. Mężczyzna obserwował ją i Evansa przez dłuższą chwilę, po czym roześmiał się perliście, a w ślad za nim towarzystwo obecne przy stole. Eva nie wiedziała, czym tak rozśmieszyła Czarnego Pana, ale było to lepsze niżeli miałaby go rozzłościć. Czy była zbyt pewna siebie?
  Aristov nagle drgnęła, gdy poczuła pod stołem jakiś ruch, kiedy zdała sobie sprawę, co właśnie oplata jej nogi. A więc jednak go rozzłościła i cały wysiłek poszedł na marne. To będzie jej koniec, w dodatku na oczach Averego. Gorzej nie mogło już być.
  - Lękasz się Nagini, ale nie mnie. - zauważył Lord Voldemort, zwracając się najpierw do kobiety, a następnie syknął coś do gigantycznego węża, który coraz mocniej zaciskał się na udach czarownicy, która wstrzymała oddech niemal na wieczność. Nie, to nie może się tak skończyć, to zapewne kolejna próba. Serce łomotało jej w piersi i w tym momencie marzyła tylko o tym, by znaleźć się daleko stąd, może w Moskwie. Poczuć na twarzy płatki śniegu, napić się czystej wódki i zapomnieć, jak się nazywa. Zapomnieć  jakim bagnie tkwi i że nie było żadnej perspektywy, by się z tego bagna wydostać.
  Nadmiar emocji, które towarzyszyły duszeniu, był tak silny, że Eva w pewnym momencie nie wiedziała, co robi. Jakimś cudem pod stołem odnalazła dłoń Averego i ścisnęła ją, jakby to miało pomóc jej przetrwać najgorsze. Jak wielki popełniła błąd uświadomiła sobie dopiero, gdy ich skóra zetknęła się ze sobą, kiedy poczuła ciepło od niego bijące. A to bolało o wiele bardziej niż uścisk Nagini. Musi wytrzymać, musi udowodnić, że nie straszne jej są metody Voldemorta i że byle wąż jej nie złamie. Nie była pewna, jak długo to trwało, ale w końcu się skończyło, a zadowolony uśmiech czarodzieja świadczył o tym, że po raz kolejny zrobiła dobre wrażenie. Bolało ją dosłownie wszystko, całe ciało piekło, jakby ktoś przypalał ją żywym ogniem. Kiedy tylko poczuła ulgę, szybko puściła rękę mężczyzny, posyłając mu przy tym wymowne spojrzenie, dając do zrozumienia, że jeśli powie cokolwiek na ten temat, to zginie na miejscu.
  Za oknami dudnił deszcz, który uderzał głucho o żeliwne okiennice, sprawiając wrażenie, jakby z nieba spadały kamienie, a nie krople wody. Słychać było również wycie wiatru,a raz po raz niebo przecinała błyskawica. Pogoda nie rozpieszczała, choć chociaż ona mogłaby być bardziej łaskawa. Chciała wrócić do domu pod postacią ptaka, jednak w taką ulewę było to samobójstwem lecz zgoła mniej prawdopodobnym niż siedzenie przy stole z bandą morderców. Kobieta sięgnęła po kielich z winem i duszkiem wypiła całą jego zawartość, czując jak cierpka ciecz rozlewa jej się po języku. Nienawidziła wina tak samo, jak węży.

Ostatnio zmieniony przez Charo (30-03-2018 o 17h17)


https://media.discordapp.net/attachments/389818644474888204/408989459556597762/c895a7e72c844f84130533a19f6ca7f8.gif

Offline

#6 31-03-2018 o 16h06

Straż Absyntu
Chocolate
Akolita Jednorożców
Chocolate
...
Wiadomości: 423

__________________https://zapodaj.net/images/5551fe4b388e0.png
        Nie odważyłem sobie pozwolić na jakikolwiek ruch. Strach, przerażenie, panika i zgroza trzymały mnie w swoich lodowatych sidłach. Czułem, jak powoli na ramionach podnosi mi się skóra, a dreszcz pełznie wzdłuż kręgosłupa. Mimo tego wszystkiego, mimo emocji, które szargały moim ciałem, nie drgnąłem nawet, kiedy Eva się odezwała. Nie zerknąłem również w jej stronę. Po prostu siedziałem, z wzrokiem wbitym przed siebie, jedną dłonią na stole, a drugą pod stołem zaciśniętą w pięść tak długo, że nie czułem już w niej nawet żadnego bólu.
        Chłodny śmiech sprawił, że zerknąłem w kierunku Czarnego Pana, a później zerknąłem na swoją towarzyszkę. Jej obecność nie pokrzepiała mnie wcale. Wolałem, żeby jej tu nie było. Żeby była gdzieś daleko i nie mieszała się do tego, z czym w moim zdaniu nie potrafiła sobie poradzić. Starałem się przełknąć ślinę, ale dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że moje gardło jest zaciśnięte boleśnie. Ogólne poruszenie i rozbawienie w komnacie sprawiło, że kolejna kropla spłynęła po moim karku i zakończyła swój żywot wpijając się w kołnierz koszuli mocno zawiązany pod szyją eleganckim krawatem. Inni mieli na sobie czarodziejskie szaty, ale jeszcze przed wyjściem ze swojej willi uznałem, że pojawienie się w tym dworze w stroju takim, jaki mają inni śmierciożercy może zostać odebrane za obrazę.
        Jeszcze nie byłem pełnoprawnym członkiem tej najbliższej rodziny Voldemorta. Czułem, że inni jeszcze mnie nie zaakceptowali. Patrzyli spojrzeniami wypełnionymi po brzegi pogardą. Teraz nawet mnie to nie oburzało, kiedy czułem, że Czarny Pan również nas obserwuje.
        Zerknąłem na dół, pod stół, a moje serce łomotało boleśnie o żebra. Nikt nic nie powiedział. Nie padły żadne niewłaściwe słowa. Wszyscy czekali i nie czuło się w powietrzy napięcia. Reszta śmierciożerców nie odzywała się nawet słowem. Po prostu czekali, niewzruszeni, choć z pewnością świadomi tego, co się dzieje. Mi nie udało się dosięgnąć głosu, który ulokował się głęboko w krtani i tam zamierzał zostać. Podążyłem spojrzeniem za dotykiem chłodnej dłoni kobiety, która zacisnęła się na mojej pięści, a później znowu wbiłem wzrok przed siebie, w jeden punkt na ścianie. Zacisnąłem dłoń mocno i pewnie, w swoim uścisku. Jak wtedy, kiedy byliśmy jeszcze dziećmi, kiedy moim rodzicom nie spodobało się coś, co zrobiła Wiera i postanowili ją ukarać. Zawsze wtedy stałem obok, trzymając ją za rękę, jakby ten prosty uścisk miał odpędzić od nas całe zło i niesprawiedliwość tego świata.
        Te czasy minęły, choć zostały po nich wspomnienia. Silne i żywe, równie bolesne ze świadomością, że one już się skończyły, że nie wrócą.
        Najwyraźniej w tym otoczeniu nie trzeba było wypowiadać żadnych słów, żeby ogromny wąż zabrał się do swojego dzieła. Patrzyłem na jej nogi odrobinę zbyt długo. Odrobinę zbyt intensywnie. Przyłapałem się na tym, że wcale jeszcze nie chcę patrzeć, jak ona kończy tutaj swój żywot. Na tym, że chcę sprawdzić swoje umiejętności w porównaniu z tymi należącymi do niej i być wygranym, bądź odejść przegranym. Być może było to widoczne w moich oczach, a może Lord był po prostu bardzo czuły na ludzkie emocje. Zwłaszcza te negatywne, którymi przecież się żywił. W każdym razie, wyczuł moje wahanie. Wiedziałem to jeszcze zanim ponownie się odezwał.
        — Och? Boisz się o swoją przyjaciółkę? — zapytał, powoli cedząc słowa i przechylając głowę na bok. Jego głos nadal pozostawał dziecięco uprzejmy i tym razem sprawił, że odwróciłem do niego swoją twarz. Poczułem smagnięcie wydestylowanego strachu. Na jego obliczu nie było nic, żadnej emocji, która podpowiadałaby, dlaczego torturuje Evę. Był po prostu… Radosny spokój. Inni zebrani w komnacie nie odezwali się nawet słowem, nikt nie protestował. Miałem wrażenie, że mnie i Aristov wrzucono do jednej klatki niczym dwa ogary, które mają teraz walczyć o zwycięstwo, które muszą udowodnić ile są warte poprzez jedno, proste działanie: zagryzienie swojego przeciwnika. Przełknąłem ślinę głośno i spuściłem spojrzenie na złączone na stole dłonie Czarnego Pana. — A więc? Sądzisz, że mam obowiązek utrzymać ją przy życiu tylko dlatego, że oboje zostaliście tu zaproszeni?
        Zapadła cisza spowodowana pytaniem niby uderzeniem grzmotu. Milczenie przeciągnęło się chwilę, a później uświadomiłem sobie, że nie mogę uciec od odpowiedzi. Wywijanie się spod konieczności wykonania swojego zadania mogło kosztować mnie życie. Cenę, której nie mogłem zapłacić. Było za wcześnie! Nie tutaj, nie w takich okolicznościach. Skinąłem powoli głową, zabrałem swoją dłoń, kiedy chłód dłoni Wiery zniknął i ułożyłem je na kolanach.
        — Mój panie… — zacząłem, a kiedy się odezwałem, głos nie zadrżał mi od żadnej emocji. Zaskoczyło mnie to bardziej, niż wcześniejszy strach. To opanowanie było czymś nowym i czymś, czego nie znałem wcześniej, najwyraźniej aktywowane ogromem strachu. Nigdy jeszcze nie byłem tak blisko śmierci, chociaż dane mi było liznąć ją kilkakrotnie.
        Nikt w tym pokoju nie zamierzał mi pomagać. Byłem zdany sam na siebie i zauważyłem to tak cholernie późno. To wznieciło iskierkę złości, która pomogła dobyć kolejne słowa.
        — Tutaj nie jesteśmy przyjaciółmi. Tutaj wszyscy jesteśmy po to, żeby ci służyć — powiedziałem w końcu, a później na moment zapadła ponownie cisza. Tylko wąż szurał swoim brzuchem o drewnianą podłogę pod stołem, kiedy pełznął w kierunku swojego właściciela. W moich słowach nie było służalczości, nie było też złości ani innej emocji. Jedynie chłód i opanowanie, które ponownie mnie zaskoczyło. — Nie jesteś głupcem, panie. Nie zabijesz Wiery nie dlatego, że cię o to poproszę, ale dlatego, że jest bardziej użytecznym narzędziem niż większość ludzi w tym pomieszczeniu — dodałem, korzystając z okazji i faktu, że mogę powiedzieć coś więcej, a głos nie odmawia mi posłuszeństwa.
        Te kilka słów wzbudziło krótkie poruszenie. Inne kobiety i mężczyzny spojrzeli na nas z nieukrywaną niechęcią. Miałem nadzieję, że kierują swoją zazdrość w kierunku Aristov, bo to było od początku moim celem.
      Jedno było pewne. Tutaj nikt nie był swoim przyjacielem. Tutaj nikt nie starał się za dwóch, a każdy egoistycznie bronił tylko siebie. Wiedziałem, że aby wytrwać musiałem poddać się tym zasadom i popłynąć z tym brutalnym nurtem. Skłoniłem lekko głowę i usiadłem ponownie prosto. Cisza przeciągała się jeszcze chwilę.
        — Dzisiaj nikt z was nie zginie — odezwał się Czarny Pan, ale w tej wypowiedzi znikła wcześniejsza wesołość. Teraz jego głos był ostry.
        Rzuciłem krótkie spojrzenie na Wierę i zastanawiałem się, jakie emocje znajdę w jej oczach. Jedno było pewne. Jakiekolwiek by nie były, nie będą miały już nade mną władzy. Złość, niedowierzanie, a może wesołość? Cokolwiek tam będzie, nie zrobi na mnie wrażenia. Rozmowa z Voldemortem sprawiła, że nic innego dla mnie miało już nie być równie ekscytujące, było porównywalne do balansowania na linie nad przepaścią i czekanie, aż podmuch wiatru sprawi, że stracę równowagę.


