Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1 2 3 4

#51 04-06-2018 o 21h42

Straż Cienia
Methrylis
Przyjaciółka Jamona
Methrylis
...
Wiadomości: 15 210

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Ech zazdroszczę ci pisania na zapas. Też bym tak chciała. Wtedy może dodawałabym odcinki nie co miesiąc, a co trzy tygodnie. /static/img/forum/smilies/neutral.png

O kurde, chciałabym zobaczyć tak przystojnego orka /static/img/forum/smilies/yikes.png

„Naga potrafią oddychać” — w sumie to czemu tego nie odmieniłaś? Język polski już tak ma, że odmienia wszystko co się da, zwłaszcza jak ma na końcu samogłoskę.

„Niestety zwykle mówiła prosto z mostu, co myśli” — wszystkie podobieństwa do Liwki będę nazywać syndromem Liwki i będę się tego czepiać, bądź na to gotowa xd Bo nadal nie mogę ścierpieć, że PÓKI CO [wiem, to dopiero początek] one są okropnie do siebie podobne.

Kurde. Dopiero teraz zauważyłam, że mam dwa odcinki w plecy. Ech, naprawdę kiepsko u mnie ostatnio z czasem. /static/img/forum/smilies/hmm.png

„Co mnie dopadnie oraz raz jak ja wrócę do domu” — nie rozumiem tego zdania. Gdzie jakieś znaki i skąd tu to „raz”?

Ojeju, to jest taka typowa Ykhar, świetnie ją tutaj ukazałaś, mimo że zwykle wyobrażałam ją sobie jako łagodnego, choć roztrzepanego zajączka ;] Poza tym z jedzeniem mam podobnie jak Eryka xd Może nie jem aż tyle co ona, ale nigdy niczego sobie nie odmawiam, a chudnę /static/img/forum/smilies/hmm.png I wcale mnie to nie cieszy, bo przez to nie mogę oddawać krwi. Bo za mało ważę. Ech. No ale przynajmniej jem tyle i ile chcę, więc tu rozumiem Erykę xd

Cóż, każesz czekać na akcję, to na nią chętnie poczekam. Między innymi po to, by przekonać się, że Eryka to nie Liwka. Serio, po pierwszych odcinkach to dla mnie bardzo ważne.

No dobra, tyle ode mnie. Czekam na resztę i pozdrawiam ^^

Offline

#52 08-06-2018 o 17h11

Straż Cienia
Le0kadia
Straż na szkoleniu
Le0kadia
...
Wiadomości: 218

@Methrylis - akurat mówienie prosto z mostu, co myśli RÓŻNI Erykę od Liwii, która nie tyle mówi co myśli (bądźmy szczerzy: gdyby to robiła dawno zostałaby zabita łopatą), tylko jest bezczelna w stopniu na który wie, że może sobie pozwolić. Eryka ma natomiast problemy z nadmierną szczerością. I nie tylko. Zresztą odśwież sobie, co Liwja kombinowała w okolicach mniej-więcej swojego testu na faery.
          Te "raz" w dziwnym zdaniu to zezwłok po zdublowanym "oraz". Nie usunęło mi się i jakoś przeoczyłam.
          Ykhar ma być taka jak w growym, bibliotecznym opisie + małe bonusy.
          Jesteś obiektem mojej zawiści - całe życie ważę za dużo, chyba, że się głodzę /static/img/forum/smilies/sad.png (trzeba będzie znowu zacząć, anoreksja to dla mnie jedyne wyjście xD) A teraz jest najgorzej bo matulę wzięło na kupowanie owoców jak dla pułku wojska a od nich TEŻ się tyje. I to bardzo - dużo cukru. Inna rzecz, żee też prawie całe dorosłe życie mam anemię (w dzieciństwie znów czerwonych krwinek miałam na górnej granicy xD - teraz na odwrót) i też nie mogę oddawać krwi. inna rzecz, że nawet gdybym mogła i tak bym tego nie robiła, chyba że miałabym ogromnego smaka na czekoladę => mizantropia bardzo.
          Eryka to nie Liwia. Ich zachowania na pierwszy rzut oka mogą wydać się podobne, ale to powierzchowne. Różnicę powinnaś widzieć już teraz => Eryka do faery podchodzi jak zalękniony, ale machający ogonkiem szczeniaczek (z małym wyjątkiem na Miiko, ale na chwilę obecną to zrozumiałe - kitsune nie punktuje, tylko zbiera karniaki dla przeciwnej drużyny), a nieufna Liwia z miejsca miała ich za potencjalnych wrogów i patrzyła (oraz nadal patrzy) na nich z góry.

@Laique - dramatycznych momentów czy będzie sporo.. No na razie moćna tak powiedzieć, chociaż niekoniecznie. Głównie dlatego, że będą się działy... No dobra, nie będę spamować. Ale naprawdę miło mi, że widzisz różnicę między moimi postaciami.


IV Pierwsze Kroki (cz. 4)

          Kiedy wstępnie przetrawili posiłek, nadeszła pora na zwiedzanie terenów zewnętrznych Kwatery Głównej, a jak siły  i czas pozwolą to również całej cytadeli. Jeżyli chodzi o siły, to akurat swoich Eryka była pewna. Wręcz nosiło ją od ich nadmiaru. Przez około dwa tygodnie siedziała zamknięta w sali szpitalnej, a była osobą z natury aktywną. Jedną z tych, które wychodzą na spacery nawet wtedy, kiedy pada i nawet najgorsza nawałnica nie przeszkodzi im w udaniu się na wycieczkę rowerową, jeżeli na wycieczkę postanowiły pojechać. Dlatego, gdy Kero obwieścił, że wychodzą, cieszyła się z perspektywy spaceru jak wesoły psiak.
          Wychodząc na zalany słonecznym blaskiem główny plac przed KG, miała ochotę podskoczyć z radości. Niby na jej głowę zwaliło się tyle strasznych problemów, ale wreszcie mogąc odetchnąć świeżym powietrzem, myślała tylko o tym. Rozkoszny dotyk letniego wiatru na twarzy, ciepło słońca na skórze, ptasie trele, szum drzew, gwar tłumu. Coś cudownego. Aż miała ochotę wskoczyć w rolki i poszusować przed siebie. Oczywiście gdyby tylko rolki miała.
          - Wyglądasz na szczęśliwą – mruknął Kero. Sprawiał wrażenie zadowolonego z jej reakcji. Wyraźnie był jedną z tych silnie empatycznych osób, którym jest dobrze, gdy innym jest dobrze. W sumie wyglądał na kogoś takiego.
          - Bo jestem szczęśliwa – wyszczerzyła się w szerokim uśmiechu. – Naprawdę miło wyjść wreszcie na zewnątrz… Myślałam, że skisnę w tych murach.
          Z tego co Eryka orientowała się to całe miasto Eel miało strukturę nieco podobną do matrioszki. Z zewnątrz otaczały je wysokie mury miejskie, w głębi, na swoistym pagórze znajdowała się obwarowana kolejnym kręgiem murów cytadela, a wewnątrz niej Kwatera Główna i kolejne mury. Miało to uchronić Kryształ Poświęcenia przed zakusami szeroko pojętych „tych złych”, jednak jak pokazywały wydarzenia sprzed dwóch lat, wysokie ściany niezbyt spełniały swe zadanie.
          Jednak to nie mury obchodziły teraz Erykę, a szeroko pojęte otoczenie. Tereny wewnętrzne Kwatery Głównej składały się głównie ze skwerów, parków i rabat. Rosło tam ogromne, przypominające dorodną wiśnię drzewo, biegł też niewielki, schodzący do podziemi strumień, który przyozdobiono wydającymi słodkie dźwięki fontannami ze starych instrumentów. W centralnym miejscu postawiono przestronną altanę, od której, w stronę wielkiej, dwuskrzydłowej i bardzo zdobnej bramy ciągnęła się szeroka, poprzecinana dekoracyjnymi łukami droga. Oczywiście przestrzenie rekreacyjne to nie wszystko. W bezpośrednim sąsiedztwie budynku Kwatery Głównej ulokowano wielkie place ćwiczebne, zewnętrzny spichlerz oraz ogromny budynek, z którego dobiegały zwierzęce pokrzykiwania – bestiarium, gdzie trzymano chowańce. Jednak najciekawszym punktem, przynajmniej w opinii Eryki, był niewielki placyk otoczony czterema sklepami i paroma straganami, gdzie kręciło się mnóstwo faery, nie tylko strażników. Tam też zaprowadził ją Kero na koniec wycieczki.
          - To coś w rodzaju naszego wewnętrznego placu targowego – wyjaśnił. – Handlarze purrekos, zwierzokształtni faery, takie jakby humanoidalnych koty, od lat wspierają Straż i Miasto Eel. W szczególności Straż. Ich przyjaźń jest bardzo ważna i w sporej mierze zależymy od nich, dlatego też pozwalamy im mieć sklepy i stragany wewnątrz murów Kwatery. Za swe usługi wymagają od nas pomocy i ochrony… Czasem nieco wykorzystują naszą przyjaźń, jednak trzeba przyznać, że ich usługi są tego warte. Mają dostęp do najlepszych materiałów, ich towary są świetnej jakości, potrafią niemal wszystko załatwić i są naprawdę utalentowani. Tymi swoimi zręcznymi paluszkami potrafią skonstruować niemal wszystko, dlatego, jeżeli potrzeba nam czegoś nietypowego prosimy ich. No i mają swoich ludzi wszędzie, we wielu miastach, dzięki czemu plotki z regionu docierają do nas w ekspresowym tempie. No i aby wyskoczyć do sklepu nie musimy iść na miasto, tylko mamy sklepy pod nosem.
          Eryka rozglądała się wokoło ciekawie, aż jej wzrok padł na wyłaniającą się zza kontuaru jednego ze straganów postać. Rzeczywiście można było ją opisać jako humanoidalnego kota, ale do dziewczyny lepiej trafiał opis „kot w butach”, tyle  że bez butów. Bo też sięgający jej pasa, rudy kocur o dwukolorowych oczach – jednym niebieskim, drugim fioletowym – jak wypisz wymaluj przypominał tę bajkową postać. Wbity w elegancki męski kubrak, sięgające kolan, ściągane spodnie i swego rodzaju wysokie, prawie-buty odsłaniające kocie paluszki przypominał niezwykle realistyczną, puchata zabawkę. Zabawkę, której niemal nie sposób nie utulić.
          Za najbardziej urocze, najśliczniejsze i w ogóle „naj” zwierzątka na świecie uważała żaby, jednak lubiła też i inne stworzenia, w tym te urocze i puchate. Kaczątka. Szczeniaczki. Króliczki. No i rzecz jasna koty. Głęboko ukorzeniona natura szurniętej wielbicielki zwierząt, popychała ją do tego, aby niezwłocznie podbiec do zwierzokształtnego faery, wziąć go na kolana i wyściskać, ignorując możliwość skandalu i gwałtownej amputacji powiek wielkimi, kocimi pazurami.
          - Coś się stało? – zapytał Kero, widząc toczącą się na jej twarzy wojnę.
          - E… Tylko to, że do tej pory widywałam postaci takie jak purrekos jedynie w drogich sklepach z zabawkami. Zrobione z pluszu, których jedynym przeznaczeniem było bycie obiektami do tulenia i uwielbiania. No i teraz walczę z przemożnym, ale niezwykle silnym odruchem utulania tego tu…
          Uszy rudego kocura zastrzygły, a spojrzenie jego różnobarwnych oczu popłynęło nad głowami tłumu wprost do niej. Zdrętwiała, a coś ścisnęło ją w żołądku. No tak, w końcu mogła się spodziewać, że purrekos, tak jak koty, mają wyjątkowo wrażliwy słuch. Tak samo mogła spodziewać się pełnego wyższości, taksującego spojrzenia w jakich koty specjalizowały się.
          - Za tulenie to raczej podziękuję – mruknął rudzielec. Jego głos był nieco rozedrgany i , jako że nie sposób znaleźć lepszego określenia, „miaukliwy”. – Zaznaczam też, że przeprowadzenie takiego wbrew mojej woli może zakończyć się dość… Boleśnie. – Tu wyciągnął ostrzegawczo pazury. Naprawdę długie i wyglądające na piekielnie ostre.
          - Zdaję sobie z tego sprawę i dlatego jakoś powstrzymuję się… – wybąkała,  mimo zmieszania, które rozlało się na jej policzkach uroczym rumieńcem. – Z ogromnym trudem, bo w jesteś po prostu przeuroczy i prześliczny.
          Po  twarzy czy też pyszczku handlarza powoli rozlał się szeroki, bardzo zadowolony uśmiech, a jego długi, pręgowany ogon uderzył w ziemię w wyrazie aprobaty.
- Pochlebstwa nic ci nie dadzą obca istoto… Aczkolwiek muszę przyznać, że potrafisz docenić piękno, kiedy je zobaczysz.
Kero zachichotał pod nosem, a ten i ów spośród słuchających wymiany zdań, posłał Eryce rozbawione spojrzenie. Zareagowała na to, jak zawsze w podobnych sytuacjach, szerokim, zakłopotanym uśmiechem, bo też podobne sytuacje przytrafiały się jej dość często. Przez swoją bezpośredniość i nie zawsze dobre wyczucie czasu była specjalistką od mniejszych i większych gaf.
          Razem z jednorożcem ruszyła pomiędzy stragany i sklepy, oglądając wystawione towary, przy czym najbardziej przyciągały ją te pierwsze. Zwykle na targowych stoiskach można było znaleźć niemal wszystko i niewielki plac targowy purrekos nie stanowił wyjątku w tej kwestii. Barwna biżuteria, fatałaszki, rozmaite bibeloty oraz trudne do zidentyfikowania miejscowe dziwności zaabsorbowały jej uwagę tak, że nie zauważyła nawet, że Kero odszedł na chwilę zrobić małe zakupy. Kiedy wreszcie oderwała wzrok od wystawionych przedmiotów, ten ponownie stał obok  z niemałą torbą przewieszoną przez ramię.
          Po targu przyszedł czas na wyjście za mury Kwatery i rozejrzenie się po cytadeli. Ta, ku rozczarowaniu Eryki, nie prezentowała się nazbyt interesująco. Budowały ją, prócz solidnych murów oraz innych struktur obronnych, różnorakie magazyn, spichlerze, schrony dla ludności cywilnej i bruk. Bardzo dużo nudnego, piaskowo żółtego bruku. Jednym słowem architektura użytkowa, do tego nie tak elegancka jak w Kwaterze Głównej, tylko o wiele bardziej praktyczna, nasuwająca na myśl średniowieczne warownie. Jednak i tutaj znalazł się niewielki, cieszący oko klejnocik w postaci tworzących swego rodzaju niewielką wioskę kilkunastu niewielkich, ale ładniutkich domków otoczonych murawą i paroma anemicznymi drzewkami.
          - Wioska w cytadeli? – Eryka uniosła brwi. – Trochę to, no… Sprzeczne z ideą cytadeli, prawda? O ile pamiętam, to cytadela to taki ogromny, obronny schron dla mieszczan, taki jakby zamek wewnątrz miasta. No a skoro i normalnie mieszkają tutaj lu… Znaczy faery, to takie to trochę nie do końca przemyślane, prawda? Zmniejsza ilość dostępnego miejsca i… Znaczy… No i takie tam..
          - Tak, poniekąd masz rację, ale jest przyczyna, dla której tu są. – Kero ciężko westchnął spoglądając na niewielkie domeczki. – Otóż Straż Eel od dawien dawna daje schronienie rozbitkom życiowym, niewinnym, których pokarał los. Głównie rodzinom z dziećmi. Część z nich, mimo udzielonej pomocy, nie może od razu wrócić do normalności i potrzebuje chwili, żeby złapać oddech. Po to właśnie te domy. To tak zwane Schronisko Eel. Tutaj ci, którzy przeżyli dramat, mogą wrócić do równowagi, nim ponownie zmierzą się z codziennością. Zanim rozbito Kryształ, domy najczęściej stały puste, czasem zdarzyło się że w jednym czy dwóch ktoś mieszkał, ale teraz niestety mamy komplet. Tutaj ich tymczasowi mieszkańcy mogą uporać się z najgorszymi demonami, a gdy się to stanie, Straż szuka im domu gdzieś w mieście lub okolicznych wioskach. Pomaga z nowym startem.
          - Pomoc humanitarna?
          - Tak, chociaż muszę przyznać, że nie tak zupełnie bezinteresowna. Mieszkańcy schroniska, znaczy ci, którzy są wstanie, w zamian za schronienie i opiekę, pracują dla nas, wykonując wraz z nowymi rekrutami różne drobne prace, jak sprzątanie, pranie i tak dalej. Jest to z korzyścią dla wszystkich. Mieszkańcy Schroniska mogą ponownie nawyknąć do codziennych prac i obowiązków, pobyć pomiędzy innymi faery, a my możemy przekierować swoich ludzi tam, gdzie są bardziej potrzebni.
          - Dobrze pomyślane – stwierdziła, jednocześnie powtarzając w myślach dobrze znaną maksymę „w życiu nie ma nic za darmo”. Bez ironii. Życie wielokrotnie nauczyło ją, że praktycznie na wszystko trzeba w jakiś sposób zapracować, dlatego uważała to, co Straż robiła w schronisku, za naprawdę dobrze zaplanowane. Pozwalali życiowym rozbitkom wrócić do normalności i poczuć się potrzebnymi, co miało niemałe znaczenie. W końcu nie wszyscy lubią dostawać jałmużnę.
          Zwiedzanie cytadeli, chociaż nieszczególnie ekscytujące, przynajmniej nie dla Eryki, pochłonęło naprawdę sporo czasu. Głównie ze względu na duży obszar, ale też dlatego, że stanowiła dość ciekawy obiekt historyczny, a Kero naprawdę znał się na historii, szczególnie tej związanej ze Strażą. Wykorzystał to snując wiele intrygujących opowieści o zdradach, podstępach i wielkich bitwach. Wszystkie brzmiały jak fragmenty fantastycznych powieści, a to, że wydarzyły się naprawdę tylko dodawało im niesamowitości. Eryka chłonęła każde słowo jak gąbka. Jednorożec miał naprawdę niesamowity talent narratorski, o który go nie podejrzewała. Wyglądał raczej na nudziarza, takiego który opowiada monotonnym głosem, jest przekrzykiwany, a jego wykłady nużą wszystkich. Kolejny dowód, że nie należy sądzić książki po okładce.
          Kiedy wracali do Kwatery Głównej, słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Eryka liczyła, że zajdą prosto do stołówki, gdzie będzie mogła podładować baterie napychając się kaloriami w ilościach hurtowych. Niestety zamiast tego Kero poprowadził ją ku kwaterom mieszkalnym.
          - A tak właściwie, to gdzie idziemy? – zapytała jednorożca, wdrapując się po białych, tworzących łuk schodach. – Do ciebie na herbatkę i ciasteczka? Jeżeli tak, po ciasteczkach nawet ślad nie zostanie, zdajesz sobie z tego sprawę, prawda? A i herbatkę piję hektolitrami.
          - Nie, nie do mnie. A jeżeli usiłujesz się wprosić, to nie licz na to. Mam u siebie potworny bałagan. Nawet łóżka nie pościeliłem.
          Erykę kusiło, żeby powiedzieć, że to nie problem, bo zwykle niepościelone łóżko u znajomych traktuje jako zaproszenie, żeby do niego wskoczyć, jednak się powstrzymała. Biedny Kero pewnie wziąłby jej słowa za niemoralną sugestię i z miejsca spłonął rumieńcem. W domu stanowiłoby to dla niej okazję do dobrego, przyjacielskiego nabijania się, ale czuła, że z jednorożca nabijają się aż nazbyt często i że ten ma potworne problemy z wychodzeniem z zażenowania. Dokuczanie komuś, komu dokuczanie sprawiało przykrość, nie było zabawne. Przy najmniej nie dla niej i – jak uważała – nie dla nikogo normalnego.
          - Dobrze, skoro uważasz, że widok rozkopanej pościeli może być dla mnie przerażający, to gdzie idziemy?
          - Do ciebie, sprawdzić, jak idą prace remontowe twojego pokoju. – Uśmiechnął się. – Przypuszczam, że po tylu dniach siedzenia w szpitalnej sali, będzie miło zobaczyć, że masz miejsce tylko dla siebie, takie naprawdę, tylko jeszcze nie do końca gotowe. No i chłopaki wspominali, że chcieliby cię zobaczyć.
          Eryka już miała miejsce tylko dla siebie. Rzecz w tym, że było gdzieś-tam, za barierą wymiarów na Ziemi. Jej kolorowy pokoik ze zasłonkami i pościelą w żabki. Puszysty dywanik z baraniej skóry, lampka nocna w kształcie kolejowej lampy naftowej i artystyczny żyrandol z różnobarwnych, pociętych butelek. Tęskniła za tym wszystkim. Za tymi niby nieistotnymi przedmiotami, które sprawiały, że budząc się co rano, czuła się bezpieczna. U siebie.