https://zapodaj.net/images/222093d1bdf72.gif  https://zapodaj.net/images/c8950794c9a72.gif  https://zapodaj.net/images/418ca3a629b9d.gif

Offline

#7 04-04-2018 o 22h49

Straż Cienia
Charo
Żołnierz Straży
Charo
...
Wiadomości: 567

.........................................................................https://fontmeme.com/permalink/180326/a91b48f6ab45e92bc7b745bc7b35d16f.png


   Oddychała z trudem, łapczywie wciągając powietrze w płuca, kiedy Nagini w końcu odpuściła i zniknęła za drzwiami prowadzącymi do wschodniego saloniku. Kobiet była pewna, że gdyby nie Avery, to leżałaby bez życia pod stołem i nikt nawet nie zwróciłby uwagi. Lord Voldemort ostatnimi czasy był bardzo kapryśny i łatwo było wytrącić go z równowagi. Wiedział o tym każdy, kto choć trochę liczył się w przestępczym półświatku i kto znał go już jakiś czas. Eva sięgnęła od razu po swój kielich z winem i od razy wypiła jego całą zawartość, sięgając po butelkę by dolać sobie jeszcze więcej. Zerknęła przy tym na Evansa, zamierzając później rozmówić się z nim n temat całej sytuacji, jaka miała miejsce kilka chwil temu. Nie chciała, by mężczyzna uznał to za jej porażkę, co to to nie. Wygra z nią tylko wówczas będzie martwa, w innym przypadku się nie podda i nie da mu przewagi.
   - Nasz pan ma dla was pierwsze zadanie, dlatego tutaj jesteście. Sprawa jest delikatna i dotyczy jednego z naszych oraz przedmiotu, który musicie odzyskać. - odezwał się Lucjusz, właściciel Malfoy Manor oraz jeden ze Śmierciożerców, ten najbliższy Czarnemu Panu. Aristov skierowała nieco zaskoczone spojrzenie na jasnowłosego, marszcząc lekko brwi, Avery natomiast pozostawał obojętny niczym głaz.
   Dwór Malfoyów był pokaźną rezydencją otoczoną przez wyszukane ogrody z fontannami i wędrującymi białymi pawiami, które znikały z widoków, gdy w willi przebywał gość specjalny. Ogrodzona była przez bramę z kutego żelaza, przez którą można było przejść jak przez dym, jeśli domownicy wyrazili zgodę.  Bogato zdobione wnętrze, eleganckie meble, pozłacane lustra oraz wspaniałe dywany były niczym w porównaniu do kolekcji artefaktów związanych z czarną magią, które umiejscowione były w sekretnym pokoju pod salonem. Tam też znajdowało się coś na wzór więzienia, gdzie prowadzono przesłuchania tych bardziej opornych czarodziejów lub karano za subordynację. Aristov żałowała, że dzisiejsza kolacja nie została podana właśnie w tym miejscu, tylko w zupełnie innej posiadłości, nie tak okazałej.
   - Augustus Rookwood ukradł mapę, która zdradza położenie diademu Roweny Ravenclaw. Nasz pan wybrał go, by odszukał artefakt, jednak okazał się chciwym oszustem, który musi ponieść karę. Ministerstwo szaleje, nie możemy działać otwarcie i narazić naszej całej misji. Udacie się do Albanii i to jeszcze dziś. Odnajdziecie Rockwooda i diadem. Chyba nie muszę wam mówić, co robimy ze zdrajcami – wyjaśnił Malfoy, zerkając raz po raz na Voldemorta, który kiwał lekko głową przysłuchując się przy tym słowom swego sługi. Eva współczuła Lucjuszowi, że to na niego padło i że to akurat on musiał powiedzieć im o kolejnym zadaniu. Był w szeregach Śmierciożerców praktycznie od początku i czarnoksiężnik miał go za swego zaufanego druha. Nie rozumiała tylko dlaczego ona i Evans mają działać razem. Nie zamierzała teraz o to pytać, wszak tylko rozzłościłaby swego pana.
   Historia przeklętego diademu była doskonale znana Evie. Córka Roweny ukradła błyskotkę, aby być mądrzejsza niż matka i uciekła w świat. Nikt nie wiedział, gdzie się podziewała, więc Rowena wysłała w ślad za nią zakochanego w niej Krwawego Barona, który nie zdołał nakłonić dziewczyny do powrotu i w napadzie szału zabił ją sztyletem, po czym popełnił samobójstwo tym samym narzędziem. Diademu nigdy nikt nie odnalazł. Po co więc Voldemortowi kawałek żelastwa, który nawet nie prezentuje się okazale?
   Gdy otrzymali już wszelkie wytyczne, reszta wieczoru minęła bez niespodzianek. Przy stole rozmawiano o sprawach związanych głównie z Ministerstwem oraz Bankiem, gdyż ekspedycja dwóch Świeżaków wymagała sporej ilości dodatkowych środków. Po kilku godzinach wszyscy zaczęli się rozchodzić, łącznie z Czarnym Panem, który ani słowem już nie odezwał się do Evy i Averego. Po opuszczeniu dworu, czarownica zamierzała pomówić z mężczyzną. Szła więc w  milczeniu u boku przyjaciela z dzieciństwa, zastanawiając się, jak zagaić rozmowę. Evans wydawał się jej dziwnie nieobecny, jakby był w zupełnie innym miejscu. A może po prostu ignorował jej obecność?
   - Dziękuję za to, co zrobiłeś podczas kolacji – szepnęła, nie parząc nawet na niego, by nie dostrzegł, jak wiele ją te słowa kosztują. Powiedziała, co musiała, a teraz czas wziąć się za pracę.
   - Co myślisz o tym diademie? Gra jest warta świeczki? Nie chciałabym gonić za czymś, co jest mniej warte niż zeszłoroczny śnieg. Jednak, Czarny Pan ma zapewne co do niego plan. Do czego można go użyć? - zapytała zaciekawiona, spoglądając na mężczyznę, którego twarz wilgotna była od kropel deszczu leniwie skapujących z ciemnych chmur. Zanosiło się na burze i to nie tylko atmosferyczną. Kobieta zarzuciła na głowę kaptur czarnej peleryny, przyspieszając nieco kroku, aby zrównać się z nadal milczącym Averym. Nigdy nie przeszkadzało jej jego milczenie, jednak teraz było niemal nie do zniesienia. W momencie, gdy oddali się od posiadłości na tyle daleko, by mieć pewność, że nikt za nimi nie podąża, Eva zatrzymała się i zmusiła do tego mężczyznę chwytając jego dłoń szybkim ruchem.
   - Stój! Powiedz coś w końcu, przecież musimy ze sobą rozmawiać, chcę z tobą rozmawiać. Nie traktuj mnie w taki sposób. - szepnęła, wwiercając spojrzenie w plecy czarodzieja, gdyż nadal stał do niej tyłem. Domyślała się, co było powodem takiego zachowania, jednak nie mogła uwierzyć, że Evans nadal ma do niej żal.
   Ich wspólne misje nigdy nie były najlepszym pomysłem i rozwiązaniem, bo zazwyczaj kończyły się ich pojedynkiem. Jeden lis chciał przechytrzyć drugiego lisa, ugrać coś dla siebie przy okazji zadania od Czarnego Pana. Tak było w przypadku wypadu do Birmingham w hrabstwie West Midland. Polecenie było proste: znaleźć ciało niedawno zmarłego Benjamina Cornulusa, dostarczyć je do Londynu nie pozostawiając żadnych świadków przy życiu. Lord Voldemort chciał stworzyć Inferiusa z ciała byłego Ministra, by dać w ten sposób nauczkę jego bratu, który omówił współpracy. Mógł oczywiście zabić czarodzieja, który nie zgodził się na dołączenie do grona jego zwolenników, ale to było zbyt proste. Ridlee lubił zabijać, jednak czasem miał swego rodzaju kaprysy, tak jak wtedy, gdy nakazał dostarczyć ciało do przemiany. Wszystko poszłoby gładko, gdyby nie Newton Scamander, magizolog z którym kilka miesięcy wcześniej Aristov zawarła umowę. Mężczyzna poszukiwał Demimoza, który trafił do Anglii z niewiadomych przyczyn, w zamian za świeże włosy willi, które potrzebne były czarownicy do eliksiru zwalczającego chorobę skóry, której nabawiła się podczas szperania w starych dokumentach w Departamencie Tajemnic. Jedna z teczek objęta była klątwą gnijącej tkanki, a jedynym lekarstwem na to był roztwór z włosów willi, które istota sama dobrowolnie miała podarować proszącemu. Pech chciał, że Demimoz był akurat w Birmingham, więc chcąc nie chcąc, Eva wezwała Newtona, który poprzez serię niefortunnych zdarzeń stał się również świadkiem kradzieży zwłok. Kobieta nie pozwoliła Evansowi go zabić, co stało się ich wspólnym sekretem. Gdyby ktokolwiek dowiedział się, że przy życiu został choć jeden świadek, to kolejnymi Inferiusami byliby oni sami. Wiedźma wstydziła się przyznać, jaki był prawdziwy powód ocalenia Scamandera, więc wymyśliła naprędce romans. Czyżby to tak zezłościło Averego, że nawet nie chciał z nią rozmawiać?