Online

#53 08-06-2018 o 20h58

Straż Obsydianu
Laique
Szeregowiec
Laique
...
Wiadomości: 86

Jestem ciekawa pokoju Eryki chyba w takim samym stopniu, co ona sama, haha. A taka wycieczka po KG z Kero nie pogardzilabym, gdynym miala sposobnosc... Opisy w tym opku jakos gladko pozwalaja mi sie zwizualizowac i efekt tej operacji bardzo mi sie podoba. Takze ten, nie narzekam poki co na brak szalonych akcji. Najpierw i tak czeka nas miedzy innymi spotkanie z nieswieta trojca, jak wynika z koncowki odcinka /static/img/forum/smilies/smile.png


edit:
Zapomnialam wyrazic swoj podziw dla 'kociaka'. Gdybym byla na miejscu bohaterki zapewne dorobilabym sie kilku szram po jego pazurach :>
A...i jeszcze przelotnie zastanowilo mnie, czy wyrazenie 'humanitarna' w realiach Eldaryi nie powinno brzmiec 'faerytarna', cha cha.
Taki zarcik.

Pozdrawiam!

Ostatnio zmieniony przez Laique (08-06-2018 o 21h01)

Offline

#54 08-06-2018 o 21h49

Straż Cienia
Methrylis
Przyjaciółka Jamona
Methrylis
...
Wiadomości: 15 210

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


To ja się chętnie zamienię — daj mi swoje kilogramy [bez anemii], a ja ci oddam moją przemianę materii /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Cóż, mam nadzieję, że tych różnic między Liwką i Eryką będzie coraz więcej, bo na razie za bardzo widać, że to jedna osoba stworzyła obie postaci.

I też jestem ciekawa tego pokoju. Zapewne remontuje go jakże szczęśliwa z tego powodu Wielka Trójca <3 To będzie bardzo miłe poczytać, jak bluzgają i szlag ich trafia ^^

No nic, czekam na kolejne części i pozdrawiam! ^^

Offline

#55 15-06-2018 o 17h25

Straż Cienia
Le0kadia
Straż na szkoleniu
Le0kadia
...
Wiadomości: 218

@Laique - oj czeka, czeka. Z nimi i złośliwym bratem Losu, mężem Lady Fotuny, z którym Eryka dobrze się zna /static/img/forum/smilies/wink.png A co opisów staram się, żeby były lekkie, ale obrazowe.
           Natomiast co do "faerytarna" to o tym samym myślałam pisząc to /static/img/forum/smilies/big_smile.png

@Methrylis - biorę, bo już mam dość bycia biomasą /static/img/forum/smilies/big_smile.png Generalnie jestem zdania, że powinnam zgłosić się do rzeźnika z zapytaniem ile daje za kilo żydca i dać się zutylizować na burgey xD
           Że jedna osoba stworzyła Erykę i Liwię będzie widać, bo oba opowiadania (na razie) mają kategorię lekką, podobne realia (przynajmniej jeżeli chodzi o Eldkę) oraz podobny styl pisania. Mogłabym zainwestować w inną manierę pisarską, ale przeciwstawiam ten opek i grze, i częściowo Antymagii, gdzie bohaterka jest niejako starą, zgorzkniałą wyjadaczką, a tu mamy naiwne (ale niegłupie) dziewczę, które czeka aż Los je wychędoży niczym ZUS polskiego podatnika - aby był dobry kontrast muszą być też dobre nawiązania. No i jestem leniem /static/img/forum/smilies/big_smile.png

No to lecim z tym koksem.

IV Pierwsze Kroki (cz. 5)

           Westchnęła ciężko odpychając macki żalu i usiłując się kupić na sprawach bieżących.
           - Chłopaki? W sensie ci, którzy zaczepili mnie przy stołówce? – zapytała, a w jej głosie zagrała tłumiona niepewność. Miiko wspominała, że to właśnie oni mają wyremontować dla niej pokój. A potem zajmować się nią. Niezbyt to Eryce odpowiadało. Nie zamierzała pielęgnować do nich urazy, ale się nie popisali… W dodatku wspomnienia tego wszystkiego były jeszcze zbyt świeże.
           Jak to Miiko powiedziała? „Proś, pytaj żądaj”? Chyba jakoś tak. Szczerze powiedziawszy, nie wyobrażała sobie tego.
           - Tak, oni. – Mruknął Kero, zerkając na nią jakoś-tak dziwnie. Jakby bał się, że powiedział coś niestosownego. – Często pytali o twoje zdrowie i takie tam… Strasznie się przejęli. Czasami bywają trudni w obyciu, ale to dobrzy faceci. Nie chcieli niczego złego.
           Ponieważ stwierdzenie Kero, że chłopaki „czasami bywają trudni w obyciu” brzmiało tak, jakby chciał dodać „i dobrze wiem o czym mówię”, obawy Eryki nie zniknęły.
           Drzwi jej przyszłego pokoju wyglądały tak jak wszystkie inne w skrzydle mieszkalnym: dość szerokie, zaokrąglone u góry, osadzone w grubej, wpadającej we fiolet ramie ładnie korespondującej z liliowym kolorem ścian. Wyróżniało je jedno. Dobiegające zza nich odgłosy bardzo żywiołowej dyskusji, którą tylko krok dzielił od kłótni. Dźwięki te nieszczególnie wzbudzały optymizm, nawet twarz starającego się robić dobrą minę Kero, nieco zrzedła, kiedy wyciągną ku nim rękę.
           - Y… Może odpuścimy i wrócimy jutro, kiedy atmosfera nie będzie aż tak gęsta? – zaproponowała.
           - Bez przesady, nic się nie stanie. – Kero wziął głęboki wdech i zapukał. – Jestem pewien, że się ucieszą, widząc cię całą i zdrową.
           Nie czekając na „proszę” jednorożec z rozmachem otworzył drzwi, a sekundę później Eryka pożałowała, że stanęła tuż przed nimi. Bardzo pożałowała, a temu żalowi towarzyszyło bardzo barwne „plask”.
           „Plask” zrobiła mokra, śmierdząca jakimś rozpuszczalnikiem ściera, która z całą mocą uderzyła ją w twarz. Uderzenie i nieoczekiwany smród sprawiły, że zatoczyła się do tyłu. Wtedy do akcji wkroczył prześladujący ją od czasów dzieciństwa drobnymi wypadkami pech. Trafiła stopą na fałdę wyścielającego korytarz dywanu, potknęła się i rozpaczliwie usiłując odzyskać równowagę poleciała do tyłu machając rękoma niczym ogromny ptak. Parę kroków i dotarła do schodów, a potem nastąpił długi, bolesny i bardzo efektowny upadek zakończony solidnym łupnięciem o podłogę.
           W ciągu kilku sekund dorobiła się ze stu siniaków, mnóstwa otarć i zadrapań, do tego te opary ze szmaty wciąż tkwiącej na jej twarzy… Coś okropnego. Mamrocząc pod nosem przekleństwa, ściągnęła tę nieszczęsną szmatę, a poprzez łzy podrażnionych oczu zobaczyła pędzących ku sobie trzech znanych jej już mężczyzn i ciągnącego za nimi Kero. Bynajmniej nie był to widok dodający otuchy. Właściwie to miała ochotę czym prędzej zerwać się na nogi i zacząć uciekać. Gdyby nie wyraźne sygnały ze strony rozkołysanego błędnika, sugerujące, że każda próba wstania skończy się kolejnym upadkiem, pewnie by to zrobiła.
           Pierwszy dotarł do niej złotooki właściciel białej czupryny. Zatrzymał się hamując z efektownym poślizgiem, po czym spojrzał na nią wyraźnie zaniepokojony.
           - Wszystko w porządku? – zapytał.
           Spojrzała na niego. Biorąc pod uwagę okoliczności, było to wyjątkowo głupie  pytanie.
           - Nie – bąknęła pod nosem. – Bo właśnie spadłam ze schodów.
           Mężczyzna zamrugał unosząc brwi. Tymczasem tuż obok niego pojawił się niebieskowłosy elf. Podobnie jak kolega przejęty, ale już ze złośliwym uśmiechem na twarzy.
           - To kupa mięśni do podnoszenia ciężkich rzeczy, tacy zwykle nie są bystrzy – zachichotał, na co białowłosy posłał mu ostrzegawcze spojrzenie, jednak na prześmiewcy nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. – A ty tak na mnie nie patrz, tylko ciesz się, że Ziemianka mówi z sensem. To znaczy, że kojarzy, a to z kolei znaczy, że nie wyrżnęła nigdzie głową. Przynajmniej nie nazbyt mocno.
           Mięśniak zmrużył ostrzegawczo oczy. Wyglądał w tym momencie dokładnie jak Emma, po  kłótni z Nikolą. Blondynka doskonale wiedziała, że nie warto wdawać się w przepychanki z mikrą specjalistką od sztuk walki, bo skończy się to dla niej boleśnie, dlatego zwykle inwestowała w odwleczone w czasie, niewielkie, ale bolesne zemsty. Eryka mogła iść o zakład, że w najbliższym czasie elfa spotka jakaś niemiła niespodzianka.
           Tymczasem do towarzystwa dołączył trzeci egzemplarz, brat Karenn, Nevra o ile dobrze zapamiętała jego imię. Wyglądał na najbardziej przejętego z całej trójki i nawet nieco pobladł na twarzy.
           - Stało ci się coś poważnego? Masz coś złamane, zwichnięte? – wyrzucił z siebie, a jego postawa wskazywała, że w razie potrzeby jest gotów wziąć ją na ręce niczym bohater harlequina i popędzić do szpitala.…
           Eryka naprawdę wolałaby uniknąć tej ewentualności.
           - Dowiem się, jak spróbuję wstać – mruknęła.
           - To czemu nie wstajesz?
           - Sturlałam się ze schodów i potrzebuję chwili, aż mój zmysł równowagi wróci do normy – wyjaśniła, jednocześnie siadając, co przypłaciła potwornym zawrotem głowy.
           Po chwili siedzenia na chłodnej posadzce stwierdziła, że może zaryzykować pozycję pionową i ostrożnie wstała. Nie upadła przy tym, a chociaż miliard rzeczy zabolało ją, nic nie sugerowało, że coś złamała, skręciła bądź w jakikolwiek inny sposób poważniej uszkodziła. Na wszelki wypadek poruszała nogami i przeciągnęła się – wszystko działało, a przynajmniej na to wyglądało.
           - Z czego była ta szmata? – rozbrzmiało nagle pytanie, którego źródłem był Kero. Powoli schodząc ze schodów, oskarżycielsko spoglądał na kolegów, wymownie wskazując leżącą obok Eryki ścierkę.
           - Z bejcy do drewna – mruknął złotooki.
           - Eryka, idziemy do łazienki, musisz czym prędzej zmyć to z siebie. A was Ewelein za to  pozabija.
           - Nas? – Elf uniósł brwi do góry. – Hola, hola. Tym razem to nie nasza wina. To ty zacząłeś pchać się do pokoju bez zaproszenia. Pokoju, w którym trwa remont! Coś mogło stać oparte o drzwi, przewrócić się na nią! Lepiej się ciesz, że nie dostała w głowę wiadrem farby!
           - E… - Pewność siebie Kero gdzieś uleciała, a rumieniec zmieszania wystąpił na jego policzki. – Ale rzucanie ścierką…
           - Straciłem nerw – przerwał mu złotooki. – Przenosiliśmy szafę, a Ezarel – tu zerknął ostro na elfa – Nagle musiał poprawić sobie but i puścił, przez co o mało bym nie zostałem zgnieciony. Ciśnięcie ścierką w niego było odruchowe i nie stanowiło dla nikogo żadnego zagrożenia. Nie mogłem przewidzieć, że nieoczekiwanie otworzysz drzwi. To zwykły wypadek i nie ma co tu szukać czyjejkolwiek winy.
           - Co nie zmienia faktu, że Ewelin BĘDZIE zła. Na nas WSZYSTKICH – Nevra spojrzał wymownie na Kero, a jego wzrok mówił „w tym ciebie, w końcu to ty miałeś się opiekować Ziemianką, prawda?”. – Wiecie jaka jest, jeżeli w grę wchodzi któryś z jej pacjentów…
           Miny pozostałych natychmiast zrzedły. Najwyraźniej wiedzieli i ta perspektywa niezbyt ich radowała.
           Eryka słuchała tej wymiany zdań jednym uchem, skupiając się bardziej niż na niej, na tym, żeby nie pogorszyć swojej sytuacji. Naprawdę musiała czym prędzej zmyć bejcę z twarzy, nim dojdzie do podrażnienia skóry. Nie chciała nawet myśleć, co może zafundować jej Ewelin, jeżeli dowie się, o wszystkim, co się stało przed chwilą. W końcu starczyłoby, żeby nadopiekuńcza lekarka uznała, że mogła doznać poważniejszego uszczerbku na zdrowiu i znów zostałaby uziemiona na Bóg wie ile w szpitalnej sali. Osobiście wolałaby już zimną lewatywę. Dlatego też, nie czekając na końcowe konkluzje strażników, szybkim krokiem ruszyła do najbliższej łazienki, która – z tego co pamiętała – powinna być tuż za rogiem.
           - Ej, a ty gdzie?! – zawołał za nią elf, gdy już była parę metrów od nich.
           - Umyć się, bo naprawdę wole nie czekać aż mi to coś zrobi!
           Odkrzykując nawet nie spojrzała do tyłu, tylko szybko namierzyła łazienkę i przyspieszyła kroku. Na miejscu dokładnie umyła całą twarz, a także szyję i dłonie. Na bladej skórze śmierdząca ciecz nie zostawiła żadnego śladu… Przynajmniej na razie. Widziała, że pokrzywka po podrażnieniu może wystąpić nawet po paru godzinach, podobnie jak reakcja uczuleniowa. Niestety jak na złość w tym popapranym świecie nie miała nawet słoiczku kremu. Inne dziewczyny zwykle nosiły ze sobą kosmetyczki, ale ona tego typu rzeczy nie potrzebowała. Cerę miała zawsze idealnie gładką i bezproblemową, rzęsy bardzo gęste i ciemne, a usta przyjemnie różowe. Nie musiała się malować ani niczym smarować. Makijaż robiła tylko na specjalne okazje, a za jedyny kosmetyk starczał jej kremik nawilżający, który trzymała w domu na półeczce lusterka łazienkowego. Na co dzień nikt jej nie oblewał rozpuszczalnikami, żeby musiała niwelować podrażnienia.
           Zaraz, zaraz… Przecież Karen była dziewczyną i w dodatku  jedną z takich, które mają całe TONY kosmetyków. Co prawda nie miała pojęcia, gdzie teraz jest ani gdzie ma pokój, ale Nevra powinien… W końcu to jej brat, prawda?
           Z rozmachem otworzyła drzwi łazienki, niemal uderzając przy tym elfa. Otóż strażnicy, wliczając w to Kero, zebrali się pod toaletą, ściągając na siebie nieco zdziwione spojrzenia przechodzących – końcu grupa mężczyzn czatujących pod damskim wychodkiem to niecodzienny i odrobinę niepokojący widok.
           - E… Ty… –  Niepewnie wycelowała w pierś wampira palcem, na co ten odruchowo wyprostował się, wskazując na siebie. – Mógłbyś przynieść mi od Karenn jakiś kremik, najlepiej na podrażnienia i cichcem go dostarczyć… A nie, lepiej żeby Karenn go cichcem dostarczyła, bo że chodzisz za mną może być dziwne…
           - Uwierz mi, to że Nevra chodzi za jakąś babką, wcale nie jest dziwne. Dziwne jest jak tego nie robi – zachichotał elf, a złotooki nieznacznie się uśmiechnął. – A tak właściwie to po co ci krem?
           - Bo dostałam wyświnioną szmatą w twarz i wolałabym nie dostać pokrzywki, i nie musieć niczego tłumaczyć Ewelein, bo może mnie ZNOWU zamknąć w szpitalu…
           - Znaczy nic jej nie powiesz? – ucieszył się Nevra.
           - Wolałabym nie. Dla własnego dobra.
           - Ale wiesz, że po takim upadku będziesz miała mnóstwo siniaków, więc i tak prędzej czy później wszystko się wyda? – zapytał Kero. – Tym bardziej, że Ewelein ma ci robić badania, więc dokładnie cię obejrzy?
           - Powiem jej, że się potknęłam, co jest prawda, bo potknęłam się o dywan. Jeżeli będzie się dopytywać co i jak, dodam, że potrafię się przewrócić o własne nogi, co też jest prawdą. To, że nie ma to nic wspólnego z upadkiem ze schodów, to inna rzecz – rzuciła. Nie znosiła kłamać, po pierwsze dlatego, że nienawidziła być okłamywaną, a po drugie zwyczajnie nie potrafiła kłamać, ale tym razem postanowiła jakoś to przełknąć w imię wyższego dobra. W końcu naprawdę się potknęła, prawda? I naprawdę była potworną niezdarą. W związku z tym nie tyle zamierzała skłamać, co pominąć pewne fakty... A i to pewnie przypłaci spor dawka stresu i wyrzutami sumienia.
           - Ale…
           - Keroshane, jeżeli będziesz próbował przepchnąć pomysł „bądźmy uczciwi i mimo, że nikomu nic to nie pomoże, powiedzmy o wszystkim Ewelein”, wkurzysz wszystkich – przerwał mu elf. – Nie tylko nas, ale również obecną tu Ziemiankę i samą Ewelein, a tego chyba nie chcesz prawda?
           - Ale…
           - Co do kremu, to ja coś spreparuję. Bogowie wiedzą co tam Karenn przechowuje w swojej kosmetyczce. Jeszcze by ci to wyżarło twarz zamiast pomóc, szczególnie, że potrzebujesz czegoś bardzie leczniczego niż, dajmy na to, ściągającego zmarszczki, nadającego świetlistości czy co tam baby zwykły sobie wcierać.
           - Ty? Spreparujesz? – Propozycja bynajmniej nie wzbudziła zaufania Eryki, przeciwnie. Ostatnia rzeczą, której chciałaby użyć na sobie to coś, co wyszło spod ręki elfa. – Bardzo dziękuję, ale…
           Widząc jej minę wampir zachichotał, zerkając na szpiczastouchego kolegę, który momentalnie się nadąsał.
- Bez obaw, Ezarel jest dobry w te klocki – uspokoił ją. – To jeden z najlepszych alchemików w całej Straży Absyntu i pewnie byłby już zastępcą szefa, gdyby nie to, że jest takim dupkiem. W każdym razie, jeżeli mówi, że coś dla ciebie „upichci”, możesz być tego pewna na sto procent.
           - Aha… W takim razie dzięki, to miłe…
           - Ezarel nie jest miły – wtrącił złotooki. – On po prostu chroni własny tyłek.
           - Zgada się – przytaknął Nevra. – Miły i Ezarel to oksymoron.
           - P*******e się – warknął elf.