Ostatnio zmieniony przez Charo (05-04-2018 o 08h35)


https://media.discordapp.net/attachments/389818644474888204/408989459556597762/c895a7e72c844f84130533a19f6ca7f8.gif

Offline

#8 05-04-2018 o 18h59

Straż Absyntu
Chocolate
Akolita Jednorożców
Chocolate
...
Wiadomości: 423

__________________https://zapodaj.net/images/5551fe4b388e0.png
        Nie odważyłem już później otworzyć ust, nie zabrałem głosu ani raz. Czarny Pan stracił zainteresowanie – przynajmniej chwilowo – swoim nowym narybkiem i skupił na rzeczach, o których w większości nie miałem pojęcia. Mimo tego przez całe spotkanie mój otępiały ilością informacji i emocji mózg stawiał opór wszelkim dodatkowym bodźcom. Przestało mnie nawet boleć to, że obok mnie nadal siedzi Aristov, że gdybym chciał… Pewnie mógłbym powiedzieć, żeby Czarny Pan ją zabił. Nie, nie sądziłem, że mam tyle mocy, żeby cokolwiek mu rozkazać, ale przecież mogłem dać mu ją na tacy.
        Teraz, kiedy jako ostatni opuszczaliśmy we dwójkę budynek zacząłem żałować, że brakło mi do zrobienia tego zimnej krwi.
        Zostaliśmy przydzieleni do jednej misji. Razem. We dwójkę. Ta świadomość kąsała mnie niczym jadowity wąż, wiązała ręce i świadomość, pożerała resztki zdrowego rozsądku. Dałbym wiele, żeby cofnąć czas i żeby sprzeciwić się rozkazom tam, wtedy, w tej komnacie. To z pewnością oznaczałoby śmierć. Potrząsnąłem głową, a krople strząsnęły się z włosów. W przeciągu zaledwie chwili od wyjścia na zewnątrz siąpiący ponuro deszcz zdążył sprawić, że one jak i moje ubranie zupełnie przemokły. Teraz nie robiło to na mnie jednak najmniejszego wrażenia. Materiał na moich ramionach namókł, po twarzy spływały od czasu do czasu drobne stróżki wody, które rzeźbiły na mojej nieprzeniknionej twarzy swój wyraz. Dodawały mi strapienia, pogłębiały wrażenie, że nad czymś rozmyślam.
        I naprawdę tak było. Moje myśli krążyły teraz nie tylko wokół diademu, mapy, zdrajców, Albanii i misji, chociaż wokół tego bardzo chętnie oscylowały. Wydawało mi się, że zaginięcie diademu było faktem powszechnie znanym, ale fakt istnienia mapy nikt nigdy nie potwierdził. Stary antyk posiadał kiedyś ogromną moc magiczną i sam w sobie był rzeczą bardzo, ale to bardzo cenną. Na myśl, ze przyjdzie mi go odnaleźć, a nawet dotknąć, czułem w kościach dreszcz ekscytacji, który przejmował całe moje ciało. Dla pasera takiego jak ja, który handluje na czarnym rynku czarno magicznymi antykami i amuletami ta myśl była paraliżująca. Chciałem go zdobyć. Cholernie chciałem go mieć w dłoniach. I mieć nadzieję, że jestem wystarczająco inteligentny, żeby oprzeć się ogromnej pokusie, jaka tkwiła w tym przedmiocie.
        Poza tym jednak jeszcze była Wiera. Moja głowa była pełna jej obrazów, tych z przeszłości dalekiej i tej, która dopiero co się wydarzyła. Nie musiałem na nią patrzeć, każdą rysę na jej twarzy znałem na pamięć. Dźwięk jej słów przebił się przez luźną ścianę deszczu i szumienie wiatru w koronach drzew, ale nie sprawił, że się zatrzymałem. Nie zwolniłem nawet kroku. Eva najwidoczniej uznała to za zachętę i zaczęła mówić dalej. Starałem się puścić jej słowa pomimo uszu… Nie udało się. Każde z nich docierało do moich uszu i gnieździło się głęboko w świadomości.
        Poczułem szarpnięcie. To było zapalnikiem do tego, żeby wszystkie myśli i emocje znalazły w końcu sobie ujście.
        — Nie traktuję cię w żaden sposób — warknąłem, odwracając się energicznie na pięcie w jej stronę.
        Natychmiastowo poczułem także, że już żałuję tego popisu własnej złości. Ona jeszcze nawet się nie odezwała, może nawet nie zdążyła zrozumieć sensu moich słów, a ja już czułem, jak obrywam rykoszetem własnego wybuchu. Zebrałem się w sobie i zmusiłem do przybrania spokojniejszego tony głosu.
        — Po prostu nie sądzę, że jest sens dyskutować o randze tego zadania. Może jeszcze nie zauważyłaś, ale to pierwsza misja, którą przydzielono nam w obecności samego Czarnego Pana i nawet, gdyby kazał mi jechać na drugi koniec świata po kawałek zeschniętego gówna, to zrobiłbym to bez zająknięcia — mówiłem szybko, pochopnie i w emocjach, ale były to i emocje i myśli szczere do granic możliwości. Sam nie wiedziałem, co jest powodem takiego podenerwowania, nie potrafiłem zlokalizować samego epicentrum. Moje słowa były ostre, może nawet krzywdzące? Coś mi podpowiadało, że reakcja Wiery może mi się nie spodobać, dlatego po prostu wyszarpnąłem dłoń z jej uścisku. Nie było to agresywne, jedynie bardzo stanowcze, a później stanąłem z nią twarzą w twarz. Nie zamierzałem jej jeszcze dopuścić do głosu. — I to samo podejście radzę tobie. Oboje wiemy, że oni chcą patrzeć na nas jak na dwa wściekłe ogary, które będą walczyć o swoją pozycję. Słyszałem, jak Lucjusz chełpił się tym kilka miesięcy wcześniej. Mówił, że jest tylko jedno miejsce, ale za to dwóch chętnych. Jak myślisz, czy oni sądzą, że oboje wrócimy z tej misji żywi? Czy oni chcą, żebyśmy wrócili, czy może liczą na to, że po prostu wygra najlepszy?
          Z każdym słowem czułem, jak wzbierają się we mnie coraz to nowsze uczucia, z którymi nie mogłem sobie poradzić. Deszcz lał z nieba niczym z cebra, a ciemność w oddali przeszywały gęsto pioruny. Nie było jeszcze późno, ale ciężkie chmury, jakie zebrały się nad naszymi głowami sprawiały, że wydawało się, że stanęliśmy tutaj w samym środku nocy.
        Trwaliśmy w tej ciszy, ale była to tylko cisza między nami. Natura bowiem wydawała się chcieć rozerwać wszystko dookoła nas na drobne strzępy. I może właśnie ta nienawistna niszcząca siła sprawiła, że postanowiłem odrobinę odpuścić. Podniosłem dłoń, ale ta zatrzymała się grzbietem blisko policzka kobiety. Nie, nie mogłem jej dotknąć. Zamiast tego ułożyłem ją na jej ramieniu. Była ciężka, a z palców spływały kropelki wody, które znikały na karku Aristov, przenikały pod płaszcz i szatę, spływały w dół, w kierunku jej pleców.
        — Ten diadem to relikt, który został uznany za zaginiony. — Kiedy się w ponownie odezwałem, w moim głosie słychać było chłodny, wykalkulowany profesjonalizm. Mówiłem w końcu o czymś, na czym znam się najlepiej. Magicznych antykach. Wartościowych talizmanach. Skupiłem się na swojej wiedzy, bo to było bezpieczne, a moja wiedza w tym temacie bardziej niż pokaźna. — Posiadał ogromną magiczną moc, którą przelała na niego sama Rowena Ravenclaw. Według legend potrafił zwiększyć inteligencję czarodzieja, który go nosił. Nie wiadomo, jaką klątwę i moc nałożyła na niego właścicielka, ale może być zastosowany na setki sposobów i nie należy się dziwić, że Czarny Pan pragnie go posiadać. Pomijam już fakt, że jest wart być może setki tysięcy galeonów. Nasz Pan raczej nie jest zainteresowany pieniędzmi, a raczej właściwościami, które ten relikt może obiecywać. — Zamyśliłem się na moment, wzrokiem teraz z jej oczu sięgając gdzieś za jej plecy, w dal, w ciemny las, który się tam rozciągał. — Nawet jeśli chce go mieć tylko jako ozdobę do salonu, musimy go zdobyć.
        Po tych kwaśnych słowach przymknąłem lekko powieki i deportowałem nas daleko stąd, w okolice, w których nigdy nie byłem, ale które zostały mi raz szczegółowo opisane. Do lasów w Albanii. Daleko od naszej ojczyzny.


https://zapodaj.net/images/222093d1bdf72.gif  https://zapodaj.net/images/c8950794c9a72.gif  https://zapodaj.net/images/418ca3a629b9d.gif

Offline

#9 05-04-2018 o 22h59

Straż Cienia
Charo
Żołnierz Straży
Charo
...
Wiadomości: 567

..............................................................https://fontmeme.com/permalink/180326/a91b48f6ab45e92bc7b745bc7b35d16f.png

  Jego słowa ją zabolały, przeszyły jej serce na wskroś niczym niewidzialne ostrze rozgrzane do czerwoności. Takiej odpowiedzi się nie spodziewała i choć czuła i widziała, że Avery był rozgniewany, to nie sądziła iż jest zdolny by aż tak ją odepchnąć. Zawsze byli tylko oni i reszta świata, wrogowie których należy zniszczyć, zrównać z ziemią. Pamiętała, jak nie raz bronił ją przed rodzicami, jak brał wine na siebie i dostawał razy za jej niepowodzenia lub niesubordynację. Wtedy byli tylko dziećmi, ale było w nich więcej odwagi niż teraz, brawury, a przede wszystkim, nie podążali ślepo za kimś, kto kazał nazywać siebie Czarnym Panem. Nie zmieniało to faktu, że oboje takie właśnie życie wybrali: Evans sam, natomiast Eva z małą zachętą jego rodziny. Kobieta nigdy nie narzekała, nigdy też nie pokazywała po sobie tego, że wcale nie chce stać u boku Lorda Voldemorta, ale nie spierała się, gdy zapewniano ją iż jest wyjątkowa i wybrana z tysięcy innych czarodziejów i to właśnie ona będzie miała zaszczy służyć najpotężniejszemu czarnoksiężnikowi na świecie. Była wdzięczna Evansom, że przygarnęli ją pod swój dach i zapewnili godziwe warunki dożycia, gdyż w Rosji nie miałaby takich możliwości i perspektyw. Tam wszystko było albo czarne albo białe. Nie było wyjątków, środków zapobiegawczych, czy drogi na skróty i gdyby nie Voldemort, to zapewne skończyłaby na ulicy prędzej czy później. Dlatego właśnie trwała przy nim, z wdzięczności i pokory której z każdym dniem było w niej coraz mniej. Nie chciała przyznać sama przed sobą, że był jeszcze jeden powód, prawdopodobnie najbardziej istotny. Mogła być blisko Averego.
  Kolejne słowa czarodzieja wprawiły ją w niemałą konsternację, do takiego stopnia że nawet mu na nie nie odpowiedziała. Gdzieś w głowie zapaliła się Evie mała lampka, jakby dopiero zdała sobie sprawę z powagi sytuacji i z tego, że mężczyzna miał rację. Lord Voldemort najwyraźniej był znudzony wiecznym siedzeniem w czterech ścianach i potrzebował rozrywki, a cóż jest bardziej przejmującego niżeli ludzka śmierć i niepowodzenie? Czyżby rzeczywiście jedno z nich miało wrócić na tarczy, a drugie z tarczą?
  Nagłe szarpnięcie otrząsnęło Aristov z zamyślenia i mimo że dotyk Averego palił ją niemal żywym ogniem, to lubiła to uczucie na wzór bólu. Krople deszczu z jego palców nadal powoli spływały wzdłuż jej kręgosłupa i znikały tuż pod dolnymi partiami bielizny. Przymknęła na moment oczy i wyobraziła sobie, że zamiast wody po jej ciele suną dłonie mężczyzny. Mimowolnie przygryzła dolną wargę pozwalając sobie na chwilę przyjemności, zapomnienia. Kiedy otworzyła wcześniej przymknięte oczy, ukazały się przed nią zielone knieje i zarośla.
   Albania. Niewielkie państwo leżące w południowej części Europy na półwyspie Bałkańskim. Słabo rozwinięty gospodarczo kraj cechowały przepiękne górskie widoki i śródziemnomorski klimat. Otoczona przez dwa morze: Adriatyckie i Jońskie, była bez wątpienia idealnym miejscem na kryjówkę, dlatego nie dziwiło Evy to, że młoda Ravenclaw zaszyła się akurat tutaj. Kraina Orłów przez wiele lat pozostawała w izolacji politycznej pod rządami Envera Hodży. Obecnie pamiątką po tych czasach są bunkry wkomponowane w krajobraz Albanii i monumentalne budowle projektu jego córki, Pranvery. Gdy była mała, jeszcze mieszkając w Rosji, ojciec opowiadał jej różne legendy, które wymyślali ludzie, aby tłumaczyć sobie rzeczy, których nie rozumieli. Jedna, którą najbardziej zapamiętała Aristov była o trzech dniach, które marcowi podarował luty.
   " Trzy siostry wybrały się na spacer po pobliskich równinach, a oczarowane ciepłymi promieniami słońca i przepięknymi widokami budzącej się do życia natury, zaczęły wyśpiewywać piosenki o Wiośnie, wychwalając ją w nich i przeklinając Zimę. Ta usłyszała ich pieśni i poprosiła Luty, by oddał swoje trzy, najmroźniejsze dni Marcowi, by dać nauczkę ludziom. Tak też się stało i wkrętce potem siostry zamarzły i zamieniły się w głazy. Wokół głazów powoli rozrastało się miasto Skrapar, gdzie do dziś dnia można podziwiać monumentalne kamienie, które są wyjaśnieniem na to, dlaczego Luty niekiedy jest krótszy i dlaczego ostatnie dni Marca nazywane są Dniami Strachu"
   - Powinniśmy najpierw poszukać jakiegoś miejsca do spania. Zapewne są tutaj gospody. Jestem zmęczona i muszę się odświeżyć, a poza tym, za chwilę całkiem się ściemni i nic nie znajdziemy - stwierdziła kobieta, odsuwając się od Averego, który stał tuż obok niej, jeszcze trzymając dłonie na jej ciele. Byli cali mokrzy przez deszcz w Anglii i oboje wyglądali też tak, jakby musieli się napić.
   - Na spokojnie obmyślimy plan i zabierzemy się za to rano. Musimy przeżyć i udowodnić wszystkim, że oboje zasługujemy na miejsce u boku Czarnego Pana. - dodała, posyłając mu lekki aczkolwiek zaczepny uśmiech, jakby właśnie rzuciła w stronę Evansa rękawice, kolejne wyzwanie.
Przeżyć - to ich misja.

Ostatnio zmieniony przez Charo (05-04-2018 o 22h59)


https://media.discordapp.net/attachments/389818644474888204/408989459556597762/c895a7e72c844f84130533a19f6ca7f8.gif