Online

#56 15-06-2018 o 19h33

Straż Obsydianu
Laique
Szeregowiec
Laique
...
Wiadomości: 86

Hehe, ze tak powiem.
Usmialam sie lepiej, niz kiedykolwiek przy "Antymagii"(co nie oznacza niczego nieprzychylnego chocby nie wiem jak brzmialo /static/img/forum/smilies/big_smile.png).
Bardzo, ale to bardzo podobaja mi sie nakreslone przez Ciebie charaktery, a wlasciwie uwypuklone, odchodzace nieco od schematow znanych nam z gry postaci (mimo, iz czerpiace z nich pelna garscia, tak to widze).
Peszek bohaterki i jej zbratanie z panem Losu, ciekawe dokad ja zaprowadzi /static/img/forum/smilies/wink.png

Gdybym byla np Twoja siostra(matka, kolezanka, babcia, kimkolwiek mieszkajacym z Toba lub w poblizu) to siedzialabym Ci nad glowa marudzac o 'juz, natychmiast chce czytac dalej, dawaj, co masz!' - zamieniajac sie w tym w kogos podobnego do Mirandy Priestley z 'Diabel ubiera sie u Prady' (no, wtedy gdy zazadala by asystentka jej zalatwila dostep do niewydanej jeszcze kolejnej czesci HP ;>)
...ale ze nie spotkalo mnie to szczescie zatem uzbrajam sie w cierpliwosc i oczekuje we wzglednej ciszy ciagu dalszego

pozdrawiam /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#57 15-06-2018 o 19h55

Straż Cienia
Methrylis
Przyjaciółka Jamona
Methrylis
...
Wiadomości: 15 210

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Wiem, że nie powinnam ciągnąć tego tematu, ale tu właśnie nie widać, by Eryka była naiwnym dziewczęciem. Jest przebojowa i ciekawska, ale nie naiwna. Tego mi w niej brakuje właśnie.

Och, a więc trafiłam, że ci idioci będą remontowali pokój /static/img/forum/smilies/big_smile.png

„Proś, pytaj żądaj” — gdzieś ci przecinek umknął.

„Często pytali o twoje zdrowie i takie tam…” — no strasznie coś mi nie pasuje w stylu tego opowiadania. Ale moim zdaniem dokładny i poukładany Kero nie używałby takich skrótów i kolokwializmów. Jak Liwka. Bo to dla niej mega charakterystyczne.
Niestety będę się tego czepiać, bo fakt, że to na razie jest kalka Antymagii, okropnie mnie razi.

„Przenosiliśmy szafę, a Ezarel – tu zerknął ostro na elfa – Nagle musiał” — ej, tu zepsułaś dialog. Jeśli Valk ciągnie zdanie, a twoje wtrącenie było tylko… cóż, wtrąceniem, to „nagle” powinnaś napisać małą literą. Bo przecież on nie zaczął nowego zdania, tylko kończył tamto.

„Eryka słuchała tej wymiany zdań jednym uchem, skupiając się bardziej niż na niej, na tym, żeby nie pogorszyć swojej sytuacji.” — dzikie zdanie, zwłaszcza druga część. Proponuję takie coś: „Eryka słuchała tej wymiany zdań jednym uchem, ponieważ bardziej skupiała się na tym, żeby nie pogorszyć swojej sytuacji.” — ‘ponieważ’ wzięło się stąd, że Eryka prawie nie słuchała tej kłótni. Czemu? Ponieważ bardziej zajęta była swoją sytuacją. Skutek i przyczyna.

„mimo, że nikomu nic to nie pomoże” — ‘mimo że’ to wyjątek, tu się przecinka nie stawia.

„i pewnie byłby już zastępcą szefa, gdyby nie to, że jest takim dupkiem” XDDDDD


Ten odcinek był super i to dlatego, że był lekki, przyjemny i zabawny. Naprawdę miło i szybko się go czytało /static/img/forum/smilies/big_smile.png Więc oby tak dalej, to będę mniej narzekać :v

@Laique a ty mi czegoś nie obiecałaś...? ;> XD

No dobra, czekam na resztę i pozdrawiam ^^

Offline

#58 22-06-2018 o 16h32

Straż Cienia
Le0kadia
Straż na szkoleniu
Le0kadia
...
Wiadomości: 218

@Laique - dokąd ją to zaprowadzi? Parę razy doi oka cyklonu mniejszego bądź większego chaosu, to pewne /static/img/forum/smilies/wink.png Do czego jeszcze? Hmm... Bez spoilerowania  /static/img/forum/smilies/wink.png
          Fajnie, że się uśmiałaś, chociaż szczerze powiem, tej części aż za tak zabawną nie uważam. Czyżby mój zmysł komediowy działał za moimi plecami? Hmmm...

@Methrylis - Eryka jest naiwna (w ogólnym ujęciu), tyle że prócz tego jest bystra/inteligentna. Zauważa pewne nieścisłości, ale nie upatruje się w nich złej woli. Choćby sytuacja z obiadem - zauważyła, że nic jej nie mówią, poirytowała się tym, ale zie zaczęła na poważnie zastanawiać czy nie mają w tym jakiegoś interesu. Nie zastanowiła się też nad brutalnością słów Miiko, a propos jej powrotu do domu. Etc, itp, itd. Na tym polega naiwność osób, które nie są przy tym głupie. Na kłopotach z dostrzeganiem złej woli aka widzeniem jej tylko, gdy jest wręcz ostentacyjna. Na wierze, że inni chcą dobrze. I same te osoby chcą dobrze. Dlatego nie patrzy na innych pod kątem użyteczności, tylko emocji jakie w niej wzbudzają, co szczególnie widać przy Kero.
          Kero jest po prostu trudno bronić chłopaków i specjalnie dałam tu ten kolokwializm. Żeby to było widać, bo on sam nie ma z nimi lekko. Tu te "takie tam" nawet ładnie sugeruje, że wśród pytań chłopaków padło też parę takich nie do końca ładnych. Hm... Może dla podkreślenia powinnam rzucić wielokropek przed/po "i". Z drugiej strony widać, że szukasz podobieństw między opowiadaniami, a kto szuka ten znajdzie.
          Odcinek lekki, bo i takie muszą być /static/img/forum/smilies/wink.pngW końcu Eryka nie może bez przerwy siedzieć na tyłku i rozpamiętywać swoich wyrzutów sumienia względem taty i lęków egzystencjalnych, bo czytelnik zatłukłby się przy tym klawiaturą... Autorka również xD

IV Pierwsze Kroki (cz. 6)

          Eryka westchnęła w duchu i zerknęła szybko na Kero, który  wbijał cierpiętnicze spojrzenie w sufit i miał minę wstydzącej się za swoje dzieci matki. Wyraźnie żałował, że nie darował sobie ostatniego punktu zwiedzania. Spojrzała z powrotem na elfa, obecnie wyraźnie skwaszonego.
          - Znaczy ty jesteś Ezarel, tak? Ten to Nevra, Karenn mi wspominała, a ty to…? – zapytała złotookiego, lecz nie uzyskała odpowiedzi, bo ledwie ten zdążył otworzyć usta już się wtrącił wampir.
          - No tak, jeszcze nie zostaliśmy sobie oficjalnie przedstawieni, prawda? – brunet błysnął kłami w szerokim uśmiechu. – Ten tutaj białowłosy wielkolud to Valkyon Ozze, świetny topornik, siłacz i niezły cieśla oraz pozbawiony ekspresji oraz jakiegokolwiek wyczucia i delikatności człowiek-mumia. – Tu białowłosy posłał mu ciężkie spojrzenie, ale nie skomentował jego słów. –  A obok mamy Ezarela Kr’Akkha, doskonałego alchemika, a także naszego etatowego chama, gbura, dupka i łasucha gotowego zrobić wiele za porcyjkę miodu… Oraz nic z dobroci serca. Ja znów to Nevra Lellah, lekkoskopy szpieg, dziecko cieni, wielbiciel piękna i niezrównany kochanek.
Wampir skłonił się głęboko i ku zgrozie Eryki ujął ją za dłoń, którą pocałował.
          - A także kiepski podrywacz, kobieciarz, wazeliniarz, miękka ciocia i pijawka – dodał elf, patrząc na kolegę z wyraźnym obrzydzeniem.
          - A ja jestem Eryka Zgasła, doceniająca gesty, ale nie lubiąca być ślinioną – mruknęła zażenowana, wyrywając wampirowi dłoń i odruchowo wycierając ją o spodnie, ku wyraźnemu rozbawieniu pozostałych mężczyzn. – Poza tym, całować dłoń powinno się tylko, jeżeli kobieta dłoń do pocałunku poda. Tak samo ze ściskaniem ręki… Ym… Chociaż u was może być inaczej…
          - Nie jest, po prostu Nevra to niewychowany kmiotek, chociaż usiłuje udawać wielkiego amanta. – Ezarel uśmiechnął się złośliwie, zerkając na wampira, który podjął nieudaną próbę zamordowania go spojrzeniem.
          - … W każdym razie byłabym wdzięczna za to coś do twarzy.
          - Nie ma sprawy, naprawdę wolelibyśmy nie denerwować Ewelein… Ani Miiko czy Jamona, bo oboje mają na ciebie oko. I jeszcze coś. – Elf gwałtownie spoważniał. Było to tak niespodziewane i różne od jego wcześniejszej złośliwo-prześmiewczej postawy, że Eryka aż zamrugała. – Wszyscy jesteśmy winni ci przeprosiny, za to, co zrobiliśmy pod stołówką. Zachowaliśmy się, delikatnie rzecz ujmując, nagannie, a w dodatku mogliśmy się nieświadomie przyczynić do pogorszenia twojego stanu. W każdym razie przepraszamy. Mam nadzieję, że nie będziesz miała do nas żalu.
          Pozostała dwójka także spoważniała, podpinając się do przeprosin, a Eryka uniosła brwi. Niby z jednej strony to miłe, że w ogóle o przeprosinach pomyśleli, ale z drugiej… Przeprosiny pod drzwiami toalety, po tym jak dostała brudną ścierą w twarz i spadła ze schodów? Dziwne to-to. Jednak właściwie nie powinna się temu dziwić. W końcu większość rzeczy w jej życiu była mniej lub bardziej dziwna. Przyjaciółki, upodobania, rodzina, ubrania, a nawet gust muzyczny i poczucie estetyki. Czemu nie czyjeś przeprosiny? W sumie to i tak dobrze, że nie wykrzyczeli ich przez drzwi toalety, kiedy siedziała na tronie wyciskając z siebie obiad.
          - Nie no, w porządku – mruknęła. – Tylko już niczym we mnie nie rzucajcie ani nie róbcie niczego podobnego, dobrze?
          - Postaramy się, ale niczego nie obiecujemy – Ezrael wyszczerzył zęby w szerokim, ciut drapieżnym uśmiechu. – Dobrze, to zrobię ci coś na skórę, żeby Ewelein nas nie pozabijała, a Nevra to przyniesie. On zawsze gania za panienkami, nawet tymi nieszczególnymi, a do tego i tak musimy przeprowadzić z tobą mały wywiadzik, więc powinno pójść gładko.
          Eryce nie umknęło, że została nazwana nieszczególną, zresztą Kero też nie – posłał elfowi zabójcze spojrzenie – ale wolała puścić to mimo uszu. Po pierwsze sama miała podobne zdanie o sobie, pod drugie naskakiwanie na kogoś, bo ten uważa cię za przeciętną to głupota, no i po trzecie chciało jej się JEŚĆ. Nie wspominając o tym, że towarzystwo mężczyzn ociupinę ją stresowało. Dlatego też wolała nie przedłużać i skupić się na najważniejszym.
          - Wywiad?
          - Owszem, w końcu przygotowujemy dla ciebie pokój, prawda? – Nevra posłał jej koci, nieco dwuznaczny uśmiech. – Dlatego przydałoby się zrobić to tak, abyś była naprawdę zadowolona.
          Ton jakim wampir wypowiedział te słowa przyprawiłby większość kobiet o intensywny rumieniec. Eryka doskonale zdawała sobie z tego sprawę, lecz na nią średnio to podziałało. Nie była przyzwyczajona do dwuznaczności w kontekście flirtu oraz flirtu w jakiejkolwiek formie, więc nie miała pojęcia jak na nie reagować. Stanowiły dla jej umysłu dziwaczne niewiadomo co, które mogła co najwyżej dźgnąć parokrotnie metaforycznym kijem, żeby sprawdzić czy czasem nie gryzie. Dlatego też zrobiła z tonem wampira, dokładnie to samo, co z „nieszczególną” elfa – zupełnie zignorowała. Poza tym Karenn ostrzegła ją, że Nevra podrywa wszystko co się rusza, a recenzja, jaką wystawił mu Ezarel tylko to potwierdziła.
          - Acha, znaczy chcecie mnie wypytać, co bym chciała i takie tam? –zapytała.
          - Tak, chcemy zapytać czego CHCESZ – dwuznaczny ton przybrał na sile, a uśmiech poszerzył się. Było to na tyle bliskie bezczelnemu nagabywaniu, że Kero posłał mu ostrzegawcze spojrzenie, ale Nevra nic sobie z tego nie zrobił. – Czego PRAGNIESZ.
          - Pragnę wrócić do domu… Ale w tym mi raczej nie pomożecie – westchnęła, a uśmiech wampira nieco stopniał. – Ale miło z waszej strony. Doceniam.
          Valkyon i Ezarel wyglądali na szczerze rozbawionych tym, jak szerokim łukiem mięła romantyczne zapędy ich przyjaciela, ale nie skomentowali tego. Jeszcze. Była pewna, że jak tylko Kero i ona odejdą, zaczną się z niego nabijać… A przynajmniej Ezarel zacznie. Elf sprawiał wrażenie gościa, który nie przepuści okazji, aby podokuczać bliźniemu.
          - Dobrze, skoro już uzgodniliście jak OSZUKAĆ Ewelein, to możemy zobaczyć pokój?- zapytał Kero.
          Huk chóralnego „nie” niemal ogłuszył jednorożca. Co prawda, każdy z mężczyzn nieco inaczej owo „nie” argumentował, ale sens ich wypowiedzi można podsumować jako „nie, bo nie jest jeszcze gotowy, zobaczycie jak gotowy będzie”.
          - Znaczy prawie nie ruszyliście tego remontu, tak? – Kero skrzyżował ręce na piersi i „groźnie” zmarszczył brwi. Niestety jego łagodna twarz nie była stworzona do groźnych min, a on nie miał w nich wprawy. W efekcie wyglądał jak naburmuszone dziecko, tyle że bardziej uroczo. – Dlatego pytacie, jak ma wyglądać, bo jeszcze…
          - Ruszyliśmy. – Ton Valkyona był niemal grobowy. – Miiko dała nam do zrobienia jeden z najgorszych pokoi. Ten po obłąkanym Farayu… Podłoga zerwana, tynk też. Uporanie się z takim czymś wymaga czasu, jeżeli chce się to zrobić porządnie. Mebli też nie dostaniemy nowych, tylko będziemy musieli dostosować te ze składu, a większość z nich wymaga renowacji i wymiany obić… No chyba, że TY zrobiłbyś to szybciej.
          Jednorożec cofnął się i zerknął niepewnie na Erykę, jakby szukając w niej wsparcia. Eryka znów, widząc to, wykonała wewnętrzny gest załamania rąk. To ona była tu nowa. Nowa, a oprócz tego przerażona, nic niewiedząca, wymagająca opieki i wsparcia. Robienie w takiej sytuacji czyjeś koło ratunkowe stanowiło ironię i kpinę jednocześnie. Jednak nie miała serca olać Kero, szczególnie, że stanowił jedyną osobę, która naprawdę była dla niej miła. Bycie miłą dla pacjentów niejako należało do obowiązków Ewelein, więc ta mogła po prostu zachowywać się profesjonalnie, a Karenn… No cóż, polubiła dziewczynę, ale nie miała złudzeń – nastolatką kierowała przede wszystkim ciekawość. Ciekawość przechodząca w chorobliwe wścibstwo i okraszona współczuciem dla życiowego rozbitka.
          - Szalony Faray? Kto to? – zapytała, odwracając uwagę od jednorożca. Skutecznie, bo mężczyźni popatrzyli po sobie nieco niepewnie. Padły też jedno czy dwa pełne wyrzutu spojrzenia pod adresem Valkyona.
          - Zastępca jednego z poprzednich szefów Lśniącej Straży – wyjaśnił niemrawo Nevra. – Pierwotnie należał do Straży Cienia i z czasem nabawił się tak-jakby choroby zawodowej… Chorobliwej paranoi. Podobno pozrywał ściany i podłogi w swoim pokoju, twierdząc, że kryją się tam śledzące go istoty… No, po tym, co widzieliśmy to nie „podobno”, tylko na pewno. Nic dziwnego, że przez te wszystkie lata nikt nie miał serca doprowadzić go porządku.
          Ostatnie zdanie brzmiało zbyt zdawkowo. Eryka wiedziała jak to zinterpretować: „wszyscy uważają ten pokój za przeklęty i nikt w nim nie chce mieszkać, dlatego tak długo stał zrujnowany”. Niby nie wierzyła w coś takiego jak klątwy, ale sam fakt, że dano jej ten pokój, a nie inny… No cóż, budził niesmak. I to niemały. Mimo tego nic nie powiedziała. Doskonale zdawała sobie sprawę, że jest w sytuacji, w której nie może zaglądać darowanemu koniu w zęby. Poza tym żaden z mężczyzn nie miał z tą decyzją nic wspólnego, mało tego, najwyraźniej robili wszystko, żeby uczynić z „przeklętego pokoju” miejsce godne zamieszkania. Nie zwykła wyładowywać się na „szaraczkach” za decyzje szefostwa, szczególnie kiedy te szaraczki jej pomagały… Nawet jeżeli, tak jak w tym wypadku, owa pomoc stanowiła formę kary, a dodatkowo była podyktowana wyrzutami sumienia.
W każdym razie odwrócenie uwagi udało się. Panowie remontujący jak ręką odjął zapomnieli o Kero.
          Jednorożec wyraźnie nie chciał ryzykować dalszych wypadków i wtop, dlatego też dość szybko skończył to spotkanie i razem Eryką udał się na stołówkę. Eryka rzecz jasna nie miała nic przeciwko. Już jakiś czas temu kiszki zaczęły grać jej marsza, więc myśl o ponownym napchaniu się wywoływała w niej maleńką falę ekscytacji. Falę, która mogłaby być nieco większa, gdyby nie to, że tutejsze jedzenie miało tak dziwny smak. Niestety, nawet gdyby zaczęła narzekać, niewiele by jej to dało. Nikt przecież nie skoczyłby na Ziemię po pizzę czy kebaba, żeby mogła zjeść coś normalnego.
          Kolacja była podobna do obiadu: duża, kaloryczna, różnorodna, ale smakowo niestety średnia. Podano parę potraw, które mogłaby zjeść z jako-taką przyjemnością jeszcze raz, ale nic nie zasługiwało na miano pysznego, za to parę rzeczy dorobiło się etykiety „fuj”. Mimo tego, gdy wróciła do pokoju, miała naprawdę dobry humor. Tak, chwilę temu zetknęła się ponownie z mężczyznami, którzy zafundowali jej małą traumę, a w dodatku spadła przez nich ze schodów, ale przynajmniej miała pełny brzuszek i wreszcie coś porobiła. Przewietrzyła się, poruszała, zobaczyła jak to tu wygląda i spotkała przeuroczego, człowiekokształtnego kiciusia… Którego niestety nie wyprzytulała, ale nie można mieć wszystkiego. Porównując to z minionym tygodniem, który spędziła uwięziona szpitalnej sali, dzisiejszy dzień był prawie jak wizyta w lunaparku: pełen wrażeń, ekscytacji i rozrywek… A do tego męczący. Mimo, że ledwie minęła dziewiętnasta, Eryka nie potrafiła przestać ziewać. Brak ruchu w ostatnim czasie i nieprzespana noc dawały jej się we znaki. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – miała nadzieję, że znużona zaśnie i spokojnie pośpi aż do rana, bez budzenia się w środku nocy ze łzami w oczach. Odkąd tylko jej rekonwalescencja dobiegła końca, przynajmniej pod względem fizycznym, wyrywające ją ze snu potworny lęk i strach stanowiły normę. Lęk i strach, po których, gdy tylko przypominała sobie, gdzie jest i co się stało, dopadał ją potworny, wyciskający łzy z oczu smutek.
          - Dzięki za zwiedzanie, fajnie było – mruknęła, żegnając się w drzwiach z Kero, który, słysząc to natychmiast, pojaśniał.
          - Miło mi, że ci się podobało. – Uśmiechnął się, sięgając do swojej torby z zakupami. – Swoją drogą mam coś dla ciebie, tak w ramach prezentu powitalnego.
          Wręczył jej zamykaną na misterny zamek, sporych rozmiarów książkę w bogato rzeźbionej oprawie z jasnego drewna. W specjalnej pochewce przy jej krawędzi spoczywało pióro wieczne, a w zamku tkwił przypominający wisiorek kluczyk. Zdziwiona uniosła brwi i spojrzała na niego pytająco.
          - To pamiętnik – wyjaśnił. – Z doświadczenia wiem, że czasem lepiej spisać swoje myśli. Pomaga to je uporządkować, skonfrontować się z nimi… A ty, przez tę sytuację… To, co wczoraj usłyszałaś… Znaczy… Ech,  pewnie masz wiele rzeczy do przemyślenia – chrząknął niezręcznie. – No i zanim nie damy ci jakiegoś notatnika, możesz tu zamieszczać swoje uwagi.
          - Dziękuję… To naprawdę miły, a w dodatku przemyślany prezent – mruknęła, przesuwając dłonią po wypolerowanej okładce. Nie wiedziała, co jeszcze mogłaby powiedzieć, ale najwyraźniej tyle starczyło jednorożcowi, bo jego uśmiech zyskał nieco na szerokości i pewności. Przypuszczała, że dręczy go to, co się wczoraj stało. Naprawdę wyglądał na jedną z tych nielicznych osób autentycznie przejmujących się innymi.
          - Nie ma sprawy. Cieszę się, że sprawiłem ci przyjemność – powiedział, wycofując się do wyjścia. – Odpocznij, bo jutro czeka cię długi dzień… A! I jak wpadnie tu Nevra, uważaj na niego. Jest nieszkodliwy, dobry z niego facet, ale czasem potrafi być nieco… Hm… Zbyt bezpośredni pod niektórymi względami.
          Po krótkim pożegnaniu, zamknął za sobą drzwi, a w pokoju zaległa gęsta cisza, tak różna od gwaru towarzyszącego jej przez większość dnia. Gwaru, który odganiał od niej uporczywe myśli na temat tego, co dalej. Zamierzała walczyć, nie poddawać się, uczyć, zdobyć wszystkie niezbędne umiejętności, a potem składniki do portalu, ale uporczywe pytanie „jak?” kołatało jej się w głowie nie znajdując odpowiedzi. Póki co grała według narzuconych jej reguł, ale czy tyle wystarczy?

Online

#59 22-06-2018 o 20h35

Straż Cienia
Methrylis
Przyjaciółka Jamona
Methrylis
...
Wiadomości: 15 210

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


Owszem, szukam podobieństw. A raczej same rzucają mi się w oczy, bo na samym początku się zraziłam i uznałam, że to kalka Antymagii. Zresztą przecież o tym wiesz. Masz zarąbiście charakterystyczny styl, to też pewnie dlatego.

To, że Ezarel gada całkiem mądrze jest bardzo podejrzane. To nie w twoim stylu :v

Nie wiem, od czego to zależy, ale tutaj Eryka faktycznie była taka, jak ją opisałaś w odpowiedzi na mój komentarz: naiwna, ale bystra, a dzięki temu sympatyczna i naprawdę dająca się polubić. BŁAGAM niech będzie taka cały czas, to się z babką polubimy!

„darowanemu koniu w zęby.” — a nie ‘koniowi’? XD

Kolejny bardzo milutki, pozytywny odcinków! Więcej takich, oczywiście nie pomijając fabuły, a polubię się nie tylko z bohaterką, ale z całą historią!

Czekam więc na więcej i pozdrawiam ^^

Offline

#60 29-06-2018 o 17h18

Straż Cienia
Le0kadia
Straż na szkoleniu
Le0kadia
...
Wiadomości: 218

@Methrylis - gwarantuję, że to nie kalka Antymagii /static/img/forum/smilies/wink.png Pod niektórymi względami będzie na pewno podobna, ale zarówno bohaterki jak i charakter ich perypetii będzie zupełnie inny... A podobieństwa są mi po to, aby je unaocznić.
A czy Eryka będzie cały czas taka? hm.. Nie /static/img/forum/smilies/big_smile.png Bo nikt nie jest cały czas taki sam /static/img/forum/smilies/wink.png
A treaz trochę dziwnie, bo o bohaterce będzie mało.... A tekstu więcej bo koniec rozdziału /static/img/forum/smilies/wink.png

IV Pierwsze Kroki (cz. 7)


          Zmęczona usiadła na łóżku, kładąc pamiętnik na kolanach. Spisywać swoje myśli… Na razie nie wiedziała czy jest w stanie ułożyć  je w logiczną całość, a co dopiero spisać. Jednak może Kero miał rację? Może spisanie ich po kolei rzeczywiście pomoże?
          Uśmiechnęła się krzywo. Jakoś wątpiła w to. W dodatku, mając wścibską, młodszą siostrę, żywiła pewne obiekcje stosunku do czegoś takiego, jak pamiętnik. W końcu każdy mógł go dostać w swoje łapy i przeczytać, co w nim zapisała… Zresztą, nawet jeżeli prowadzenie pamiętnika nie należało do najlepszych pomysłów, miło było pomyśleć, że przynajmniej jedną osobę w tym pokręconym świecie chociaż trochę obchodzi jej los.

***

          Bycie przywódcą nie należy do rzeczy prostych. Szczególnie w czasach niepokoju. Szczególnie, kiedy tenże obowiązek spada nieoczekiwanie, niemal miażdżąc swoim ciężarem. Szczególnie, kiedy nie ma się do tego odpowiedniego charakteru i codziennie trzeba toczyć batalię z samym sobą.
          Miiko była niecierpliwa, kapryśna, łatwo się irytowała, często wpadała w złość. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę, dlatego też starała się wystrzegać tych cech na co dzień. Zakładała maskę chłodnej i obojętnej, unikała podnoszenia głosu, usiłowała odstawiać emocje na bok na rzecz rozsądku. Rzecz w tym, że gdy wzmacnia się mury z jednej strony, te kruszeją z drugiej. Gdy trzymasz tarczę przed sobą, masz odsłonięte plecy. I tak raz na jakiś czas była zaskakiwana przez inne słabości, o których zwykle nie myślała. Które rzadko dawały o sobie znać.
          Kiedy usłyszała historię tej Ziemianki, Eryki, zwyczajnie nie potrafiła jej powiedzieć, że nie może wrócić do domu. Że zostanie uwięziona w obcym świecie, bo podpisali jakiś traktat. Oczywiście mogła argumentować, że to również dla jej dobra, dla dobra jej rodziny. W końcu ziemscy wrogowie faery, mogli zrobić coś naprawdę paskudnego, gdyby wyczuli, że dziewczyna spędziła chociażby godzinę w Eldaryi. Jednak wątpiła, aby ta krucha, koścista istota posłuchała, szczególnie że nie zaczęli znajomości z nią szczególnie dobrze. Na sam przód ledwo uniknęła spalenia, potem poważnie ranna została  wrzucona do lochu i praktycznie rzecz biorąc pozostawiona na śmierć. Swoistą wisienką na torcie było to, jak potraktowali ją tamci młodzi strażnicy. No i nie można zapomnieć, co przeszła na Ziemi. Wypadek, utrata ojca… Czy raczej ojczyma. Sama nie tak dawno straciła kogoś bliskiego, więc wiedziała jak to boli.
          Dlatego skłamała czy raczej nie powiedziała całej prawdy. Owszem, gdyby Eryka na dniach zdołała zdobyć składniki eliksiru klucza, potajemnie uwarzyła go i przebiła się do portalu, mogłaby wrócić do domu. Rzecz w tym, że Straż nie miała jej zamiaru na to pozwolić.
Oszukując dziewczynę wiedziała, że popełnia błąd. Błąd, z którego nie będzie mogła się ot tak wycofać, ale nie potrafiła inaczej. Każdy błąd ciągnie za sobą konsekwencje, nie zawsze przyjemne. Konsekwencją oszukania Ziemianki była konieczność bacznego obserwowania jej i postępów jakie robi. Leifan idealnie pasował do tego zadania. Większość strażników już zapomniała, że pierwotnie należał do Straży Cienia, w związku czym szpiegostwo miał w małym palcu. Jego łagodny charakter, uprzejmość i delikatność idealnie mydliły oczy. Podobnie jak gładka, przystojna buźka i smukłe, ale muskularne ciało. Niejedna strażniczka tonęła w zielonych oczach blondyna, pragnąc omdleć w jego silnych ramionach… A przedtem skraść mu niezliczoną ilość długich, namiętnych pocałunków. Jej samej lorialet w żaden sposób nie pociągał, ale  polegała na nim. Przede wszystkim dlatego, że był skuteczny. Dlatego, gdy zjawił się w jej gabinecie, wiedziała, że ma jakieś wieści.
          - Jak się czuje nasz ziemski gość? – zapytała.
          - Przybity, ale starający się myśleć pozytywnie i zdeterminowany, aby jak najszybciej wrócić do domu – oświadczył Leifan. – I żarłoczny. To wręcz niewiarygodne, ile ta mała jest w stanie zjeść.
          - Ma apetyt, znaczy już się wykurowała… Przynajmniej pod względem fizycznym. Jakieś szczególne nowiny?
          - Być może Keroshane nieświadomie ułatwił nam obserwację dziewczyny.
          - Tak? A w jaki sposób?
          - Podarował jej pamiętnik, sugerując, że prowadzenie zapisków może pomóc jej oswoić się rzeczywistością – kąciki ust mężczyzny drgnęły. – Jeżeli znajdziemy kogoś, kto płynnie posługuje się jej językiem w piśmie, będziemy mieli wgląd w jej poczynania.
          - O ile zdecyduje się go prowadzić, a nie użyje jako zwykłego notatnika – Miiko westchnęła. Nie przypuszczała, że Kero może okazać się tak przydatny. Cóż, naiwność i dobre serce jednorożca czasami bywały naprawdę użyteczne… Jeżeli tylko obserwowało się jego poczynania. – Jednak tak, to może naprawdę pomóc. A tak właściwie, to jakim językiem posługuje się nasz gość?
          - Z tego co mówiła, pochodzi z Polski, więc pewnie polskim. No i znając życie również angielskim, obecnie zna go większość Ziemian, jednak raczej będzie pisać w ojczystym.
          - Z tego, co mi wiadomo, polski jest dość trudny i rzadki wśród faery, przynajmniej w stopniu płynnym… Jednak, jak to mówią, kto szuka ten znajdzie. – Nerwowo zabębniła szczupłymi palcami w blat ciemnego biurka. W życiu nie podejrzewałaby, że będzie planować coś takiego… Podkradanie i czytanie cudzego pamiętnika. Przecież to nie dość, że podłość, to jeszcze działanie na poziomie kilkunastoletniej, złośliwej siksy. – Zresztą nie spieszy się z tym, mamy nadto czasu. Na razie nic nie wie o tym świecie, jest skołowana i przestraszona. To szybko nie minie.
          - Nic nie wie, ale prędko się uczy. Nieustannie wypytuje Kero o wszystko, co ją zastanowi, szczególnie innych faery. – Zaśmiał się cicho, jakby do siebie. – Niektórych nawet obmacuje. Azelię dotykała po ogonie, a temu rudemu purrekos poniekąd oświadczyła, że  przypomina jej maskotkę i chętnie by go utuliła.
          Miiko w momencie krew odpłynęła z twarzy. Naprawdę ostatnie czego potrzebowała to rozdrażnieni purrekos.
          - Bez obaw, nie obraził się. – Leifan uprzedził jej pytanie. – Za to wyglądał na rozbawionego… I mile połechtanego. Nasza ludzka panienka nieumyślnie, ale niezwykle fartownie zagrała komplementem na jego ego. Trzeba przyznać, że Eryka sprawia wrażenie dość niezwykłej persony. Ekscentrycznej, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa.
          - To dobrze, takie osoby przyciągają innych i budzą sympatię. Jeżeli dobrze pójdzie, szybko znajdzie przyjaciół i zapomni o tej głupocie z powrotem do domu…
          - Nie sądzę, żeby to, że znajdzie kilku kolegów załatwiło sprawę. To nie takie proste.
          - Nie kolegów, a przyjaciół – sprostowała Miiko – I nie, to nie jest takie proste, ale ma szansę powodzenia, bo rozbija się o opuszczanie rodziny… Bo w końcu przyjaciele są rodziną, prawda? Rodziną, którą wybiera się samemu. Chcąc wrócić do domu, musiałaby nie tylko pokonać niezliczone trudności, ale także zerwać wszystkie więzi, które tu nawiązała. Więzi, które byłyby w takiej sytuacji znacznie pewniejsze niż te rodzinne. W końcu jej bliscy z pewnością uznali ją zmarłą, zatem jej powrót po wielu miesiącach wzbudziłby liczne niepokoje, pretensje a nade wszystko wywołałby falę pytań. Pytań, na które nie mogłaby odpowiedzieć, bo zostałaby uznana za obłąkaną. Zostając pozwoliłaby żyć ziemskiej rodzinie, zapewne już pogodzonej z jej śmiercią, w spokoju, a sama byłaby bezpieczna wśród nowych przyjaciół, pod naszą opieką. Nie ma lepszej kotwicy niż inni.
          - Nadal nie jestem pewien… Poza tym to czy znajdzie przyjaciół nie jest wcale takie pewne. Owszem,  osoby takie jak ona są lubiane. Niestety lubić kogoś, a przyjaźnić się z kimś to dwie różne rzeczy.
          - Wiem. Poza tym z ludźmi, tak jak z faery, nic nie jest pewne…
          - Jednak mam pewną sugestię. Tak a propos nawiązywania więzi.
          - Tak?
          - Chowaniec. – Leifan uśmiechnął się chytrze. – Dajmy Eryce chowańca. Towarzysz powinien pomóc jej zaadaptować się do tutejszych warunków, a jeżeli wszystko pójdzie dobrze, stanie się jej najlepszym przyjacielem. W końcu więzi między chowańcem, a jego panem należą do najsilniejszych.
          - Dobry pomysł, ale jest spora kolejka chętnych na chowańca, a chowańców gotowych do przysposobienia mamy niewiele. Dając jej ot tak towarzysza, mogę rozpętać burzę.
          - Zapominasz o odrzutkach.  Wiele od lat pozostaje bez domu, chociaż teoretycznie wszystkie są zdrowe i sprawne. Ziemiance nie powinno robić różnicy, że jej nowy ulubieniec będzie miał  nietypowe umaszczenie, rozmiar czy dodatkowy róg bądź grzebień. Zwolnimy miejsce w bestiarium, zrobimy dobry uczynek, a przy okazji sprawimy, że będzie ciężej jej stąd odejść. W dodatku mając u boku chowańca, będzie bezpieczniejsza.
          - Przebiegły demon z ciebie. – Miiko uśmiechnęła się. – Tak, to naprawdę bardzo dobry pomysł. Ale najpierw niech trafi do jakiejś Straży. Zostanie przyjęta jako niby jedna z nas, zyska opiekuna w postaci szefa Straży, poczuje się nieco perniej. Dopiero wtedy dostanie chowańca, stworzenie, za które będzie odpowiedzialna i któremu będzie potrzebna. Mógłbyś to jakoś zorganizować?
Leifan skinął głową. Tyle starczyło za odpowiedź.
          - Doskonale. To zorganizuj to, najlepiej tak, aby historia chowańcem wypadła jak najbardziej wiarygodnie.
          - Coś jeszcze?
          - Nie, możesz już iść… Chociaż… - Spojrzała na lorialeta, który zatrzymał się w połowie drogi do drzwi. – Dobrze byłoby, gdybyś postarał się zbliżyć do tej dziewczyny. Budzisz zaufanie, inni chętnie ci się zwierzają. Jeżeli dobrze to wykorzystasz być może nawet nie będziemy musieli szukać kogoś, kto dobrze  zna ten cały polski.
          - Miałem to w planach – mruknął, skłaniając się płytko, po czym wyszedł, starannie zamykając drzwi za sobą.
Miiko ciężko opadła na wysokie oparcie wygodnego krzesła, zastanawiając się, co właściwie wyprawia. Pierw okłamała Ziemiankę, a teraz opracowywała wobec niej specjalny plan działania zakrawający niemal na intrygę. Przecież ta chuderlawa dziewczyna była tylko jedną osobą. Jako przywódczyni liczącej prawie tysiąc dusz Straży nie powinna się nią prawie w ogóle przejmować, tylko skupić na codziennych obowiązkach i nadciągających wyzwaniach, potraktować jak każdego innego rekruta.
          Niestety ludzie w Eldaryi przykuwali uwagę, zawsze dopatrywano się w nich zwiastunów, a zarazem prowodyrów wielkich wydarzeń. Dziesiątki ludzi, przypadkowych podróżników przez nietrwałe szczeliny w barierze wymiarów, zostało bohaterami magicznego świata, a ich dumne posągi po dziś dzień zdobiły place miast. Tyle samo  zasłużyło sobie na miano okrutników, morderców i zasłynęło jako prawdziwie czarne charaktery, siewcy chaosu. Jednak najwięcej ludzi, o czym większość faery zdawała się nie pamiętać, po prostu żyła tutaj i umierała jak wszyscy inni.
          W każdym razie, wobec kogoś tak widocznego, kto stanowił źródło wielu niepokojów i oczekiwań, swoistą małą sensację, musiała postępować bardzo ostrożnie. Nie mogła sobie pozwolić na puszczenie Ziemianki „samopas”. Dlatego, chociaż sumienie ją raz po raz kąsało, zamierzała dołożyć wszelkich starań, aby jak najbardziej kontrolować jej poczynania i decyzje. Oczywiście niezauważenie, szarpiąc za niewidzialne linki gestów, strzępów informacji i niedopowiedzeń. Szkoda tylko, że tak się z tym źle czuła… Sama wiele wycierpiała przez cudze manipulacje, a teraz…
          „Taki już los tych, którzy dzierżą berło władzy. Czasami muszą postępować niezbyt moralnie dla dobra ogółu. Zresztą dziewczyna powinna być wdzięczna, że nie próbuję jej wykorzystać do własnych celów, jak na pewno zrobili by to inni. Człowiek w Eldaryi, w czasach niepokoju, niedługo po rozbiciu Kryształu Poświęcenia… Przecież to aż się prosi o przerobienie na historię o zesłanej przez Moce bohaterskiej wybrance” – pomyślała. Niestety cichy głosik z głębi jej umysłu nieustanie powtarzał, że usprawiedliwianie swojego paskudnego zachowania tym, że inni postąpiliby gorzej, to tylko nieudolna próba oszukania sumienia.
- Gdyby umarła na stole operacyjnym, wszystko byłoby dużo łatwiejsze – szepnęła gorzko, sięgając po stertę  czekających dokumentów i listów.
          Po chwili, przygarbiona nad blatem swego kunsztownie wykonanego biurka, zapisywała na arkuszach papieru dyspozycje, składała niezbędne podpisy, stawiała pieczęci, odpowiadała na listy dyplomatów oraz przebywających poza granicami Eel strażników. Uporczywe skrobanie pióra stanowiło jedyny dźwięk w karminowych ścianach przestronnego pokoju. Wszystko w nim, począwszy właśnie od ścian oraz gładkiej jak lustro podłogi, poprzez meble z przypominającego heban drewna, po błękitne obicia i zasłony z tutejszego „jedwabiu”, na jej złotym uniformie kończąc, wydawało się proste, wysmakowane i piękne. Arystokratyczne. Niestety samej Miiko owa arystokratyczność kojarzyła się jedynie więzieniem, a szata szefowej Lśniącej Straży ciążyła niczym niewolnicze łańcuchy.
          Nigdy nie chciała stanąć na czele Lśniącej Straży. Zrobiła to tylko po to, aby uratować Kwaterę Główną, która stała się dla niej domem. Jedynym, prawdziwym domem, jaki kiedykolwiek miała. Niestety teraz, chcąc wypełniać swe obowiązki jak należy, dotrzymać umów, odbierała dom przypadkowej, jeszcze bardziej zagubionej niż ona kiedyś dziewczynie. Los doprawdy lubił ironię.