Offline

#10 10-04-2018 o 19h25

Straż Absyntu
Chocolate
Akolita Jednorożców
Chocolate
...
Wiadomości: 423

__________________https://zapodaj.net/images/5551fe4b388e0.png
        Nieprzyjemne szarpnięcie, które zawsze towarzyszyło teleportacji teraz było o tyle silniejsze, że musiałem przenieść nie tylko siebie, ale i dodatkową osobę. Dystans do pokonania był ogromny i nawet ja, jako osoba nieźle wykwalifikowana w tej sztuce, czułem, że to leżało blisko granic moich zdolności. Na szczęście kiedy moje wnętrzności – wcześniej zmiażdżone, a później rozciągnięte na długie tysiące kilometrów – wróciły na swoje miejsce i otworzyłem oczy, staliśmy u swojego celu. Cali i zdrowi, o czym nie zamierzałem zapomnieć się upewnić, zerkając w bok na swoją towarzyszkę i partnerkę do powierzonego nam zadania.
        Nie wiedziałem jeszcze, co stanie nam na drodze w tym dzikim, wydawałoby się opuszczonym kraju i naprzeciw jakim wyzwaniom przyjdzie nam stanąć. Z czym się zmierzymy, a ile z tego, kim jesteśmy pozostanie niezmienione? Pokręciłem powoli głową, wydychając powietrze ze świstem, a później wziąłem dłoń z ramienia Wiery, która leżała tam od czasu teleportacji.
        Przed nami szumiały wysokie plony, zboże szeleściło pod delikatnym dotykiem wiatru. Poza tym jednak otaczała nas sama dzika natura, a zmierzch zdążył powoli zapadać za wysokimi pagórkami na zachodzie. Kobieta odezwała się pierwsza, ale to ja wyciągnąłem różdżkę, machnąłem nią bez słowa, a nasze szaty stopniowo, od góry do dołu, powoli i jednostajnie zaczęły schnąć. W końcu zaklęcie wycisnęło ostatnią kroplę angielskiego deszczu z naszej odzieży, wtedy tego schowałem różdżkę i wszedłem na ścieżkę, którą już kroczyła Wiera.
        Zaklęć niewerbalnych nauczyłem się jeszcze w szkole, kiedy odkryłem, jak przydatna jest to umiejętność i co więcej, jak łatwo mi ona przychodzi. Teraz nieustannie ćwiczyłem ją na mniejszych i większych zaklęciach, starałem się wybadać granice swoich zdolności. Jak na razie nie trafiłem na barierę magiczną, która świadczyłaby o tym, że dane zaklęcie jest zbyt potężne, żeby wykonać je bez odpowiedniej inkantacji. Zaklęcia niewybaczalne, co oczywiste, wymagały od człowieka tak dużo, takiej mocy, zaangażowania i złości, chęci ich wypowiedzenia ciągnącej za język, że nie sposób było ich użyć bez słów. Nawet Czarny Pan posługiwał się nimi, a nie dane mi było poznać czarodzieja potężniejszego, niż on.
        — Jeśli to tylko możliwe, to chętnie poznam te twoje plany na ten temat — odpowiedziałem szczerze, zmierzając w górę pagórka. Szliśmy raczej na oślep, z nadzieją, że niedługo, na którymś rozdrożu ukaże się nam dom, w którym przyjmą nas w gościnę. Jak nie dobrą wolą i chęcią, to siłą, ale my tą noc prześpimy spokojnie, pod dachem, będziemy najedzeni i wypoczęci. — Najpierw jednak… Sprawy najwyższej potrzeby. Muszę się czegoś napić. Nie mogę myśleć, kiedy jestem tak zmęczony, jak teraz.
        Szliśmy długo, ale żadne z nas nie marudziło. Wylądowaliśmy w środku gęstego lasu, który otaczał rozległe pola uprawne, a skoro te tutaj były, to znaczyło, że prędzej czy później znajdziemy siedlisko ludzkie. Nie rozmawialiśmy zbyt wiele. Wymienione z konieczności zdania były raczej oschłe, a może to ja za bardzo skupiłem się na sobie, swoich myślach i planach. W końcu jednak, kiedy księżyc wyglądnął zza chmur, a czarne niebo się rozpogodziło i rozbłysnęło światłem setek milionów gwiazd, w oddali zauważyłem światło latarni ustawione na skrzyżowaniu dróg, a za nim ścieżkę prowadzącą do willi przypominającej zamek. Swoje lata świetności miała za sobą, ale w nich musiała być najpiękniejszym budynkiem, jaki dane mi było zobaczyć. Skierowaliśmy się do niej bez słowa, wymieniając jedynie porozumiewawcze spojrzenia. Ja skinąłem jedynie głową, jakby na potwierdzenie tego, że wiem, o czym myśli teraz Aristov. Zaskakujące, jak często nasze myśli nakładały się na siebie i tworzyły niemal odbicie lustrzane bardzo skomplikowanej mozaiki.
        Pokonaliśmy odległość do drzwi przez zaniedbany, rozległy frontowy ogród, za naszymi plecami rozległo się długie, złowrogie pohukiwanie sowy, kiedy stukałem misternie zdobioną kołatką w grube, drewniane drzwi. Minęło kilka długich minut wyczekującej ciszy.
        — W środku ktoś pali w kominku, więc gospodarze na pewno są w domu — rzuciłem, raczej bardziej sam do siebie, jakbym się chciał przekonać, że nie marnujemy tutaj czasu, ale wzrosła moja irytacja.
        W końcu jednak ciężkie skrzydło drzwi uchyliło się lekko, a za nimi stał starszy mężczyzna w znoszonym fraku. Służący. Wyśmienity zbieg okoliczności. Chociaż drzwi były zabezpieczone grubym stalowym łańcuchem tak, żeby nie dało się ich otworzyć szerzej niż na szerokość pięści, mi to nie przeszkadzało. Różdżkę miałem już przygotowaną w dłoni i uniosłem ją powoli, szepcząc zaklęcie, które miało opanować umysł tego biedaka na długi czas.
        — Wpuścisz nas do swojego domostwa i zaprowadzisz do pana tego domu, a kiedy my będziemy z nim rozmawiać, ty przygotujesz rozgrzewające napoje, obfitą kolację i zadbasz o to, żeby po posiłku w naszych pokojach czekały wygodne łóżka oraz ciepła kąpiel — poinstruowałem dokładnie, nachylając się w stronę drzwi tak, że twarz moją i jego dzieliła niewielka odległość. — Zrozumiano? Dobrze. A teraz otwórz te drzwi, człowieku, nie każ swoim gościom stać i czekać na progu — dodałem ostrzej, opuszczając różdżkę i odsuwając się o krok tak, żeby zrównać się z sylwetką mojej towarzyszki.
        Starszy mężczyzna o pomarszczonej twarzy przymknął drzwi, odsunął zasuwę, która je blokowała, a później przestąpił tak, żeby wpuścić nas do środka z zapraszającym gestem dłoni. Wszystko to z głupkowatym, nieco otępiałym wyrazem twarzy. Zaklęcie było mocne i na pewno dobrze zadziałało. Uśmiechnąłem się kącikiem ust do Wiery.
        — Panie przodem, moja najdroższa — rzuciłem zaczepnie, pozwalając jej wejść do środka jako pierwszej, a później przekroczyłem próg, a drzwi zatrzasnęły się za nami. — Widzi pan, jesteśmy w swojej drodze poślubnej i szukamy schronienia na tą jedną noc. Moja ukochana uwielbia przygody ekstremalne.
        To była dobra wymówka. Wiarygodna. Wpadłem na nią w ostatniej chwili.


https://zapodaj.net/images/222093d1bdf72.gif  https://zapodaj.net/images/c8950794c9a72.gif  https://zapodaj.net/images/418ca3a629b9d.gif

Offline

#11 12-04-2018 o 09h05

Straż Cienia
Charo
Żołnierz Straży
Charo
...
Wiadomości: 567

..................................................................https://fontmeme.com/permalink/180326/a91b48f6ab45e92bc7b745bc7b35d16f.png

  Droga przez mękę.
Tak można było określić pieszą wycieczkę dwojga czarodziejów, którzy ani trochę nie pałają do siebie sympatią, choć jeszcze nie tak dawno temu byli sobie całkiem bliscy. Gęsty las i brak jakichkolwiek oznak cywilizacji nie sprzyjał pojednaniu i przyjaznej atmosferze. Oboje byli mocno zirytowani, choć żadne z nich nie narzekało i to głównie dlatego, by nie pokazać drugiemu, że coś jest nie tak. Niewiadomym było, czy ich relacja kiedykolwiek się zmieni, ale teraz, dla dobra sprawy, musieli udawać. Udawać, że łączy ich coś więcej, że świata poza sobą nie widzą. Pomysł, który spontanicznie wysunął Avery był dobry, a wręcz idealny, jednak Eva nie zamierzała mu o tym mówić, a jedynie wczuć się w swoją rolę. Dlatego też przylgnęła do ramienia mężczyzny, uśmiechając się słodko do niego oraz do służącego, który otworzył im drzwi i za sprawą zaklęcia wpuścił do domu.
  Zabawa w zakochaną parę poza tym, że była idealną przykrywką, mogła też umilić im czas spędzony w Albanii. Kraina Orłów nie była ciekawym miejscem, więc poza sobą nawzajem raczej nie mieli żadnych innych rozrywek.
  - Mój misiaczek-pysiaczek wie, jak mnie zadowolić. Czyż nie jest kochany? - wymruczała czarownica, chichocząc perliście. Dobrze wiedziała, że Evans nie lubił takich kobiet, dlatego tym bardziej sprawiła jej przyjemność ta mała gierka. Musieli postępować dyskretnie, więc lepiej było nie rzucać się w oczy i udawać normalnych ludzi, którzy są w sobie szaleńczo zakochani, by wypaść wiarygodnie. Jeden mały błąd i cały plan i ich zadanie mogłoby się posypać, a za to bez wątpienia czekałaby ich śmierć.
   Posiadłość była ogromna, choć wewnątrz nie straszyła przepychem. Wszystko było urządzone raczej skromnie, acz z klasą i gustem, co bardzo podobało się czarownicy, która przepadała za minimalizmem. Idąc za lokajem, kobieta nieco mocniej chwyciła Averego, ufając mu na tyle, aby pozwolić, by to on przejął nad wszystkim kontrolę, przynajmniej do momentu aż zostaną sam na sam. Na korytarzu panował półmrok, gdyż jedynym źródłem światła były świece ustawione w kilku świecznikach pod ścianą, praktycznie wypalone. Niewielkie płomyczki tliły się ostatkami sił i widać był na pierwszy rzut oka, że lada chwila i wszędzie zapanuje ciemność. Aristov nie lubiła ciemności, dlatego nim weszli do salonu, w którym przebywali właściciele, nakazała mężczyźnie zmienić świece.
   Wszystko poszło gładko i sprawnie. Evans z gracją i finezją wyprosił dwoje starszych ludzi do przeciwległego skrzydła, za pomocą zaklęcia rzecz jasna. Lokajowi polecił przygotowanie i dla nich ciepłego kąta, by niczego im nie zabrakło. Mieli pozostać tam do czasu, aż on i jego narzeczona opuszczą dom. Kiedy właściciele wyszli z salonu, Eva podeszła do kominka, zrzuciła buty i klapnęła na miękki dywanik z futra niedźwiedzia, który spoczywał przed paleniskiem. Wystawiła stopy w stronę ognia i odchylając głowę w tył, westchnęła ciężko, z wielką ulgą. Jedną dłonią wyciągnęła z włosów szpile podtrzymującą kok, co spowodowało, że brązowe pukle rozsypały się po jej plecach tworząc mozaikę, w której igrały ogniste iskierki za sprawą blasku wydobywającego się z kominka.
  - Kochanie, bądź tam dobry i podaj mi drinka. - odezwała się do Evansa, który nadal kręcił się gdzieś za jej plecami. Czuła na sobie jego palące spojrzenie, rozgrzane bardziej niżeli drwa w ogniu. Nie wiedziała, jak to się działo, ale gdy wzrok Averego śledził jej osobę, czuła na ciele gęsią skórkę i był to znak, że mężczyzna ją obserwuje. Być może to działo się tylko w głowie Evy, ale i tak było całkiem przyjemne, dlatego właśnie lubiła, gdy na nią patrzył. Z premedytacją zsunęła wierzchnią część odzienia, którym była peleryna z kapturem i tym samym odsłoniła nagie ramiona, zaczesując na bok włosy. Przechyliła lekko głowę w bok i ukazała przed czarodziejem również kark. W różnych kulturach świata, kobiecy kark jest jedną z najbardziej pożądanych części ciała. Gdy na początku roku pojechała do Japonii z krótką wizytą z Ministerstwa, by sprawdzić, jak funkcjonują inne podobne organizacje, miała przyjemność spotkać Gejsze oraz zobaczyć na własne oczy, jak mężczyźni na nie reagują. Czy i na Averym zrobi to wrażenie?
  - Mam nadzieję, że mają tu jakieś mapy okolicznych puszczy, bo nie mam zamiaru przeczesywać lasu kawałek po kawałku. Rookwood jeszcze nie odnalazł diademu, gdyby tak było już byśmy o tym wiedzieli. Musiał natrafić na jakieś utrudnienia albo jest na tyle głupi, że nie umie czytać - dodała, oglądając się przez ramię na Evansa, który napełniał szklanki alkoholem stojącym na małym stoliczku. Karafka wykonana była z drogiego kamienia i przypominała wyglądem dzban, a nie naczynie służące do przechowywania mocniejszych trunków.
   Eva obserwowała, jak mężczyzna niesie w jej stronę szklaneczkę i miała nadzieję, że usiądzie obok niej, jednak nic takiego się nie stało. Zajął miejsce w fotelu. Cóż, nie można było powiedzieć, że to ją zaskoczyło, wręcz przeciwnie. Był zdystansowany, jakby bał się, że kiedy zbliży się do niej, to coś się zmieni, to stanie się coś złego i nieodwracalnego. Podświadomie Aristov na to właśnie liczyła, chciała aby dzieląca ich przepaść została nagle zasypana, by los dał im możliwość zbliżenia się do siebie.
Do jednych bowiem los się uśmiecha, z innych zaś się śmieje. Eva i Avery byli wyjątkowymi egzemplarzami, którzy na pozór są do siebie podobni, niemal tacy sami. Kiedy jednak się im przyjrzeć, dostrzec można diametralne różnice dzielące tą dwójkę. Byli, jak dwa ogary szarpiące mały kawałek mięsa, z którego każde z nich chce zdobyć najlepszy kąsek, uciekając się do różnych sposobów, niekiedy nawet raniących drugiego. Tak było lepiej, łatwiej.