Online

#61 30-06-2018 o 01h04

Straż Obsydianu
Laique
Szeregowiec
Laique
...
Wiadomości: 86

Bardzo mi sie podoba zobaczenie calej sprawy z Eryka oczami Miiko.
I Leifus - dokladnie taki, jakim sama go widze, he he.
Zastanawiam sie, czy w ciagu dalszym beda sie pojawiac wstawki z punktu widzenia innych postaci (lub tylko przywodczyni Strazy). Mam nadzieje, ze tak /static/img/forum/smilies/smile.png

Pozdrowienia i nieustajacej weny!

Offline

#62 30-06-2018 o 16h16

Straż Cienia
Methrylis
Przyjaciółka Jamona
Methrylis
...
Wiadomości: 15 210

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Taaaa, Leiftan pasowałby do Cienia. Zdradziecka menda :]

Ładnie, bardzo ładnie opisałaś Miiko. Nawet nie muszę przedstawiać, jak to zrobiłaś, bo w sumie wszystko zawarłaś w swoim opisie. Ja też ją tak widzę i pewnie między innymi dlatego mnie tym kupiłaś. A co do tego planu… chowaniec to raczej mało, ale Leiftan powinien od razu wpaść na pomysł rozkochania Eryki. Zapewne to miał na myśli pod koniec, chociaż ja sama jestem przeciwko, bo go nie lubię, a konkurs wygrał ktoś inny ;]

No, ale kolejny miły rozdzialik. Miło się czyta, ciekawie. Czekam więc na resztę i pozdrawiam ^^

Offline

#63 06-07-2018 o 18h13

Straż Cienia
Le0kadia
Straż na szkoleniu
Le0kadia
...
Wiadomości: 218

@Laique - tak planuję. Pod koniec rozdziału wstawka oczami jakiejś osoby nie będącej Eryką. Czasem nawet całkowicie pobocznej. A Leifan właśnie taki tu będzie... A może nawet więcej.

@Methrylis - mam nadzieje, że wszyscy ze Lśniących pasują do przypisanych im pierwotnych Straży nie tylko zdradziecka menda /static/img/forum/smilies/wink.png
            Leifan w sumie od razu rozkochanie planował, chociaż zostało powiedziane to na końcu (zawsze pierw rozważa się lżejsze opcje) i Miiko poniekąd też, bo kazała mu się do Eryki zbliżyć. A co do bycia przeciwko, to pamiętam kto tu wygrał i bez obaw, będę się wyboru trzymała. Nawet mniej-więcej rozpracowałam jak go urzeczywistnić.

V Pierwsze decyzje


            Eryka tępym wzrokiem przypatrywała się temu, co naskrobała w otrzymanym od Kero pamiętniku. Owo coś było ni mniej, ni więcej tylko skróconą relacją z tego, co się wydarzyło od momentu, gdy tatowy samochód uderzył w drzewo. Napisała o wszystkim: o wędrówce przez las, feralnym przybyciu do Eldaryi, lochu, Nieznajomym, który ją uwolnił z celi, „nieporozumieniu” z trojgiem strażników i tak dalej. Nie ominęła nawet wizyty Nevry sprzed dwóch dni, który przybył z mazidłem od Ezarela i zestawem pytań z cyklu „co lubisz”. Konkretniej: jakie lubisz kolory, materiały, faktury, kwiaty, oświetlenie, zapachy, a nawet czy wolisz materac miękki, twardy czy średni. Po poruszeniu kwestii materaca nastąpiło niepokojące zagęszczenie aluzji i uśmiechów okraszonych wchodzącym w niskie wibracje głosem. Tak jak poprzednio zignorowała to, co okazało się połowicznie skuteczną strategią. Połowicznie, bo wampir szczęśliwie tymczasowo dał sobie spokój z zalotami, ale jednocześnie coś w jego postawie mówiło, że nie zamierza odpuścić. Gdyby to była Ziemia, chyba zaczęłaby nosić ze sobą pieprz w spreju.
            Westchnęła. Nie czuła, żeby prowadzenie pamiętnika w czymkolwiek pomogło. Być może zapisy powinny być bardziej emocjonalne albo szczegółowe? A może powinna traktować go jako przyjaciela od zwierzeń? Nie miała pojęcia. Nigdy dotąd nie prowadziła pamiętnika. Samo to, że tak długo zbierała się do tego, aby popełnić pierwszy wpis, dużo mówiło o jej stosunku do samego pomysłu. Mimo to postanowiła spróbować. Jeżeli przez dwa miesiące nie poczuje, że pisanie książeczki zwierzeń w czymkolwiek jej pomaga, odpuści.
            Ostatnie dwa dni Kero oprowadzał ją po mieście. Musiała przyznać, że o ile zwiedzanie z nim Kwatery Głównej i cytadeli było prawdziwą przyjemnością, to jako przewodnik miejski się nie sprawdzał. Gubiła go nadgorliwość.  Omawiał każdą mijaną dziurę, sklep i kawałek muru, rozwodząc się nad ich historią, obecnym przeznaczeniem i tak dalej. W efekcie w ciągu tych dwóch dni zwiedzili naprawdę niewielki wycinek miasta. Wielkiego miasta, które chciałaby jako-tako poznać, póki pozostawała pod skrzydłami jednorożca. Jakoś wątpiła, żeby szybko zaufała Ezarelowi, Nevrze czy Valkyonowi tak jak jemu. Co prawda nie przypuszczała, żeby zamierzali wyrządzić jej jakąkolwiek krzywdę czy przykrość, ale nadal nie czuła się pewnie w tym pełnym dziwności i dziwadeł świecie, chociaż usiłowała robić dobrą minę do złej gry. Przy kimś takim jak Keroshane – wyważonym, cierpliwym i troskliwym, chociaż momentami nudnawym – miała wrażenie względnej stabilności. Wiedziała, że w razie jakichkolwiek kłopotów, jednorożec natychmiast ją wesprze, czy będzie chodziło o konflikt z jakimś faery, czy zwykłe wywrócenie się na drodze. Natomiast oni… No cóż, przypuszczała, że ze złowrogim faery pomogliby jej, ale przy wywrotce niekoniecznie. Ezarel wyglądał na kogoś, to EWENTUALNIE pomoże jak już skończy się śmiać. Nevra pewnie podniósłby ją, ale przy okazji spróbował złapać za tyłek – chociaż biorąc pod uwagę jak bardzo miała chudy tyłek, niespecjalnie było za co łapać – za to Valkyon… No cóż, on prawdopodobnie by pomógł. Może nawet  zapytał czy wszystko w porządku i takie tam. Rzecz w tym, że miała jakieś-takie przeczucie, że we wnętrzu swego umysłu, rechotałby równie głośno jak Ezarel, a może i do tego dorzucił z parę zjadliwych komentarzy.
            Westchnęła ciężko, rzucając pamiętnik na stolik, po czym wstała i wolnym krokiem ruszyła do drzwi. Dzisiaj Kero miał się nie zjawić – wczoraj uprzedził, że w związku z jakąś misją dyplomatyczną wraz z Ykhar będą musieli sporządzić mnóstwo dokumentów, co zajmie cały dzień… Co najmniej cały dzień. Jednak podobno znalazł jej jakieś zastępstwo za siebie. Niestety nie powiedział dokładnie jakie, ani nie uprzedził, kiedy się pojawi, a ona nie zamierzała Bóg wie ile czekać, szczególnie że była głodna. W końcu śniadanie samo się nie zje, prawda?
            Niepewnie opuściła salę, a potem szpital i dziarskim krokiem skierowała się do stołówki. Niestety ów dziarski krok, tak jak i pewna siebie mina były tylko pozą. Bez towarzystwa przewodnika czuła się zagubiona i bezbronna pośród otaczających ją ze wszystkich stron, dziwacznych istot. Co prawda już od trzech dni jadała wraz z innymi, wiedziała co i jak, ale jakoś  nie potrafiła się pozbyć towarzyszącego jej lęku. Może byłoby inaczej, gdyby rozumiała język faery. Tak, obroża tłumaczyła wszystko, co mówiła do niej osoba z nią rozmawiająca, ale słowa przechodniów stanowiły jedynie zlewający się w jednolity szum, śpiewny bełkot. Zresztą sama świadomość, że rozumie tylko tyle, ile inni chcą, żeby zrozumiała, nieszczególnie dodawała otuchy.
            W stołówce panował spory ruch i gwar, ale nie zrezygnowała. Stanęła w ogonku do bufetu, załadowała tacę jedzeniem, zajęła wolny stolik. Wszystko bez najmniejszych przeszkód, dziwnych pytań czy zaczepek. Właśnie zabierała się do intensywnej konsumpcji, kiedy nieoczekiwanie do stołówki wpadła Karen wlekąca za sobą jakąś białowłosą, częściowo pokrytą łuską dziewczynę o przypominających płetwy uszach i trudnym do przeoczenia, obfitym biuście. Wzrok wampirzycy natychmiast zatrzymał się na Eryce, a kły błysnęły w szerokim uśmiechu. Nie tracąc czasu  zaczęła się przepchać do jej stolika, potrącając i popychając co drugą mijaną osobę.
            - Cześć! – zawołała żywiołowo, jednocześnie sadzając łuskowatą koleżankę na jednym z wolnych miejsc. Ta nie protestowała. Na jej okrągłej, przyjaznej twarzy rozlał się poddańczy uśmiech, będący wizualnym przedłużeniem ciężkiego, z lekka rozbawionego westchnienia. – Sto lat się nie widziałyśmy. Mogę się przysiąść?
            - E… Już się przysiadłaś. Czy raczej przysiadłaś koleżankę – mruknęła Eryka z niejakim rozbawieniem. Widok rozpieranej przez energię wampirzycy dodał jej otuchy. W końcu zawsze miło zobaczyć znajomą twarz, nawet jeżeli owa twarz należy do nastoletniej, nieustannie pakującej się w kłopoty plotkary.
            - Nie koleżankę, tylko przyjaciółkę – sprostowała łuskowata, wyciągając do niej dłoń. – Alajea Emneu.
            - Eryka Zgasła, miło mi – mruknęła przypatrując się dziewczynie. Średniego wzrostu miała około dwudziestu lat, oliwkową cerę i wielkie oczy o niezwykłych, różowo-błękitnych, nasuwających na myśl plamę rozlanej benzyny tęczówkach. Do tego ta niebieskawa łuska pokrywająca część ramion i płetwiaste uszy. Nie potrafiła jej przyporządkować do żadnego poznanego do tej pory gatunku. – A jakim jesteś faery, bo naprawdę nic mi nie przychodzi do głowy?
            - Syreną. Znaczy jednym z kilku gatunków syren.
            - Syreną? – Eryka zamrugała, po czym niezbyt dyskretnie zerknęła pod stół. – A co zrobiłaś z ogonem?
            - Alajea zażywa specjalny eliksir, dzięki któremu zachowuje nogi – syrena już otwierała usta, żeby odpowiedzieć, ale Karenn wyprzedziła ją. – Jest dość nietypowa jak na syrenę. Boi się wody.
            - Wiesz, że potrafię mówić za siebie? – Alajea spojrzała ostro na przyjaciółkę, nadymając twarz i krzyżując ręce na obfitej piersi. – Poza tym mówienie z byka o moich fobiach jest takie nie teges.
            - Wiem i owszem, byłoby „nie teges”, gdybym cię nie znała i nie wiedziała, że sama zaraz wszystko powiesz. Zresztą Eryka jest tu sama, poobijana emocjonalnie i przestraszona w obcym świecie, więc potrzebuje wspólnej płaszczyzny porozumienia z kimś. Ty jesteś syreną, która musiała się przestawić na lądowy tryb życia, nauczyć powierzchni, bojącą się wody, a żyjąca w nadmorskim mieście, w Kwaterze, gdzie sporą część lochów zalewa morska woda. Macie wspólną płaszczyznę jak nic.
            Eryka wywróciła oczyma, uśmiechając się szeroko. Nie mogła odmówić Karenn ani fantazji, ani pokrętnej, a zarazem żelaznej logiki. No i bezpośredniości, a bezpośredniość, tak jak i szczerość naprawdę sobie ceniła. Chociaż w tym wszystkim znalazł się i pewien zgrzyt – dziewczyna przedstawiła ją niemal jak upośledzoną, wymagająca psychoterapii i leków antydepresyjnych. Owszem, była bezbronna i nieporadna, bo nic o niczym nie wiedziała, a mając wagę ringową nawet nie piórkową, tylko komarzą, rozwiązań siłowych też stosować za bardzo nie mogła, jednak nie płakała w kącie. Raz po raz pokonywała swój strach, stawiając czoła mikro wyzwaniom, jak chociażby wejście do tłocznej, pełnej dziwadeł stołówki. Wampirzyca powinna wziąć to pod uwagę.
            Alajea patrzyła na przyjaciółkę z ukosa, unosząc brwi w wyrazie podejrzliwości. W końcu westchnęła zwracając się do Eryki:
            - Co ona ma na myśli? Tak ujmując rzecz prościej i treściwie?
            - Ujmując rzecz prościej, treściwiej i bardzo dosadnie, chodzi jej o to, że jesteś prawie tak samo w dupie jak ja, więc powinnyśmy się bez problemu dogadać.
Syrena roześmiała się. Miała naprawdę śliczny uśmiech, a sam śmiech był bardzo przyjemny dla ucha. Zupełnie, jakby słuchało się brzęku srebrnych dzwoneczków. Eryka nie po raz pierwszy poczuła lekkie ukłucie zazdrości, jednak odsunęła je na bok. Doskonale zdawała sobie sprawę, że nie ma większego wpływu na swój wygląd ani nieciekawe brzmienie głosu, dlatego nie zamierzała się przejmować niedoskonałościami, jakie sprezentowała jej natura.
            - Tak, to ma sens. Teraz rozumiem, dlaczego nagle zaczęła wlec mnie do stołówki wołając „musisz ją poznać”.
            - To nie dlatego – obruszyła się Karenn. – Po prostu Eryka sprawia wrażenie fajnej osoby. A właśnie, Eryczko, masz jakieś plany na dzisiaj?
Szeroki uśmiech wampirzycy jasno obwieszczał, że jeżeli nie ma, to ona z miłą chęcią jej ten dzień zaplanuje. Albo nawet już zaplanowała… I zamierza wprowadzić owe plany w życie bez względu na wszystko.
            - Można tak powiedzieć. Czeka mnie kolejna tura zwiedzania miasta…
            - Chyba nie chcesz powiedzieć mi, że zamierzasz spędzić kolejny dzień z tym nudziarzem Kero?
            Lekceważący ton Karenn ubódł Erykę, jednocześnie utwierdzając ją w przeświadczeniu, że jednorożec w Straży pełni rolę popychadła… Nie, popychadło to zbyt mocne określenie. Nie popychadła, tylko nieciekawego gryzipiórka, z którym prawie nikt się nie liczy, chyba że czegoś od niego potrzebuje. Poirytowało to ją. Może i Kero ostatnio rzeczywiście przynudzał, ale był pierwszą prawdziwie miłą osobą, jaką tu spotkała. Jedyną, która sprawiała wrażenie szczerze przejętej jej losem. Niestety tak to zwykle bywa, że mili, szczególnie jeżeli są potulni bądź nieśmiali, obrywają od życia. Nigdy się z tym nie godziła, dlatego zawsze starała się tego rodzaju osoby doceniać i im pomagać.
            - Kero to nie nudziarz – oświadczyła ciut chłodno. – Może jest nieco nadgorliwy, ale nie nudny. I tak, zamierzałam spędzić z nim ten dzień, ale niestety jest zajęty. Podobno znalazł mi jakieś zastępstwo na dzisiaj.
            - Pewnie takiego samego nudziarza jak on…
            - Nie uważam siebie za nudziarza – rozbrzmiał obok miły dla ucha, arystokratyczny głos.
            Eryka, podobnie jak pozostałe dziewczyny odwróciła się. Głos okazał się należeć do tajemniczego blondyna ze Lśniącej Straży, który towarzyszył Kero w trakcie przesłuchania. Szczupłą twarz zdobił łagodny, jakby nieco rozmarzony uśmiech, a w spokojnych oczach lśniła dziwna czujność.  Tyle wystarczyło, aby Alajea oblała się lekkim rumieńcem, jednak na Karenn pojawienie się mężczyzny nie zrobiło dużego wrażenia.
            - Ale jesteś – mruknęła, wbijając w niego twarde spojrzenie, na co ten w żaden sposób nie zareagował. – Jedyna różnica między tobą, a Kero to ta, że w przeciwieństwie do niego nie gęgasz „ojej, nie róbcie tego, bo Miiko będzie zła”, „nie, to niebezpieczne”…
            - Jest zwyczajnie ostrożny i troskliwy, to nie wady, tylko cechy usposobienia. Nie wszyscy muszą być… – Eryka zawahała się. Polubiła energiczną, emanującą pozytywną energią wampirzycę, ale sposób w jaki wyrażała się o jednorożcu, sprawiał, że miała ochotę zakończyć zdanie słowami „…postrzeleni, nieostrożni i nieodpowiedzialni”. Jednak nie należała do osób warczących na innych z byle powodu. –… Rozrywkowi – rzuciła koślawo.
            - A ty co go tak bronisz? – Karenn uniosła brwi. – Podoba ci się?
            Gdyby Eryka wystartowała w konkursie na najbardziej ogłupiałą minę świata, prawdopodobnie wygrałaby. Zaskoczenie na jej twarzy walczyło z niedowierzaniem i rozbawieniem. Właściwie to nawet nie do końca wiedziała, jak dowiedzieć dziewczynie. Jasnym było, że zwyczajne „nie” jej nie wystarczy, a spowoduje tylko, że jeszcze bardziej zacznie drążyć temat. Znowu konkluzje takiego drążenia mogły wykluć się tylko dwie: „podoba ci się, tyko nie chcesz się przyznać” albo „no widzisz, sama przyznajesz, że to nudziarz i gęgała”. Dlatego musiała zagrać inaczej.
            - Wiesz, pierw muszę się przyzwyczaić, że tutejsi faceci mają rogi, ogony, dziwne kolory skóry skrzydła i takie tam… Ewentualnie potem będę się zastanawiać czy są atrakcyjni.

Online

#64 08-07-2018 o 21h28

Straż Cienia
Methrylis
Przyjaciółka Jamona
Methrylis
...
Wiadomości: 15 210

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Nadal niewiele się dzieje, toteż nie ma o czym pisać. Podoba mi się sposób, w jaki kreujesz Karenn, zwłaszcza że Eryka na pewno doceni wsparcia.

A co do Leiftana, to SIO NIECH ON SOBIE IDZIE. Nie no, wiadomo, że Leif będzie mieszał jak diabeł [demon] słońcem, ale trudno się mówi, jakoś trzeba to zdzierżyć. Oby tylko Eryka za szybko nie dała się mu omotać. Bo że z czasem jednak się mu lekko podda, to się domyślam.