https://media.discordapp.net/attachments/389818644474888204/408989459556597762/c895a7e72c844f84130533a19f6ca7f8.gif

Offline

#12 14-04-2018 o 18h39

Straż Absyntu
Chocolate
Akolita Jednorożców
Chocolate
...
Wiadomości: 423

__________________https://zapodaj.net/images/5551fe4b388e0.png
        Zmrużyłem oczy i było to jedyne, nieme ostrzeżenie przed tym, żeby kobieta nie próbowała przepychać granicy dalej, niż byłem w stanie tolerować. Durne słodzenie podchodziło pod kategorię rzeczy, które nie były konieczne mi miały mi tylko grać na nerwach. Oczywiście… Aristov wiedziała nie od dziś, którą strunę nacisnąć, żeby mnie zirytować i bardzo często używała tego narzędzia. Zły grymas na twarzy został na niej tylko kilka krótkich chwil, bo później zamienił się w uśmiech. Ten zaś był sztuczny, ale dla lokaja omamionego zaklęciem nie mógł być z pewnością bardziej prawdziwy i bardziej… Czuły. Na tyle tylko było mnie stać, a Wiera pogrywając sobie ze mną w ten sposób wcale nie ułatwiała mi zadania w teatralnym odegraniu tejże czułości.
        — Nie przekraczaj granicy, Aristov — mruknąłem cicho, nachylając się tuż obok jej szyi tak, żeby tylko ona mogła mnie usłyszeć. Obrzuciłem ją ostrzegawczym spojrzeniem z bliska, a później udałem się na pertraktacje – wyjątkowo owocne – z właścicielami posiadłości.
        Z pomocą magii wszystko było prostsze. Przestronny pokój był urządzony bez przepychu i zbędnych mebli, na szczęście przy przeciwległej ścianie znajdował się pokaźnych rozmiarów kamienny kominek, a w nim palił się w najlepsze ogień, który musiał być źródłem ciepła w całej ogromnej posesji. Czułem, że przeszywa mnie dreszcz chłodu, fizyczny i ciągnący aż do kości. Musiałem wcześniej dobrze przemarznąć. Obserwowałem czujnie, jak dwójka starszych ludzi wynosi się z pomieszczenia, które od teraz na czas nieokreślony miało być naszą rezydencją, a później, kiedy oni wyszli, przeciągnąłem się lekko naciągając sztywne ze zmęczenia mięśnie.
        Przeczesywanie Albanii w poszukiwaniu za diademem mogło przypominać szukanie igły w stogu siana. Potrzebowaliśmy planu, wskazówki, jakiejś organizacji. Czegokolwiek. Punktu zaczepienia, który poprowadziłby nas o krok bliżej do osiągnięcia celu, bez którego, co oboje z pewnością wiedzieliśmy, mogliśmy w ogóle do Anglii nie wracać. Co więcej, spodziewać się nagrody za nasze trumny.
        Zerknąłem na swoją towarzyszkę, która już zaczęła grzać miejsce przy kominku. To było krótkie, ale intensywne spojrzenie. Kawałek po kawałku obserwowałem, jak pozbywa się ubrań, a choć przysięgałem sobie, że to nie robi na mnie wrażenia, moje ciało reagowało zupełnie inaczej. Kiedy, do ciężkiej cholery, wyrosła z małej dziewczynki prawdziwa kobieta? Obszedłem przeciwną ścianę wzdłuż, zaklęciami sprawdzając, czy w tym budynku nie ma śladów cudzej magii. Na szczęście była to po prostu przeciętna rezydencja bogatych mugoli. Nic więcej.  Uniosłem jedną brew, słysząc prośbę kobiety. Mruknąłem pod nosem niewyszukane przekleństwo, którego pewnie nie usłyszała, ale mimo tego napełniłem szklanki trunkiem, który stał tutaj przygotowany i czekał na nas, a później sam zająłem miejsce przy ogniu. W bezpiecznej dla siebie odległości.
        Przez chwilę gapiłem się prosto na odsłonięte partie jej ciała i powtarzałem sobie, że widziałem je już setki razy. Później odwróciłem wzrok, zapadłem się głębiej w obszernym, miękkim fotelu i skupiłem się na wesoło trzaskającym ogniu. I planie. Musimy mieć plan. Powinieneś myśleć tylko o swojej misji, Evans.
        — Rookwood nie jest głupi, ale za to chciwy. Co dla nas jest podwójnym ciosem, jeśli sprawy źle się ułożą — przypomniałem na głos, zwracając się do Wiery, ale nie patrząc już na nią. Przysunąłem swoją szklankę do ust, a później upiłem łyk alkoholu. Wyborny. — Może pokusić się na zachowanie wszystkiego dla siebie, ale łatwo go nie odnajdziemy. Oczywiście, to tylko przypuszczenia… Sądzę, że możemy od razu zacząć od układania jakiegoś sensownego planu. Taka ładna noc – szkoda byłoby ją zmarnować na coś innego — dodałem uszczypliwie, na dosłownie kilka sekund przenosząc wzrok na profil Wiery, który odcinał się wyraźnie na tle jasnego kominka i ognia.
        Zaiste, noc była ładna. Ciemność rozgoniła chmury, a gdyby tylko któreś z nas zdecydowało się podejść do okna i odsunąć grube kotary, moglibyśmy dostrzec miliony gwiazd srebrzących się na granatowym nieboskłonie. Żadne z nas jednak nie dbało teraz o takie drobnostki, jak ładne widoki, bo oboje skupialiśmy myśli na czymś zupełnie innym.
        Zacisnąłem mocniej palce na grubej szklance, ponownie wypijając kilka łyków i orientując się, że w ten sposób trunek szybko zniknął bez mojej świadomości.
        — Nie chciałaś kiedyś wrócić do Rosji? — zapytałem niespodziewanie nawet dla samego siebie zmieniając temat. Owszem, jesteśmy swoimi przeciwnikami. Może właśnie dlatego lepiej teraz zejść z tematu taktyki, jaką będziemy musieli obrać. Może rozsądniej zatrzymać to dla siebie. Pokusiła mnie jednak możliwość, żeby pierwszy raz od wieków przeprowadzić prostą, szczerą rozmowę z ciemnowłosą kobietą. Zawsze w naszych słowach kryły się aluzje i ostrza, gotowe zaatakować znienacka. Teraz jednak moje intencje były proste. — Zobaczyć, czy nie ma tam czegoś dla ciebie, może poszukać jakichś krewnych… Nigdy nie mogę sobie wyobrazić, czy naprawdę traktujesz Anglię jak swój dom, czy może przyzwyczaiłaś się ją tak nazywać, bo wszyscy dookoła ciebie to robią.
        Zapatrzyłem się w błyszczące niezdrowym światłem płomienie. Tańczyły wokół drewna, takie piękne, takie ulotne i równie destrukcyjne. Gapiłem się przed siebie, a chociaż zwracałem się z tymi słowami do swojej towarzyszki, to mogło się wydawać, że zupełnie zapomniałem o jej obecności w tym pokoju. Byłem ja i dziecko, które kiedyś zmuszono dołączyć do mojej rodziny. I tyle. Żadnych obowiązków, żadnej konieczności, żadnej presji. Ja i wesołe wspomnienie naszego dzieciństwa.
        Oparłem ramię o szeroki podłokietnik fotela, ze szklanką trzymaną w kilku palcach za jej szczyt, wiszącą nad ciemną podłogą.