No nic, czekam na kolejną część i pozdrawiam ^^

Offline

#65 13-07-2018 o 16h46

Straż Cienia
Le0kadia
Straż na szkoleniu
Le0kadia
...
Wiadomości: 218

@Methrylis - Cieszę się, że podoba ci się Karenn. Z niecnych przyczyn ;]
           A co do Leifana niczego nie zakładaj z góry /static/img/forum/smilies/wink.png Poza tym opowiadanie nie będzie TYPOWYM romansem, więc nie sądzę, że będzie to mowa o poddawaniu się czy uleganiu komukolwiek. A przynajmniej nie w kontekście w jakim brzmią te słowa.


V Pierwsze decyzje (cz.2)

           - To było średnio miłe – mruknęła Alajea. – Zabrzmiało jakbyśmy byli jakimiś dziwadłami czy coś…
           - E… Bo poniekąd jesteście. Ym… Znaczy przynajmniej dla osoby takiej jak ja, która całe życie oglądała tylko i wyłącznie ludzi… Znaczy na żywo, filmów i innych takich nie liczę. – Na twarz Eryki wystąpił wyraz zakłopotania. Nigdy nie była mistrzynią subtelności. – Gdybyś ty całe życie oglądała tylko inne syreny, a lądowych dwunogów wkładała między bajki, ludzie i naziemni faery też byliby dla ciebie dziwaczni. – Westchnęła, spoglądając na nieco zmieszaną buźkę syreny. Stwierdziła, że powinna strategicznie zmienić temat, ale, z drugiej strony, skoro już i tak zabrnęła na ciut grząski grunt, mogła równie dobrze dalej brnąć w tę stronę, tylko może ciut inaczej. – A tak a propos dziwaczności, to mogę dotknąć twojej łuski i uszu… ? Płetw… W sumie to nie wiem, co to. Wiem, że to dziwna prośba, ale zaspakajam tym sposobem ciekawość i szybciej przyzwyczajam się do tego, że wyglądacie nieco inaczej. Zmacałam już bibliotekarkę nagę, sfinksa i jednego stolema. Znaczy wszystkich, spotkanych strażników, którzy mieli jakieś bardzo nietypowe przydatki i nie sprawiali wrażenia, jakby zamierzali mi urwać głowę, jeżeli ich dotknę.
           - Y… Dobra – mruknęła po dłuższej chwili Alajea. – I to są USZY, a nie płetwy… Chociaż pełnią też rolę osłonek skrzeli.
           Eryka, wyciągnęła się nad blatem stołu, żeby zbadać organoleptycznie wyraźnie skrępowaną syrenę, której  policzki pokrył lekki rumieniec. Jej łuski przypominały w dotyku płatki plastiku, a uszy coś pomiędzy bardzo sztywną skórą, taką na zimowe buty, a masą perłową.
           - Dziękuję. Niezdrowa ciekawość zaspokojona – mruknęła uśmiechając się z wdzięcznością, po czym spojrzała na stojącego obok, tymczasowo zignorowanego lorialeta, który miał minę, jakby zastanawiał się, co w ogóle tutaj robi. – Rozumiem, że to ty masz się dzisiaj mną opiekować?
           - Zgadza się – mruknął, a po jego twarz rozlał się szeroki, ale zarazem dziwnie dystyngowany uśmiech. – Muszę przyznać, że naszukałem się ciebie. Już myślałem, że gdzieś wywędrowałaś… Swoją drogą, chyba jeszcze nie zostaliśmy sobie przedstawieni. Leifan Vaiwe.
           Mężczyzna nieznacznie skłonił się, kładąc dłoń na piersi. Niby prosty gest, ale jakiś-taki niezwykle szarmancki  w wyrazie. Alajea natychmiast zrobiła maślane oczy, a Karenn uraczyła go iście kocim, pełnym wyższości spojrzeniem. Eryka natomiast nie rozumiała reakcji ani jednej, ani drugiej dziewczyny, tym bardziej, że powitanie nie było skierowane do żadnej z nich.
           - Eryka Zgasła, ale to już pewnie wiesz. W każdym razie, miło cię poznać – uśmiechnęła się, niezręcznie splatając dłonie ze sobą. Zwykle rozpoczynała znajomość od mocnego uścisku ręki, nie była przyzwyczajona do tego, że ktoś jej się skłania. – A co do szukania, niestety mój żołądek upomniał się o swoje prawa, a wolałam go nie drażnić, bo wtedy warczy.
           - Mnie też jest miło. – Przez chwilę przypatrywał jej się uważnie, po czym zerknął na jej już do połowy opróżniona tacę. – Wybacz śmiałość, ale że sama jesteś, jak to przed chwilę pokazałaś, wyjątkowo bezpośrednia… Czy wszyscy ludzie jedzą tak dużo?
           - Większość ludzi je proporcjonalnie do swojej masy bądź adekwatnie do zajęcia. Ja jestem jednym z nielicznych wyjątków, żarłokiem o piekielnie szybki metabolizmie. Jem za trzech i nie tyję, nieważne czy leżę czy coś robię.
           - Też bym tak chciała – mruknęła Alajea. – Mnie zaraz idzie w boki.
           - Coś za coś. Ja jestem zawsze chuda, ale za to prawie w ogóle nie mam biustu – Eryka wypięła swoją niezbyt imponujących rozmiarów pierś.
           - Wiesz, Karenn jedzenie też idzie w boki, a też prawie w ogóle nie ma biustu. – Syrenka błysnęła zębami w szerokim uśmiechu, zerkając na przyjaciółkę.
Gdyby spojrzenie mogło zabijać, Alajea już leżałaby martwa na podłodze. Szczęśliwie morderczy wzrok wampirzycy zdziałał tylko tyle, że setnie ubawił Leifana, który chichotał przesłaniając usta dłonią. Rzecz jasna to jeszcze bardziej ją rozdrażniło. Łypiąc spode łba na lorialeta wyglądała jak kot oblany wodą. Eryka miała wrażenie, zaraz prychnie i ucieknie pod jeden ze stołów.
           Przez krótką chwilę poczuła się jak w domu, podczas porannych przepychanek przy stole z siostrą i tatą, a czające się gdzieś-tam z tyłu umysłu napięcie na chwilę zelżało. Niestety to było jak deja vu – przyszło i minęło.
Dziewczyny zamówiły coś do jedzenia, podobnie jak Leifan, niepomny różnych zaczepek i drobnych uszczypliwości ze strony Karenn. Rozmowa toczyła się gładko i przyjemnie, chociaż Eryka nie potrafiła nie zauważyć, że jest troszeczkę zbyt grzeczna, mimo bezpośredniości i wścibstwa wampirzycy, która zaczęła drążyć temat jej aparaciku, kiedy tylko dowiedziała się, że to nie dziwaczna biżuteria tylko urządzenie do prostowania zębów. Wszystko przebiegało w rytmie „byleby tylko nie urazić naszego ziemskiego gościa”. Rzucało się to tym bardziej w oczy, że tematyka rozmów tyczyła głównie właśnie jej. Tego jak się czuje, co myśli o Eldaryi, o Kwaterze, o spotkanych osobach i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Nieco to ją frapowało. Z jednej strony pochlebiały jej troska i zainteresowanie towarzystwa, ale z drugiej nie była przyzwyczajona do przebywania centrum uwagi… Przynajmniej nie takiej. Kiedy wygłupiała się lub – dajmy na to – efektownie potknęła czy wywróciła i owszem, przyciągała atencję, ale tak bez powodu? Nigdy. Jeszcze zrozumiałaby, gdyby tak, jak za pierwszym razem zrobiła to Karenn, wypytywano ją o jej poprzednie życie, Ziemię, ale nic z tych rzeczy. Miała wrażenie, że w ciągu kilku minut awansowała na lokalną sławę albo licealną księżniczkę rodem z amerykańskich filmów dla młodzieży.
           - To jak ci to wyprostuje zęby to spadnie czy co? – zapytała Karenn, przyglądając się jej uśmiechowi jak sroka błyszczącej broszce.
           - Niestety nie. Powinnam go zdjąć, bo inaczej zacznie mi krzywić zęby zamiast je prostować. Ewelein myśli jak to zrobić i mam nadzieję, że wymyśli coś bezbolesnego. Chociaż, biorąc pod uwagę, że same badania były dość nieprzyjemne, jakoś na to nie liczę.
           - A właśnie, jak twoje badania? – żywo zainteresowała się Karenn. – Wszystko w porządku?
           - Jestem okazem zdrowia.
           - Zgadza się – mruknął Leifan, uśmiechając się słodko do wampirzycy. – Ewelein przedłożyła dzisiaj jej dokumentację lekarską szefom Straży. – Przeniósł wzrok na Erykę. – Jeżeli nic niespodziewanego się nie zdarzy, już jutro będziesz mogła przystąpić do testów mających przyporządkować cię do którejś ze Straży. Oczywiście, ze względu na to, że nie jesteś stąd, zostały nieco uproszczone.
           - Super! – Alajea klasnęła w ręce jak mała dziewczynka. – Jak myślisz, do jakiej Straży trafisz?
Eryka westchnęła. Szczerze powiedziawszy w ogóle się nad tym niezastana wiała, a to z banalnego powodu:
           - Nie wiem. Nie sądzę, żebym nadawała się do którejkolwiek.
           - Czemu?
           - Ech… Żeby być w Absyncie powinnam się znać na magii, być magiczna lub mieć coś wspólnego z eliksirami… Ewentualnie przynajmniej znać się na chemii. Przyznaję, w liceum z chemii byłam niezła, ale to było pięć lat temu. Natomiast co do magiczności… - Rozłożyła ręce. – Jestem człowiekiem, Ziemianką, z magią to naprawdę niewiele mam wspólnego. Co do Obsydianu… Powiedzmy, że nie mam budowy wojownika. Miecza ani innej broni w ręku nigdy nie miałam, zresztą wątpię, żebym potrafiła unieść miecz czy chociażby naciągnąć cięciwę łuku. No i zarówno na Obsydian jak i na Cień jestem zbyt niezdarna. Potrafię dosłownie potknąć się o własne nogi, co chwilę w coś uderzam łokciami, kopię i tak dalej. Gdyby nie Kero, w trakcie zwiedzania miasta z pięć razy wpadłabym pod rower.
           Z pięć, a możne nawet i dziesięć. Naprawdę ostatnie, czego się spodziewała w świecie fantasy, to rowerzyści w ilościach hurtowych. Jak się okazało ich obecność, generalnie obecność w Eldaryi roweru jako takiego, miała solidne uzasadnienie. Otóż tutejsze zwierzęta ze względu na swoją agresję wobec faery, nie mogły pełnić roli wierzchowców czy też zwierząt zaprzęgowych. Co prawda od czasu do czasu sprowadzano z Ziemi konie, muły i inne, ale tych raz, że było za mało, a dwa rozmnażanie ich na miejscu mijało się z celem – klątwa przechodziła na ich młode. Każde stworzenie, które  przyszło na świat w Eldaryi  było wrogie faery. Dlatego też wynalazek roweru, znalazł szerokie zastosowanie wśród fantastycznych istot. Naprawdę szerokie. Chodząc ulicami miasta Eel Eryka miała okazję zobaczyć na żywo sceny rodem z azjatyckich filmików internetowych typu „jak przewieść rowerem dwieście kilo materiałów budowlanych”. Do tego rowerowe riksze, wszędzie było ich pełno.
           - Aj tam, wszystkiego można się nauczyć. – Syrena wzruszyła ramionami. – Jakbyś wiedziała, jakie JA miałam problemy w Absyncie, jak do niego trafiłam. Szef i Ezarel co najmniej dwa razy w tygodniu darli się na mnie, że ZNOWU narozrabiałam w laboratorium. Nawet zwykłego eliksiru snu nie potrafiłam uwarzyć, a teraz…
           - A teraz wreszcie z trudem warzysz ten eliksir snu i drą się na ciebie tylko raz w tygodniu – zachichotała Kaenn, na co Alajea solidnie trzepnęła ją w ramię.
           - Wcale, że nie!
           - Prawda w oczy kole? – zaśmiała się wampirzyca.
           - Raczej przyganiał kocioł gankowi – wtrącił rozbawiony Leifan. – Konkretniej rzecz ujmując, szpieg, którego co rusz przyłapują z uchem przy cudzych drzwiach.
           - No tak, ty nie masz tego problemu prawda? – Karenn spiorunowała go wzrokiem.
           Eryka nie rozumiała, o co chodzi między lorialetem, a wampirzycą, ale czuła, że coś jest na rzeczy. Spojrzała pytająco na syrenę, która zachichotała, zerkając z złośliwie na przyjaciółkę.
           - Karenn boli, że Leifan zawsze bez trudu wie o wszystkim pierwszy, a co gorsza się tym nie dzieli.
           - Wcale, że nie wie o wszystkim! – zaoponowała gwałtownie Karenn, posyłając ostre spojrzenie Leifanowi, który chociaż nadal stonowany, wyraźnie dobrze się bawił.
           Eryka pierwszy raz w życiu widziała, żeby komuś zależało na utrzymaniu reputacji plotkary… Czy też konkretniej rzecz ujmując sławy NAJWIĘKSZEJ plotkary w okolicy. Zwykle wszyscy wypierali się plotkarstwa lub na siłę usprawiedliwiali ten nie do końca chwalebny zwyczaj, tymczasem wampirzyca była wyraźnie dumna z wypracowanej opinii.
           - No tak, mnie nie interesują cudze romanse i wpadki modowe –  mruknął, odchylając się na krześle. – Jakoś ubranie mokasynów do satynowej sukienki nie budzi we mnie uczucia grozy.
           - Dlatego NIGDY nie będziesz lepszy ode mnie, masz za wąskie horyzonty – rzuciła ta, pokazując mu język w pełnej krasie.
           Spojrzenia Eryki i Alajei spotkały się. Obie parsknęły śmiechem, w czym po chwili, przesłaniając usta dłonią, zawtórował im Leifan. Karen nic sobie z tego nie robiła. Ba! Jeszcze wyprostowała się dumnie na krześle z wyższością spoglądając na towarzystwo.
           Eryka musiała przyznać, że Karenn jest bardzo nietypową osobą. Bardziej niż sądziła przy ich pierwszym spotkaniu, a przecież wepchanie się komuś do pokoju przez wentylację powinno gwarantować pierwsze miejsce na podium nietypowości. Jednak w kolorowym świecie Eryki, obracającej się głównie w towarzystwie różnego rodzaju dziwaków, aby zasłużyć na podium, trzeba było się naprawdę postarać.
Spotkanie w szerszym gronie, chociaż niespodziewane, okazało się całkiem sympatyczne. Zarówno utarczki na polu „zawodowym” Karenn i Leifana, jak i późniejsze wystąpienie wampirzycy nalegającej, aby lorialet zostawił jej i Alajei oprowadzenie Eryki po mieście. Oczywiście nie udało się jej tego przeforsować, co sama zainteresowana przyjęła z ulgą. Owszem, polubiła Karenn, ale miała jakieś takie dziwne wrażenie, że wycieczka z nią u boku w miasto nie skończyłaby się najlepiej. W końcu bawić się w towarzystwie postrzelonej dziewczyny na Ziemi, którą zna się od małego, a w kompletnie obcym i potencjalnie niebezpiecznym świecie to dwie różne rzeczy. Efektem pierwszej mógłby być co najwyżej kac i mnóstwo wstydu, a drugiej… Nawet nie próbowała sobie tego wyobrażać.

Online

#66 13-07-2018 o 22h16

Straż Cienia
Methrylis
Przyjaciółka Jamona
Methrylis
...
Wiadomości: 15 210

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Och, w ogóle się nie martwię, że to mógłby być typowy romans, w którym Leif opętałby biedną bohatereczkę. To znaczy, coś innego miałam poprzednio na myśli, a mianowicie to, że Leif na pewno będzie ostro kombinował, a głupi nie jest. A że ty z tego romansidła nie zrobisz, to ja jestem spokojna XD Zdziwiłabym się dopiero wtedy, gdybyś zaczęła trzepać tu słodkimi scenkami ;]

Kurcze, aż szło polubić takiego Leiftana przekomarzającego się razem z Karenn i Alką :d Mimo że go przecież nie lubię. A tu proszę, całkiem sympatycznie. Ale to chyba dlatego, że jeszcze nie wiem, czy lubię bohaterkę. Bo jakbym jej nie lubiła, byłabym #teamLeif i kibicowała niecnemu planowi. Ale to się zobaczy.

Czekam na kolejne części i pozdrawiam c:

Offline

#67 17-07-2018 o 17h51

Straż Cienia
Le0kadia
Straż na szkoleniu
Le0kadia
...
Wiadomości: 218

@Methrylis - Leif głupi nie jest, ale pewna rzecz powinna rzucać się w oczy za niedługo, a przynajmniej mam nadzieję, że zacznie się rzucać. Rzecz z powodu której wyeliminowałam go jako potencjalną parę dla Eryki /static/img/forum/smilies/wink.png
          Bo w grze trudno coś dobrego o Leifie powiedzieć, poza tym, że jest zdrajcą. Do tego zdrajcą, który nawet swojej zdrady nie potrafi się rzeczowo trzymać, bo Gardzia. Generalnie wychodzi na niestabilnego, a nie znamy jego usposobienia, tylko maskę, a nawet maska jest niezbyt interesująca. Ma za zadanie robić za tego miłego i wyrozumiałego i jest miły i wyrozumiały, i nic poza tym.No i na koniec ciut zazdrosny, ale to naciągane. Generalnie Chino nie napracowała się nad jego usposobieniem. Chociaż nie jest tak frustrujący jak sama Gardzia, która ewidentnie powinna skonsultować się z psychologiem, na temat swego niezdrowego rozemocjonowania podpadającego pod chorobę dwubiegunową albo przynajmniej osobowość typu borderline... Szczególnie w ostatnim odcinku. Btw, to jest w ogóle piękne - wzięłam sobie na wyprawę Nevrę, z którym mam najmniej Lovo, żeby móc go najłatwiej odrzucić, a tu mnie gra na hamca sparowała z gościem, z którym mam -20 xD. To jest "piękne". No cóż, zobaczymy czy opcja zostania z fenghuangami i posłania go do diabła będzie możliwa, czy będzie się wlókł za mną jak smród z gaci xD Chociaż wtedy pewnie zainwestują w homoseksualny motyw z Huang Hua, na który też nie mam ochoty. Hm...
          Ok, ok, wiem, gadam nie na temat. A co do Eryki, sądzę, że będzie bohaterką do polubienia. Dziwną, której przemiana nie będzie "bohaterska", przynajmniej nie do końca, ale sympatyczną. Rzecz w tym, że aby dobrze rozwinąć niektóre rzeczy potrzebuję tu sporo zapychaczy, a te trudno wykreować interesująco. Meh...