https://zapodaj.net/images/222093d1bdf72.gif  https://zapodaj.net/images/c8950794c9a72.gif  https://zapodaj.net/images/418ca3a629b9d.gif

Offline

#13 16-04-2018 o 20h38

Straż Cienia
Charo
Żołnierz Straży
Charo
...
Wiadomości: 567

................................................................https://fontmeme.com/permalink/180326/a91b48f6ab45e92bc7b745bc7b35d16f.png

  Pamiętała strzępki wydarzeń dawnego życia i choć usilnie starała się wpleść w nie odrobinę miłości, za każdym razem ponosiła klęskę. Wspominając rodziców czuła tylko chłód, bez względu na to, jak bardzo pragnęła przypomnieć sobie choćby cień troski, zrozumienia, obawy przed stratą ukochanej i jedynej córki. Była w ich rękach jedynie narzędziem pielęgnowanym od najmłodszych lat tylko po to, by służyć, aby zabijać wszystkich tych, którzy nie chcieli ulec woli Pana. Dzień, w którym trafiła do rodziny Evansów był najpiękniejszym dniem jej życia i pamiętać go będzie aż do końca, do ostatniego tchnienia, a gdy w końcu zamknie oczy, to pod powiekami zajaśni jej uśmiech Averego, chłopca z dziecięcych lat, który jako jedyny okazał jej szczere i niezmącone fałszem uczucia.
  Ciemne, długie włosy splecione w dwa warkocze opadały swobodnie na ramiona dziewczynki, która z przerażeniem obserwowała bogato zdobione ornamenty ogromnego kominka. Serce waliło jej z zawrotną szybkością, kiedy oczekiwała na pojawienie się swojej nowej rodziny będąc jeszcze w towarzystwie tymczasowego opiekuna, Lyosha, który w Rosji służył jej rodzicom, jako doradca. Gdyby nie on, losy dziecka mogłyby pozostać nieznane, a łupieżcy zapewne rozgrabiliby majątek. Wiera niecierpliwiła się coraz bardziej, a kiedy w końcu drzwi się otworzyły, mocniej chwyciła dłoń Lyosha, by poczuć się odrobinę pewniej. W jej stronę zmierzał ciemnowłosy mężczyzna z lekkim uśmiechem na ustach, który na pierwszy rzut oka wyglądał na sympatycznego i godnego zaufania. Wymienił kilka słów z doradcą w języku, którego nie rozumiała i kucnął przed nią, przeszywając ją parą błękitnych oczu.
  - Witaj, Wiero. Nazywam się Richard Evans. Bardzo się cieszę, że mogę cię w końcu poznać. Długo czekałem na nasze spotkanie - jego głos był melodyjny i niezwykle uspokajający. Dziewczynka zerknęła na Lyosha, który szybko przetłumaczył jej, co mówił nieznajomy. Zdołała jedynie odpowiedzieć skinieniem głowy, była zbyt przerażona, aby wydobyć z gardła jakiekolwiek słowa.
  - Za chwilę przedstawię ci moją rodzinę, a także od tej chwili i twoją. Czekają za drzwiami aż będziesz gotowa, by ich poznać - dodał, uśmiechając się lekko, a mim to gest ten sprawił, że w kącikach oczu pojawiły się delikatne zmarszczki. Urzekło to na tyle sierotę, że zdecydowała się dotknąć jego twarzy, co zaskoczyło nie tylko ją samą, ale i obecnych w salonie mężczyzn. Evans nie odsunął się, pozwalając swojej podopiecznej na ten drobny gest. Młoda Aristov przeniosła spojrzenie na Lyosha, a ten wiedział już, że nie ma na co czekać, że to ten moment by reszta rodziny do nich dołączyła.
   Pierwszy wbiegł chłopiec w pasiastych spodniach prasowanych na kant i w białej koszulce z kołnierzykiem wykończonym błękitną nicią. Przylgnął do nóg ojca, wpatrując się w intruza, który był o kilka centymetrów niższy od niego, z piegowatym, nieco zadartym nosem. Chwilę później w salonie zrobiło się tłoczno za sprawą kobiety o kasztanowych włosach i jeszcze trójki dzieci, nieco starszych niż Wiera. Najstarsza była jedyna dziewczyna spośród dzieci Evansów, Adeleine. Miano najsympatyczniejszego przypadło Jamesowi, a Seth był zbyt mały, aby Wiera brała go pod uwagę do czegokolwiek. Jeden z chłopców zbliżył się do niej, gdy już matka wyraziła swój podziw dla nowego członka rodziny, pochylił się nieco w stronę Aristov i ze słodkim uśmiechem pociągnął ją z całej siły za warkocz, aż kolana się pod nią ugięły. Dziewczynka niewiele myśląc i zapominając na moment o etykiecie, którą wpajano jej od zawsze, kopnęła chłopca w piszczel tak mocno, jak tylko potrafiła.
  - Avery! - usłyszała podniesiony głos pana Evansa, który nakazał synowi, by ten natychmiast przeprosił Wiere, która teraz gotowa była rzucić się na chłopca i gdyby Lyosha nie trzymał jej za rękę, to z pewnością tak właśnie by się stało. Wiedziała już, że nie wszyscy w rodzinie są do niej przychylnie nastawieni i mimo, że nie rozumiała ich dziwnego języka, to nie zamierzała pozwolić sobą pomiatać, ot co, ruski charakterek. Słowo przepraszam nigdy nie padło z ust Averego.
   - Ty jesteś moim domem, wszystkim, co jest mi drogie i ważne dla mnie. Nie potrzebuje Rosji, tylko ciebie - odezwała się cicho kobieta, nie odrywając nawet na chwilę wzroku od ognia. Trwała zwrócona w stronę paleniska przez dłuższy czas, wiedząc, że jej słowa zapewne zdziwiły mężczyznę. Nigdy nie potrafiła go okłamywać, a nawet nie chciała tego robić. Czekała cierpliwie aż mokre od łez policzki wyschną i dopiero później odwróciła się do Evansa, od razu zmieniając temat, nie chcąc dać mu czasu na wymyślenie ciętej riposty. Nie była na nią przygotowana. Sama nie wiedziała dlaczego wspomnienie sprzed tylu lat jest w stanie wyszarpnąć z niej takie emocje.
   - Skoro Rookwood ma mapę, to może poczekajmy aż on ubabrze się błotem i odnajdzie dziadem. Rozpuścimy wici o rzekomym kupcu, który sowicie zapłaci za artefakty związane z założycielami Hogwartu, a sam nam go dostarczy, licząc na wielki zysk - rzuciła luźną propozycję, mając nadzieję że Avery ją zaakceptuje. Bardzo, bardzo nie chciała zapuszczać się w albańską puszczę pełną dzikich zwierząt, gdzie wiatr hulał i świszczał złowieszczo, gdzie poza zwierzętami można było spotkać jeszcze przechadzającą się Śmierć.


https://media.discordapp.net/attachments/389818644474888204/408989459556597762/c895a7e72c844f84130533a19f6ca7f8.gif