V Pierwsze decyzje (cz.3)

          Zwiedzanie z Leifanem miało się okazać naprawdę inne niż to z Kero. Przede wszystkim mężczyzna nie zabrał ze sobą, w przeciwieństwie do jednorożca, ani planu miasta, ani żadnej opasłej księgi, ani też nie zaczął wszystkiego od przydługiego wykładu na temat dzielnicy, do której mają zajść. Zwyczajnie zaprowadził ją do wielkich wrót strzegących cytadeli i wyszedł z nią na miasto.
          - To co już obejrzałaś z Kero? – zapytał, kierując się prężnym krokiem ku niewysokim jak na ziemskie standardy zabudowaniom, nad którymi górowała majacząca w oddali, strzelista wieża magistratu.
          - E… Nie skończyliśmy nawet oglądać starówki – mruknęła.
          Eryka uwielbiała zwiedzać. Uwielbiała też dowiadywać się ciekawych rzeczy na temat miejsc, które odwiedzała. No i musiała przyznać, że starówka jest śliczna – niskie kamieniczki z śnieżnobiałego kamienia zwieńczone półokrągłymi dachami krytymi zieloną dachówką, wielobarwny, ułożony w zawiłe wzory bruk i przypominające ogromne kwiaty latarnie robiły wrażenie. Niestety nawet tak śliczne miejsce oglądane i omawiane przez dwa dni nieco nużyło. Szczególnie, kiedy jeszcze tyle czekało do zobaczenia.
          - Rozumiem… Znowu odezwała się w nim żyłka historyka – mężczyzna pokręcił z uśmiechem głową. – Chyba zapomniał, że oprowadzenie po mieście powinno zaznajomić cię z jego rozplanowaniem, żebyś potrafiła się po nim poruszać i jak najszybciej mogła sama wychodzić. No cóż, teraz będziemy musieli to jakoś nadrobić. Dobrze, że Miiko podarowała mi nieco funduszy operacyjnych.
          Mówiąc to skinął na przejeżdżająca obok rowerową rikszę, która błyskawicznie zawróciła ku nim. Należała do raczej młodego, czterorękiego mężczyzny o niebieskiej skórze i dzikich rysach twarzy. Przyglądał się im z umiarkowaną ciekawością.
          - Gdzie zawieźć? –zapytał.
          - To zależy – mruknął Leifan. – Dużo czasu masz przyjacielu?
          - Do zmierzchu.
          - Chyba nie zajmiemy aż tyle czasu.  Chciałbym cię wynająć na cały dzień… Powiedzmy tak do osiemnastej. Stawka pięćdziesiąt trakau.
          - Sześćdziesiąt.
          - Stawka nie podlega negocjacjom. – Twarz Leifana nagle stwardniała. Z miejsca jasnym się stało, że rikszarz  nie wytarguje wiele. – Mogę dorzucić do tego porządny obiad, ale nic więcej. Bierzesz czy mam poszukać kogoś innego?
Mężczyzna bez słowa wskazał im zapraszającym gestem rikszę. Najwyraźniej oferta Leifana należała do tych nie do odrzucenia.
          Riksza przypominała wielki wiklinowy kosz wyłożony poduchami. Poduchami, które czyniły ją niezwykle wygodnym, jak po chwili przekonała się Eryka, wgramoliwszy się niezdarnie do pojazdu. Po chwili obok zręcznie usiadł Lefinan. Nie po raz pierwszy i nie ostatni w życiu dziewczyna zastanowiła się, czemu, skoro los poskąpił jej urody, musiał też poskąpić jakiejkolwiek zwinności. Kiedy inne kobiety, nawet te niezbyt urodziwe, przyciągały wzrok swoją giętkością i gibkością, ona najczęściej zajmowała się przepraszaniem, bo kogoś potrąciła lub coś rozbiła.
          - Byłaś na rynku? Bo chyba rynek ci pokazał? – zapytał lorialet.
          - No tak. Rynek to taka podstawa, którą trzeba zaliczyć.
          Bardzo efektowna podstawa. Fontanna z wielką rzeźbą wzbijającego się do lotu, „ziejącego” wodą smoka naprawdę robiła wrażenie, podobnie jak zastępująca bruk, skomplikowana, abstrakcyjna mozaika i przypominający niewielki pałac budynek ratusza. Swoją drogą, coraz bardziej zastanawiało ją to wszystko. Faery z pewnością nie mieli tu łatwego życia – w końcu wszystko, nawet przed rozbiciem Kryształu, było przeciwko nim – tymczasem włożyli tyle energii i czasu, aby miasto wyglądało imponująco. Dlaczego? Czy nie lepiej byłoby przeznaczyć tę energię na coś praktyczniejszego? Coś, co ułatwiłoby wszystkim faery życie.
          Jednak, jadąc rikszą, nie myślała o tym wiele, woląc cieszyć oczy widokami. Leifan postawił sobie za cel pokazać Eryce wszystkie ważniejsze punkty miasta, co realizował, wyznaczając żywo pedałującemu mężczyźnie coraz to nowe punkty docelowe, gdzie wysiadali na chwilę, aby obejrzeć wszystko z bliska. A oglądać naprawdę było co.
          Największe wrażenie na pewno robiła Dzielnica Handlowa, gdzie za przeszklonymi witrynami różnorakich sklepów pyszniły się wielobarwne towary począwszy od środków czystości i ubrań roboczych po perfumy, połyskującą biżuterię i pyszne suknie będące ziszczeniem pragnień każdej dziewczynki marzącej o byciu królewną. Położony nieopodal Wielki Targ, gdzie na różnych, wielobarwnych stoiskach sprzedawano produkty spożywcze i smakołyki, wabił niezliczone tłumy. Panował tam wielki gwar, nad który przebijały się nawoływania sprzedawców i potworny ścisk. Łatwo można było się zgubić, toteż Eryka nieustannie ściskała rękaw Leifana, aby przypadkiem nie zostać rozdzieloną z nim… Chociaż, nawet gdyby to się stało, prawdopodobnie szybko znalazłaby pomoc – wokół kręciło się sporo strażników. Naprawdę sporo. Wyglądało na to, że stragany z żywnością wymagały specjalnej ochrony, co było nader zastanawiające. Jednak nie aż tak bardzo, aby Eryka nie zjadła kupionych dla niej z „funduszy operacyjnych” smakołyków. Potem przyszedł czas na Dzielnicę Rzemieślniczą, gdzie również panował gwar, ale innego rodzaju, mniej gorączkowy, urozmaicony postukiwaniem młotów, furkotem krosen oraz odgłosami piłowania… Powietrze też było tu inne, doprawione niezbyt przyjemnymi zapachami, chociaż nie aż tak uciążliwymi jak te w Dzielnicy Posoki, gdzie z dala od budynków mieszkalnych mieściły się rzeźnie, garbarnie i browary. Odetchnęła dopiero, gdy opuścili ją na rzecz rejonów typowo mieszkalnych, gdzie prócz domów i kamieniczek z śnieżnobiałego kamienia, stanowiącego jeden z głównych materiałów budulcowych Eel, mieściły się rozmaite karczmy i gospody. Wraz z rikszarzem zawitali do jednej z nich, gdzie Leifan zamówił dla nich wszystkich suty obiad, o wiele smaczniejszy niż to, co podawano w stołówce. Niestety w karczmie ilości jedzenia były mocno ograniczone, więc Eryce pozostawało mieć nadzieję, że napełni żołądek do pełna po powrocie do Kwatery Głównej.
          Tymczasowo najedzona rozglądała się po karczmie. Tonące w złocistych brązach i żółtawych zieleniach wnętrze sprawiało przyjemne wrażenie. Ktokolwiek je zaprojektował, starał się, aby swoim wyglądem nawiązywało do lasu czy też leśnej polany. Nic więc dziwnego, że gościli tutaj głównie „leśni” faery. Kobiety o zielonkawej skórze i liściach zamiast włosów oraz zielonkawi mężczyźni o gęstych, zmierzwionych włosach, pokaźnych kłach i rozwidlonych rogach – driady i ich męskie wersje, fauny, jak jej wyjaśnił Leifan – przeróżne chochliki, których cechę rozpoznawczą stanowiły długie, wąskie i niezwykle kudłate uszy, a także skrzaty. O dziwo nie zauważyła żadnego sylfa, a przecież wedle rozmaitych baśni należały do istot silnie związanych z naturą, podobnie jak wróżki. Właściwie to były wróżkami… Czy raczej czymś pomiędzy wróżkami, a elfami. W każdym razie faery kojarzącymi się z tańcami wokół kwiatów i drzew.
          - Świetnie się spisałeś. Dzięki tobie zwiedziliśmy większość miasta czasie o wiele krótszym niż się spodziewałem. – Leifan położył obok rikszarza dziesięć dziwnych, ośmiokątnych monet z dziurkami.  – Dzisiaj raczej już nie będziesz nam potrzebny.
          - Rozumiem – mruknął rikszarz, błyskawicznie chowając zapłatę za pazuchę bogato wyszywanej, granatowej kamizelki, po czym powrócił do swojego posiłku. Nie sprawiał wrażenia nazbyt towarzyskiego.
          - Znaczy rozprostowujemy nogi i wracamy do Kwatery na piechotę? – zapytała Eryka. Jako istota z natury ruchliwa nie miała nic przeciwko małemu spacerkowi.
          - Nie do końca. Pierw przejdziemy się na nabrzeże, jest tam parę rzeczy wartych obejrzenia. A ponieważ dzień jest tak piękny, miło będzie się przespacerować, szczególnie, że dzięki naszemu przewoźnikowi zyskaliśmy tyle dodatkowego czasu. – Odchylił się na krześle spoglądając na nią badawczo. – Zresztą chyba nie ma sensu tak wcześnie wracać do Kwatery, prawda? Pewnie nudzisz się tam niemiłosiernie sama w swojej sali  szpitalnej.
          - Nie jest źle, odkąd mogę spacerować po zewnętrznych rejonach Kwatery Głównej i  cytadeli. Chociaż wcześniej… No tak, ilość rzeczy możliwych do zrobienia w szpitalnej sali jest mocno ograniczona. Naprawdę szczęście, że Karenn zakradła się do mnie, bo gdyby nie jej odwiedziny to pewnie umarłabym z nudów. Chociaż, kiedy niespodziewanie zaczęła wychodzić z wentylacji, prawie dostałabym zawału. Szczególnie, że wyobraźnia podpowiadała mi miliardy rzeczy, bardzo nie przyjemnych rzeczy, które mogłyby się czaić w szybach wentylacyjnych Kwatery magicznych istot.
          Leifan zachichotał, spoglądając na nią z rozbawieniem.
          - Tak, słyszałem, o tym. Jej szczęście, że nie oberwała od ciebie czymś w głowę, jak tylko wyjrzała z wentylacji. Dobrze… To co, idziemy?
          Z uśmiechem skinęła głową.
          Karczma mieściła się jakieś dziesięć minut piechotą od miejskiej bramy, strzeżonej przez grupę dźwigających halabardy i kusze, groźnie wyglądających Strażników. W towarzystwie Leifana, któremu wszyscy bez słowa skinęli na przywitanie, przeszła przez nie zostawiając za sobą wysokie na kanaście metrów mury obronne i ruszyła szerokim, wyłożonym białymi kamieniami traktem w kierunku, z którego dało się słyszeć odległy szum fal, tłumiony przez rozbrzmiewający wokół gwar. Otóż miasto wylewało się daleko poza swoje mury, za którymi przechodziło w rozległą wioskę obrzeżoną polami zbóż, sadami oraz wzmacnianymi zagrodami z jakimiś wielkimi stworzeniami, zapewne tutejszym, morderczym odpowiednikiem bydła. Ich pełne frustracji porykiwania co jakiś przeszywały powietrze.
          Nagle coś małego i gdaczącego wpadło Eryce pod nogi czego efektem była efektowna wywrotka. Jako skończona niezdara, Eryka miała naprawdę duże doświadczenie w efektownych wywrotkach, więc ta, chociaż obejmowała przypadkowe kopnięcie kury, która spadając wykonała malownicze salto i spadła wprost na jej głowę nie należała do szczególnie fascynujących. Chociaż sama kura, która nieco skołowana zlazła z głowy dziewczyny, stanęła przed nią, po czym głośno gdaknęła, i owszem. Przynajmniej z perspektywy Eryki.
          - Kura? Co tu robi kura? Chyba tu nie macie kur, prawda? – zapytała z pozycji leżącej nieco zszokowanego Leifana, którego ta nagła, zakrawająca na gag komediowy rodem z czarno-białych filmów wywrotka nieco zaskoczyła. Lorialet wyraźnie nie wiedział czy ma zacząć zbierać Erykę z ziemi, otrzepując i pytając czy jest cała, czy może zacząć się śmiać, jak stojąca nieopodal satyr, której donośny rechot przykuwał powszechną uwagę. W końcu zdecydował się na opcję trzecią czyli odpowiedź na pytanie.
          - Od czasu do czasu są organizowane wyprawy na Ziemię, jak ci pewnie wspominał Kero. W ich trakcie zabieramy zwierzęta, głównie te nadające się na wierzchowce bądź zwierzęta pociągowe, ale zdarzają się też krowy, mleczne kozy no i oczywiście kury. Czy raczej kurczaki. Dość łatwo jest uśpić i zwinąć około pięćdziesięciu kurcząt, z których potem otrzyma się stadko dających przez dobre kilkanaście lat jaja kur… - Wyjaśnił patrząc jak Eryka niezdarnie siada na kamiennej ścieżce i bacznie obserwowana przez kurę, otrzepuję tunikę. – E… Nic ci się nie stało? Ten upadek wyglądał dość groźnie.
          Eryka spojrzała na niego ciut krytycznie. Mężczyzna ewidentnie nie wiedział, co to znaczy groźnie wyglądający upadek. Lot ze schodów ruchomych wprost na wózek wyładowany narzędziami ogrodniczymi, to wygląda groźnie. Ale zwykła wywrotka urozmaicona kurczakiem robiącym salta? Małe miki.
          - Mam dużą wprawę w upadaniu, więc mniej-więcej wiem jak to robić, żeby nie zrobić sobie większej krzywdy – mruknęła tylko.

Online

#68 17-07-2018 o 20h37

Straż Cienia
Methrylis
Przyjaciółka Jamona
Methrylis
...
Wiadomości: 15 210

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Hah, faktycznie trochę się rozgadałaś /static/img/forum/smilies/big_smile.png Co do Leifa, to w 100% się zgadzam. Póki nie było o nim wiadomo, że jest zły, był mi obojętny, ale teraz wręcz go nie lubię. A że gra na chama sprowadza do romansu, to też irytująca norma, dlatego tym bardziej jestem ciekawa, co będzie dalej, skoro ta relacja posunęła się aż tak daleko. No, zobaczymy.
A że Erykę da się polubić to już teraz widzę. Potwór miał dla mnie słaby start, co pewnie zauważyłaś, ale z odcinka na odcinek podoba mi się coraz bardziej! Naprawdę bardzo przyjemnie się ją na razie czyta. Oby tak dalej!

A jak tak napisałaś jeszcze, że niedługo da się we znaki jakaś cecha Leifa, która zdyskwalifikuje go w wyścigu o serce Gardzi [:v] to od razu pomyślałam o romansie z Nieznajomym. :v

„miliardy rzeczy, bardzo nie przyjemnych rzeczy” — ‘nieprzyjemnych’

Duża wprawa w upadaniu? XD Nie ma co, Leiftan zrobił bardzo dobre wrażenie. Miły, zaradny, ładniutko, szybko i efektownie oprowadził ją po mieście… No no. Polubiłabym go na jej miejscu. I o to chyba chodzi.

Czytało się równie przyjemnie co ostatnie rozdziały, dlatego czekam na kolejną część i pozdrawiam ^^

Offline

#69 24-07-2018 o 17h43

Straż Cienia
Le0kadia
Straż na szkoleniu
Le0kadia
...
Wiadomości: 218

@Methrylis - ja ubolewam nad tym, że gra nie dała opcji "ktoś normalny", tylko zarzuca archetypami, które ni jak mi sie nie podobają. Nevra i Valkyon przeruchali po pół KG, jeden kokieteryjny do porzygu, drugi MĘSKA munia, która bedzie lada dzień chlipała o braciszka lub wrzeszczała "jak mogłeś" czy coś. Bezczelny elf, który myśli, że wszystko mu ujdzie płazem jak się uśmiechnie i który trzyma Ewelein w toksycznym friendzonie, zamiast ją zdystanswać + jako że Ewe nie unikniemy zawsze będziemy mniej lub bardziej w emocjonalnym trójkącie. Lancre, z którym w sumie nie wiadomo co, ale to kolejna postać ciągnąca za sobą taki historyczny bagaż, że o ja chromolę. Leifan, który zdaje się wielbić Gardzię, a zarazem nie mieć nic przeciwko wykorzystywaniu jej etc + odnoszę jakieś takie wrażenie, że to jego uwielbienie nie dla tego jaka ona jest tylko z powodu jej pochodzenia. No i Garzdzia z żadnym z nich nie ma jakiejś specjalnie dużej, emocjonalnej więzi, gra nie starała ich sobie ni jak zbliżyć, na dobrą sprawę wszystkich ledwo co zna. Po prostu nagle dostała rui (ja swojej protagonistce trzymam nogi razem, a majty na 4rech literach ale gra i tak ma to w dupie /static/img/forum/smilies/sad.png ). Takie... Łe to. Naciągane jak gatki xxs na tyłek xxxxl.
            Mnie się zdaje, że beemov chce to doprowadzić jak najszybciej do końca i walnąć coś w rodzaju rozdziału drugiego, gdzie pozmienia zasady używania many jak w syfie, aby podoić użytkowniczki z kasy - stąd te tempo (nie dam złocisza w takim wypadku ;]).
            Heh, nie, Eryka nie będzie romansować z Nieznajomym /static/img/forum/smilies/wink.png powiedzmy, że uruchomi szereg decyzji, które doprowadzą do tego, ze wyląduje z ezem, aale nie będzie to ani słodkie, ani romantyczne.
            Tak o to chodzi /static/img/forum/smilies/wink.png

V Pierwsze decyzje (cz.4)