Offline

#14 Dzisiaj o 12h03

Straż Absyntu
Chocolate
Akolita Jednorożców
Chocolate
...
Wiadomości: 423

__________________https://zapodaj.net/images/5551fe4b388e0.png

        W naszym nowym skrzydle było zupełnie pusto. Nie chrobotała nigdzie żadna mysz, po strychu nie biegały dzikie zwierzęta, a i mieszkańcy tego domu siedzieli jak myszy pod miotłą, być może bojąc się wydać jakikolwiek hałas. Zapewne za sprawą jednej czy dwóch gróźb, jakie przemyciłem w naszym krótkim spotkaniu. Podobało mi się manipulowanie ludźmi, grożenie im było czystą rozrywką, a zabijanie często koniecznością. Rozparłem się wygodnie, obejmując całym sobą ciszę, jaka zapadła teraz także między nami w przestronnym, starym i zadbanym pomieszczeniu. Nawet natura poszła nam obecnie na rękę, bo z zewnątrz nie docierały żadne dźwięki i był to przyjemny kontrast do hałasu deszczu uderzającego z mocą o szybę, jak w dworze Arkwrightów w Anglii. Na myśl o spotkaniu, które było odległe w przeszłości zaledwie kilka godzin, poczułem nieprzyjemny dreszcz obejmujący całe moje ciało.
        Milczenie mi nie przeszkadzało, a niecierpliwość, która teraz się we mnie rodziła była ukryta. Czasami miałem wrażenie, że jestem zbyt narwany, że nie potrafię się kontrolować, a Wiera była moim przeciwieństwem. Zawsze opanowana, zawsze niczym bryła grubego lodu. Teraz wystawiała mnie nieświadomie na próbę mojego charakteru, a ja nie zamierzałem jej nie przejść.
        O czym myślała? Czy wracała wspomnieniami do tego, co było w Rosji? Nie miałem pojęcia, gdzie się wychowała, rodzice nigdy nie pozwolili nam o tym rozmawiać, a ja słuchałem rodziców w takich kwestiach, gdyż naprawdę rzadką rzeczą było zabronienie mi czegoś. Nigdy nie pozwoliłem ciekawości wypłynąć… Nigdy, aż do teraz. I chciałem się dowiedzieć, dlaczego ją sprzedano niczym dobrego niewolnika, dlaczego powierzono naszej rodzinie. Patrzyłem na jej twarz, chcąc doszukać się jakiejś wskazówki, ale nic tam nie było.
        W końcu się odezwała i och… Co to były za słowa. Sprawiły, że uśpiona bestia zazwyczaj trzymana na stalowych łańcuchach szarpnęła się, wierzgnęła mocno, dopominając się o wolność. O wzięcie ją w objęcia, o wzięcie jej tutaj, na tej niedźwiedziej skórze w blasku kominka i cieple, bliskości ognia, który dodatkowo by nas rozgrzał. To była chwila, niekontrolowany moment, kiedy poderwałem się do przodu, przysiadając na krańcu fotela, a szklanka w tej samej chwili wypuszczona z uścisku moich palców uderzyła o podłogę i roztrzaskała się na setki kawałków w akompaniamencie głośnego hałasu. Nie odwróciłem nawet głowy w tamtym kierunku.
        Ale nie dała mi czasu na odpowiedź.
        Kontynuowała wcześniejszą rozmowę, jakby tamte słowa nie opuściły jej ust. I dobrze, że to zrobiła, bo pozwoliło mi nabrać nieco dystansu. Ochłonąć. Podniosłem się ze swojego miejsca i wyminąłem ją za jej plecami, a później nie wiedząc, co zrobić ze swoimi nogami skierowałem się do okna, na którym zasunięte były ciężkie zasłony.
        — Moglibyśmy nawet użyć do tego właścicieli tej willi — pokiwałem powoli głową, patrząc przez grube szyby na spokojny krajobraz.
        Było ciemno, ale nikły blask księżyca oświetlał ogród i drogę, która pięła się na pagórek daleko za posiadłością. Tam, na tym pagórku dostrzegłem migoczące światła i zrozumiałem, że to musi być jakaś osada albo wioska, w której żyją ludzie. Bogate małżeństwo wolało trzymać swoją posiadłość na uboczu. Pozwoliłem moim myślom dryfować, na długo zatapiając się w milczeniu. Nie zauważyłem nawet, kiedy Wiera pojawiła się obok mnie, poruszając się praktycznie bezszelestnie. Drgnąłem, czując jej obecność tuż obok swojego ramienia.
        — Nie zakradaj się do mnie — zniżyłem głos do szeptu, wciskając spojrzenie pod materiał jej szaty na ramionach, na szyję skrytą za włosami. — Mógłbym ci zrobić krzywdę, nie wiedząc, że to ty — dodałem miękko. Jej wcześniejsze wyznanie sprawiło, że poczułem przypływ silnego sentymentu. I czegoś jeszcze. Odchrząknąłem cicho, a później przeniosłem wzrok na migoczące punkty, które były bez wątpienia latarniami olejnymi. — Będziemy się musieli przygotować na starcie. Nie odda bez walki ani mapy, ani tym bardziej już diademu. Wie, że jeśli go wykryjemy, to będzie oznaczało, że jest martwy, więc będzie dodatkowo ostrożny. Możemy polegać na reputacji właścicieli tej posiadłości, ale najpierw sprawdzimy w wiosce, jakie wrażenie mają o nich ludzie, a później będziemy musieli to dobrze ugrać, tak, żeby mugole pragnący magicznego artefaktu nie wzbudzali podejrzeń.
        Zamilknąłem, w głowie formując dalsze części planu. Wydawał się dobry. Przybliżał nas do końca misji, ale nie potrafiłem zlokalizować w sobie źródła… Smutku. Byłem smutny, nie potrafiąc odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego.
          — Musimy być czujni i… — znowu przeniosłem na nią wzrok, na krótki ułamek sekundy był pełen troski. Dopiero chwilę później ponownie stał się chłodny, wręcz obojętny. Przestraszyło mnie to, że mogła zobaczyć we mnie ponownie zbyt wiele, zbyt łatwo mnie odczytać. — Uważaj na siebie. Nie byłoby nas tu obojga, gdyby to zdanie nie było śmiertelnie niebezpieczne. Rookwood jest szaleńcem, na tyle głupim, żeby sądzić, że może oszukać naszego Pana.
        Zadarłem nieco głowę, teraz już nawet nie udając, że nadal interesuje mnie widok za oknem. Teraz patrzyłem prosto na swoją towarzyszkę, a wyraz mojej twarzy pozostawał teraz bardziej nieodgadniony.


https://zapodaj.net/images/222093d1bdf72.gif  https://zapodaj.net/images/c8950794c9a72.gif  https://zapodaj.net/images/418ca3a629b9d.gif

Offline

#15 Dzisiaj o 17h00

Straż Cienia
Charo
Żołnierz Straży
Charo
...
Wiadomości: 567

..............................................................https://fontmeme.com/permalink/180326/a91b48f6ab45e92bc7b745bc7b35d16f.png

  Gdy szklanka uderzyła o podłogę i roztrzaskała się w drobny mak, czarownica nawet nie zwróciła na to uwagi. Spoglądała wprost na Averego, w którego oczach przez ułamek sekundy zobaczyła dzikość i pożądanie. Co miał zamiar zrobić? Eva czekała niecierpliwie, ale nic się nie stało, absolutnie nic. Miała nadzieję, że coś się między nimi zmieni, że jej wyznanie uruchomi czarodzieja i sprawi, że porzuci on wszelkie hamulce. Nie raz i nie dwa wyobrażała sobie, jak skrywane głęboko uczucia w końcu wygrzebują się na powierzchnię, jak dłonie mężczyzny suną po jej ciele, jak zaciskają się na szyi, a jego gorące usta przemierzają niespiesznie po każdym fragmencie jej skóry. W głowie krążyła ciągle myśl, że żadne z nich nie zasługuje na to, by kochać i być kochanym, że wyrządzili zbyt wiele złego, aby wiedzieć, co to miłość. Dwie bestie, który odpychały się, a później próbowały znaleźć drogę do siebie, za wszelką cenę i bez względu ile ofiar to pochłonie.
  Aristov zbliżyła się do Evansa, gdy ten podszedł do okna i uważnie go słuchała, uśmiechając się od czasu, do czasu pod nosem, ledwo dostrzegalnie. Najwyraźniej jednak coś się zmieniło, bo czarodziej okazał jej troskę, co miło ją zaskoczyło. Nie mogła jednak pozwolić sobie na opuszczenie gardy, dać mu możliwość do przejęcia pałeczki, bo jeśli to się stanie, to przepadnie raz na zawsze. Kontrola była tym, czego Eva potrzebowała i co dawało jej pewność, że między nią, a mężczyzną do niczego nie dojdzie. To źle by się skończyło dla obojga stron, bo powszechnie wiadomo, że interesy nie idą w parze z uczuciami, tym bardziej, że bądź co bądź, byli rywalami. Każde z nich próbowało zyskać przychylność Czarnego Pana i tym samym stać się numerem jeden.
  - Rano pójdę do miasta i wszystko dokładnie sprawdzę, popytam dyskretnie ludzi, czy orientują się w sytuacji. Może ktoś coś widział albo słyszał. Mugolaki lubią plotki- powiedziała, robiąc krok w tył z zamiarem opuszczenia salonu. Musiała wypocząć, odświeżyć się i zjeść coś porządnego, bo teleportacja na taką dużą odległość wykończyła ją fizycznie, choć ona była tylko pasażerem. Avery oberwał najbardziej, jednak ból nosił z klasą i nie dał nic po sobie poznać.
  - Nie martw się o mnie, wiesz przecież, że potrafię o siebie zadbać - dodała, puszczając mężczyźnie oczko. Dobrze wiedziała, że jej nie posłucha, bo i ona czuła wewnętrzny niepokój o niego za każdym razem, gdy coś ich rozdzielało, do czego nigdy się nie przyzna. Jak na jeden wieczór i tak powiedziała zbyt wiele, co utwierdziło zapewne Evansa w tym, że nie jest jej objęty.
  Kobieta odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę wyjścia, wpadając w ułamku sekundy na iście diabelski pomysł. Lubiła droczyć się z Averym i wiedziała, że i on przepada za dogryzaniem jej. A gdy tak podnieść poprzeczkę nieco wyżej? Nie zastanawiając się dłużej, zsunęła z ramion suknie, która opadła swobodnie niedaleko kominka i nie odwracając się w stronę mężczyzny, kontynuowała spacer do drzwi, dając mu idealny wgląd na swoje ciało okryte jedynie koronkową bielizną. Chciała, by Avery tej nocy myślał tylko o niej, by nie mógł zasnąć, aby walczył z chęcią odwiedzenia jej sypialni. Zerknęła za siebie, żeby spojrzeć na niego po raz ostatni, a jej usta wykrzywiły się w zaczepnym uśmiechu.
  - Dobrej nocy - szepnęła, wiedząc że cisza panująca w posiadłości sprawi iż usłyszy jej głos bez problemu. Zniknęła zaraz z zasięgu wzroku mężczyzny i udała się z walącym sercem na piętro, gdzie jak się domyślała, mieściły się sypialnie. Na schodach natknęła się na służącego, który powiadomił ją, że kąpiel jest już gotowa i wskazał odpowiednie drzwi, natomiast oka poprosiła go o dostarczenie kolacji do pokoju.
  Gdy wsunęła się w przyjemnie ciepłą wodę, pozwoliła również zamoczyć się włosom, które unosiły się na powierzchni niczym wodorosty. Oparła głowę o krawędź wanny i westchnęła głośno, dostrzegając na swoim ciele ślady po miłym spotkaniu z Naginii. Cholerny wąż, gdyby tylko mogła, to pozbyłaby się go od razu. Prawdopodobnie nigdy nie polubi gadów, nawet gdyby jej za to zapłacono. A czy ona sama nie była obślizgłą żmiją?

Ostatnio zmieniony przez Charo (Dzisiaj o 17h00)


https://media.discordapp.net/attachments/389818644474888204/408989459556597762/c895a7e72c844f84130533a19f6ca7f8.gif

Offline

Strony : 1