            Leifan, wyraźnie nie wiedząc już jak to skomentować, ograniczył się do podania jej ręki. Eryka wstała, otrzepała się do końca i zmierzyła złym wzrokiem nadal przyglądającego się jej kurczaka.
            - A ty złaź z drogi, bo jeszcze ktoś cię podepcze na amen!
            Kura popatrzyła, zamrugała, gdaknęła głośno, jakby na potwierdzenie przyjęcia rozkazu, po czym iście marszowym krokiem zeszła z traktu. Efekt? Kolejna salwa śmiechu obserwującej ich kobiety-satyra. Lefian pokręcił z niedowierzaniem głową i zaśmiał się pod nosem. Widać nie oczekiwał takich rozrywek po dzisiejszym dniu.
Biały trakt biegł  przez wioskę, aż do wykutych w ścianie wysokiego klifu, szerokich schodów, skąd roztaczał się piękny widok na morze i złocistą plażę, w tym niewielki port, gdzie przy łodziach i statkach uwijali się zaaferowani faery, głównie rybacy.
            - Jedna z najważniejszych dzielnic miasta, która znajduje się poza jego murami, port – mruknął Leifan. - Tutaj przyjmujemy większość towarów, a swoje wysyłamy świat. Drogą morską przybywa też większość gości, no i nie można nie docenić jak wielką rolę pełni nasza gospodarka rybacka.
            - I punkt skąd rozlega się naprawdę cudowny widok. – mruknęła Eryka rozglądając się dookoła szeroko rozwartymi oczyma. – Oglądane stąd zachody słońca muszą wyglądać bajecznie.
            - Owszem – Leifan uśmiechnął się ciepło. – Chodź, nie tylko zachody słońca są tu piękne.
Nieśpiesznie wkroczyła za mężczyzną na schody. Schody wygodne, stabilne, nie za wysokie o równych stopniach i odpowiednim kształcie. Jednak Eryka potrafiła wywrócić się nawet na prostej drodze, a prześladująca ją niezdarność czy też pech, najwyraźniej zachęcony zdarzeniem z kurą, postanowił zaatakować. Nie wiadomo jak, nie wiadomo o co, ale nagle potknęła się i poleciała na łeb, na szyję wprost na idącego schodami mężczyznę o zwierzęcych uszach i ogonie. Mężczyznę niosącego całe wiadro rybich wnętrzności. Efekt był łatwy do przewidzenia… A do tego bardzo brudny i śmierdzący.
            Eryka, chociaż ni jak nie mogła przewidzieć zajścia, jakoś nie była nim zaskoczona. Mimo to, leżąc na bogu ducha winnym rybaku z wiadrem rybich bebechów na głowie, przeklinała na czym świat nie stoi, czego na szczęście, jako że słów nie kierowała do nikogo konkretnego, obroża nie tłumaczyła. Otóż, chociaż bardzo rzadko przeklinała, jak już to robiła, to od serca, przy czym popisywała się znajomością słownika rynsztokowego w stopniu wręcz profesorskim. Na Ziemi zdarzało się, że kloszardzi, menele, wszelkiego rodzaju społeczna patologia i typy spod ciemnej gwiazdy bywali wręcz zszokowani padającymi z jej ust wiązkami.
            Kiedy w końcu skończyła kląć, sapnęła, zdjęła wiadro flaków z głowy, z grubsza otarła twarz i zadała sobie w myślach retoryczne pytanie: „dlaczego ja”?
- Żyjesz?! – zawołał Leifan, pędząc do niej po schodach.
Dalszy tok wydarzeń jeszcze bardziej NIE zaskoczył Eryki. Jej przyjaciółki już dawno nauczyły się, że jak spotyka ją coś efektownego, nie należy do niej gnać, tylko z odległości zapytać czy wszystko w porządku, ewentualnie pośmiać się i dopiero wtedy OSTROŻNIE podejść. Niestety lorialet nie miał pojęcia, że pech Ziemianki jest zaraźliwy toteż pobiegł, poślizgnął się na rozbryzganych wszędzie dookoła rybich wnętrznościach i jak długi padł na nią i rybaka twarzą w prosto w rybie wnętrzności.
            - Żyjesz? – zapytała go po chwili, bo leżał zupełnie bezwładnie.
            - Tak… – jęknął. – Boże jak to śmierdzi.
            - Świetnie – rozległo się pod nią gderliwe burknięcie. – To skoro oboje żyjecie, to może byście zleźli ze mnie?
            Bąkając przeprosiny, Eryka ostrożnie wstała, po czym, ślizgając się, szybko przeszła na stosunkowo mało wyświniony, a tym samym niezbyt śliski kawałek schodów, w czym towarzyszył jej zmieszany lorialet. Rybak z kolei zerwał się na nogi, porozglądał dookoła, poprzeklinał, zwyzywał ich o idiotów, po czym wartkim krokiem zawrócił ku portowi.
            - No tego to się nie spodziewałem – wymamrotał zieleniejący na twarzy Leifan. Odór rybich trzewi niezbyt dobrze na niego wpływał. – Chyba jednak będziemy musieli wrócić wcześnie do kwatery.
            Powiedziawszy to, sztywny na nogach, niemrawo zaczął się wspinać po schodach. Eryka bez trudu rozpoznała w jego ruchach i nagłym odrętwieniu zestaw reakcji osoby nieodpornej na wstyd, ale nie lubiącej robić scen. Zapewne, gdyby lorialet był mniej wstrzemięźliwy i wyważony w swych reakcjach, zacząłby przeklinać, utyskiwać na to, że śmierdzi i wrzeszczeć, że teraz będzie musiał przejść przez całe miasto jadąc rybimi wnętrznościami… Jasnym było, iż w takim stanie żadna riksza ich nie podwiezie, nawet gdyby zamierzał wydać na kurs resztę funduszu operacyjnego.
Patrząc na niego, jak wspina się po schodach, Eryka doszła do wniosku, że Leifan niezbyt sobie radzi z praktycznym myśleniem… A przynajmniej nie, kiedy styka się z brudniejszą i bardziej smrodliwą  częścią życia.
            - Nie wiem jak ty, ale ja wolałabym się wstępnie opłukać z tych bebechów przed powrotem za mury – zawołała za nim. – Jest ciepło, zanim dojdziemy do Kwartery, to wszystko zacznie się psuć, a smród będzie jeszcze gorszy.
„A ty się porzygasz” – dodała w myślach widząc, jak coraz bardziej zielenieje.
            - Właśnie dlatego chcę wrócić do Kwatery, żeby to z siebie zmyć. –W głosie Leifana pojawiło się pewne napięcie. – Tutaj raczej nie znajdziemy prysznica, prawda?
            - Ale mamy morze – mruknęła wskazując na wielką, szumiącą masę wody raz po raz wpełzającą na plażę. – Raczej się nie domyjemy całkiem do czysta, no i będziemy mokrzy, ale przynajmniej nie zabijemy nikogo zapachem. Jest ciepło i słonecznie, a do tego wieje ciepły wiaterek, więc powinniśmy szybko wyschnąć. Chyba, że w waszych morzach czają się jakieś mordercze stwory, więc lepiej nie wchodzić do wody na krok czy coś…
            Zaskoczony mężczyzna zamrugał i spojrzał na morze. Po sekundzie uśmiechnął się nieznacznie, a był to uśmiech najczystszej ulgi.
            - No tak, nie wpadłem na to… To wszystko nieco wybiło mnie z rytmu. Rzadko zdarzają mi się podobne wypadki.
- Byłabym szczerze zaskoczona, gdyby lądowanie twarzą w rybich flakach było dla ciebie normą – mruknęła z rozbawieniem.
            Uśmiechnął się ciut szerzej i szybko, niemal biegiem ruszył w dół schodów, zostawiając ją z tyłu. Popatrzyła za nim i ciężko wzdychając powoli poszła w jego ślady – wolała się nie spieszyć, w końcu już raz zleciała z tych nieszczęsnych schodów i naprawdę nie potrzebowała powtórki z rozrywki.
            Woda w morzu Eel była niemal kryształowo czysta, zimna i… Słodka. Jak jej wyjaśnił Leifan, wody wszystkich mórz Eldaryi nadawały się do picia, zaś główne źródła soli stanowiły często występujące na równinach słone jeziora oraz powszechna w podziemnych grotach sól krystaliczna. W każdym razie, fakt, że gdyby utknęła gdzieś na bezludnej wyspie, nie braknie jej słodkiej wody, jakoś ją pocieszał. W końcu, skoro od tak trafiła do innego wymiaru, równie dobrze mogła wylądować na tonącym statku, aczkolwiek podobnych przygód nie planowała. Z drugiej strony, w trakcie poszukiwań składników do eliksiru klucza, mogło przytrafić się niejedno.
            Rybie wnętrzności stosunkowo łatwo wymyły się z ich ubrań, chociaż gdy wyschli, nadal otaczał ich rybi aromat. Szczęśliwie był tak słabo wyczuwalny, że Leifanowi wrócił dobry nastrój. Na tyle dobry, że zaproponował spacer po plaży, aby się nieco rozerwać przed powrotem do Kwatery, na co Eryka bez większych oporów się zgodziła. Niby zaliczyła już dwa malownicze upadki i dorobiła się kilku siniaków, które w ciągu kilku najbliższych godzin miały wybarwić się na uroczy fiolet, a do tego zalatywała rybą, ale co z tego? Zdarzały jej się o wiele gorsze dni, a oba dzisiejsze incydenty uważała bardziej za zabawne niż przykre. No i w Kwaterze nie miała za wiele do roboty, poza tym piasek raczej nie mógł jej nic złego zrobić… A przynajmniej nie powinien.
            Spacer okazał się trafionym pomysłem. Eryka zobaczyła mnóstwo ciekawych widoków, poruszała się, pooglądała muszelki – w Eldaryi, podobnie jak na Ziemi występowały tysiące morskich mięczaków, w tym małż i innych ślimaków, które wytwarzały śliczne, wapienne schronienia. Naprawdę śliczne, wiele z nich przypominało miniaturowe dzieła sztuki. Zapewne, gdyby trafiła na takie znaleziska w domu, nazbierałaby ich cały słoik, a potem bawiła się w rękodzieło, tworząc koślawe wisiorki, bransoletki i kolczyki oraz zdobiąc muszelkami przeróżne puzderka i pojemniczki. Niestety tutaj w domu nie była.
            Wybiegana, radosna, ale i zmęczona niedługo po zachodzie słońca wróciła do Kwatery głównej, gdzie pochłonęła ogromną kolację. Naprawdę ogromną, jeszcze większą niż śniadanie, aby nieco sobie odbić „skromny” obiad. Jej przeogromny apetyt przykuwał liczne spojrzenia i szczerze zdumiał siedzącego przy sałatce lorialeta. W końcu syta i zadowolona została odprowadzona przez Leifana do drzwi szpitala.
            - Nam nadzieję, że nasza wspólna wycieczka spodobała ci się… Mimo tego małego incydentu – mruknął, uśmiechając się łagodnie.
            - Tak, fajnie było. A podobne incydenty to niestety dla mnie norma, więc rzadko się nimi przejmuję. Szkoda tylko, że eskalują na innych. – Westchnęła ciężko i bardzo wymownie. – Następnym razem, nim bohatersko ruszysz mi na ratunek, rozejrzyj się czy coś i tobie nie zagraża, w przeciwnym razie możesz zacząć zajeżdżać czymś gorszym niż rybie flaki.
            - Czymś gorszym? – zamrugał. – A niby czym?
            - Mogłabym zacząć wymieniać, ale jesteś świeżo o obiedzie i wolałabym, żeby cię nie zemdliło…
            - Chyba też wolałbym tego uniknąć…
            - W każdym razie dziękuję za miło spędzony dzień. Do jutra, jeżeli będziemy mieli okazję się Spo…
Wyciągnęła dłoń w stronę drzwi, które gwałtownie rozwarły się, uderzając ją z całą mocą. Po raz trzeci tego dnia padła jak długa na ziemię.
            - Co się… - usłyszała nad sobą głos Ewelein. – Na Kryształ! Eryka!
            - Nic mi nie jest! – zawołała ze swojej pozycji horyzontalnej, wbijając wzrok w sufit. Na jej twarzy malowało się coś w rodzaju autopolitowania.
            Westchnęła głośno, kiedy Leifan wraz z lekarką zbierali ją z podłogi. Jej pech i niezdarność naprawdę postanowiły przypomnieć o sobie.

***

            Wyszorowana tak, że nawet pies tropiciel nie wyczułby od niej najlżejszego aromatu ryby, leżała w pidżamie na łóżku, rozmyślając. Chociaż dzień spędziła naprawdę przyjemnie, nie były to przyjemne rozmyślania. Wystarczyło, żeby została na chwilę sama, a powróciły tęsknota na domem, poczucie osamotnienia oraz lęk przed otaczającym ją zewsząd Nieznanym i tym, co ma lada dzień nastąpić. Martwiła się losem ojca, tym, co prawdopodobnie obecnie przeżywają jej bliscy oraz – z rzeczy, na które miała przynajmniej częściowy wpływ – czekającymi ją egzaminami.
            Tak, egzaminy do Straży z każdą godziną były coraz bliżej, a tu jej niezdarność zaczynała pokazywać, co potrafi… Chociaż z drugiej strony, może lepiej było, żeby wrodzone niezgulstwo przejęło na chwilę kontrolę? W końcu, jeżeli Straż zacznie mieć wobec niej jakieś wyśrubowane wymagania, bo jakimś cudem dobrze przejdzie testy, a tu nagle się okaże, że jest skończoną łamagą, może być kiepsko. Zresztą i tak nie wyobrażała tego wszystkiego. Ona jako wojowniczka, szpieg, łowca, alchemik czy też mag? Czysta abstrakcja. Coś możliwego jedynie, kiedy przejmowała kontrolę nad jakąś postacią z gry komputerowej.
Swoją drogą, jak zamierzali ją przetestować? Kazać z czymś walczyć, robić uniki, wywijać drewnianym mieczem? A może warzyć eliksiry według jakiegoś przepisu? Tylko jakiego? W końcu nie znała tutejszego języka i nawet nie potrafiłaby go przeczytać.
Westchnęła głośno. W domu wszystko było prostsze. Wiedziała, czego się mniej-więcej spodziewać nawet po szeroko pojętym nieoczekiwanym. Tutaj znów… Eldarya stanowiła zagadkę, jedną, wielką tajemnicę. Jej przyroda, ludy, obyczaje, polityka, wszystko. Niby strażnicy jak dotąd byli mili i pomocni, ale na jak długo? Co się stanie, jeżeli nie poradzi sobie ze swoimi nowymi obowiązkami? Wyrzucą ją na bruk czy przydzielą zajęcia rezerwowane głównie dla ułomnych, usuną na bok i zapomną?
            Naprawdę chciałaby mieć obok siebie kogoś, na kim mogłaby się wesprzeć, kogoś zaufanego, czyich intencji byłaby pewna… Niby Kero sprawiał wrażenie takiej osoby, ale czy na pewno? W końcu znała go ledwie parę dni. Poza tym, nawet gdyby, to nie mogła obarczać go swoimi problemami. Przecież co dopiero się poznali, to nie byłoby fair.
Wzdychając, zerknęła na leżący na nocnej szafce pamiętnik. Może jednorożec miał rację? Może spisanie tego, co kotłowało się w jej wnętrzu było jakimś rozwiązaniem?
Nieśpiesznie wzięła w dłonie wypełnione pustymi kartkami tomiszcze i otworzyła za pomocą klucza-wisiorka. Przez chwilę zastanawiała się, o czym właściwie chce napisać, a gdy poukładała sobie wszystko mniej-więcej w głowie, chwyciła za pióro.

***

Online

#70 24-07-2018 o 19h52

Straż Cienia
Methrylis
Przyjaciółka Jamona
Methrylis
...
Wiadomości: 15 210

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


Wiesz, Chino wyszła z założenia, że zwykły facet jest nudny. Poza tym to fakt, że na tle reszty osobistości wypadałby bardzo blado, dlatego nie wydaje mi się, by dodanie „zwyklaka” miało sens tak na dłuższą metę.
A Z TYM TEMPEM TO NAWET NIE STRASZ!
A że u ciebie nie będzie nic romantycznego, to się domyślam. Zdaje mi się, że się w tych klimatach nie odnajdujesz, dlatego się tego nie tykasz.

„a swoje wysyłamy świat.” — ‘w świat’

Też jestem ciekawa testów straży, a raczej tego, do której trafi. Bo, jak chyba wymieniała w ostatnim odcinku, do żadnej się nie nadaje XD Ale trzeba mieć wiarę :v Wycieczka z Leifem faktycznie miła, nawet mimo incydentu z rybami xd Jak też już sama wspominałam, w tym wydaniu można go nawet polubić ;]

Czekam na kolejną część i pozdrawiam ^^

Offline

#71 31-07-2018 o 16h50

Straż Cienia
Le0kadia
Straż na szkoleniu
Le0kadia
...
Wiadomości: 218

@Methrylis - zwykły nie znaczy normalny. Zwykły w kontekście mojej wypowiedzi znaczyło względnie miły, szczery i umiarkowanie otwarty, a przede wszystkim nie wlekący za sobą żadnej, toksycznej historii. Do tego typu ogólnika można dorobić dziesiątki ciekawych i nietypowych osobowości. Do tego np: dziwaczna rodzinka, niepokorny chowaniec i ew nietypowe umiejętności i... Ktoś blady? Nic z tego! Można zrobić "zwyklaka" tak, żeby pomiędzy tymi wszystkimi pseudoherosami prezentował się jak przerobiony na neonowo paw wśród przepiórek.
Niestety takie duże przyspieszenie wydarzeń bez dania jakiejkolwiek zażyłości między Gardzią a jej lubym (sie nie klei to... W przeciwieństwie do mnie w te upały /static/img/forum/smilies/sad.png )nasuwa mi taką oto teorie spiskową. Nawet w SF zaznaczyli jakąś-tam więź Sucrette z jej gachem, a tu... /static/img/forum/smilies/neutral.png
Co do romansów to nie chodzi tylko o to, że takich klimatach źle się czuje, chociaż przyznaję, że tak jest (jestem romantyczna jak zatopiony u-bot z rozkładającą się w jego wnętrzu w warunkach beztlenowych niemiecką załogą). Mogłabym przez czystą ciekawość spróbować napisać typowe romansidło, ale tego typu rzeczy jest zwyczajnie za dużo. W dodatku uważam, że harlekinowe spojrzenie na związki etc jest zwyczajnie szkodliwe. Babki czekają potem na przystojnego ksiecia, który je ocali, a potem będzie obsypywał bukietami róż i zapraszał na romantyczne kolacyjki z lampieniem się w oczy, podczas gdy potrzebują kogoś, kto gdy mają okres zrozumie, że potrzebuje się spokoju/czułości, skoczy po podpaski, a w życiu codziennym będzie sprzątał za swoim tyłkiem i gdy zobaczy, że luba jest zmęczona/przybita/nie do życia zrobi herbaty czy coś i przejmie/pomoże przy codziennych obowiązkach, nawet jeżeli to nie będzie jego kolej. I będzie słuchał. A nade wszystko będzie przyjacielem. Jednym słowem romansidła to takie przedkładanie opakowania nad zawartość. Ok, ksiaże (czy jakikolwiek inny na dobrą sprawę bezosobowy archetyp łącznie z uroczym kujonem) cie ocali i weźmie w sine (chude w przypadku uroczego kujona) ramiona, ale co z tego, jeżeli nie będziesz miała o czym z nim pogadać? + trzeba wziąć poprawkę na to, że istnieje OGROMNA różnica między pokochaniem kogoś i zakochaniem się w kimś. Zakochanie to cykl biochemicznych reakcji w mózgu, u zdrowego człowieka utrzymującego się do roku, którego głównym celem jest doprowadzenie do częstych i gęstych kontaktów seksualnych. Do tego, że rzecz opiera się w sporej części na podświadomości i instynktach można zakochać się w kimś, kogo w normalnych warunkach z nieogłupioną hormonami i innymi takimi mózgownicą nawet by się nie polubiło.

V Pierwsze decyzje (cz.5)

            - Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktoś w tak krótkim okresie czasu tyle razy oberwał, upadł i wstał – w głosie Oogle pobrzmiewały fascynacja i zdumienie, kiedy przypatrywała się zdyszanej Eryce. – Nie wiem czy bardziej zadziwiający jest jej kompletny brak zręczności czy wola walki.
            - Mnie tam bardziej zdumiewa umiejętność ciągłego przywalania w glebę bez robienia sobie większej krzywdy i siania wokół totalnego chaosu – warknął Kraval, tamując dłonią krwawienie z nosa. – Ta mała to istny palec zagłady czy coś…
            Dowódca Cienia nie był w najlepszym humorze. Nic dziwnego. Ledwie parę minut temu oberwał rękojeścią noża – na szczęśnie TYLKO rękojeścią – którym Eryka powinna rzucić w znajdującą się jakieś sześć metrów z przodu tarczę. Niestety ostrze jakimś cudem odbiło się od kamiennej podłogi i pofrunęło do tyłu. Prawdopodobieństwo podobnego zdarzenia balansowało na granicy zera, ale wyglądało na to, że Ziemianka prawdopodobieństwu śmieje się w twarz, co od jakiś dwudziestu minut udowadniała wszem i wobec. Efekty tego były dość opłakane. Obaj jej sparing partnerzy aka trenerzy krwawili, podobnie jak jeden z nielicznych widzów, dwa manekiny ćwiczebne zostały przypadkiem podpalone, a ona sama miała podbite oko, solidną kolekcję sińców i przeciętą wargę oraz tu i ówdzie się osmaliła. Wydawało się dość jasnym, że danie jej jakiejkolwiek broni do ręki to potworne ryzyko, chociaż wszyscy obserwujący kaskadę nieszczęśliwych wypadków, jaką stanowiły dzisiejsze egzaminy do Straży, woleliby nie przebywać w jej pobliżu, nawet kiedy dzierżyła nóż do masła czy chociażby widelec. Drewniany. Z drugiej jednak strony, gdyby wręczyć dziewczynie miecz i wysłać na wroga, mogłaby rozpętać wśród jego szeregów pełne pechowych zajść zamieszanie, eskalujące dzięki potężnemu efektowi domina w niosący zagładę chaos.
            Eryka poruszyła się niespokojnie, świadoma licznych, świdrujących ją spojrzeń. Nie miała pojęcia, o czym rozmawiają szefowie Straży – w końcu nie mówili do niej – ale miała przeczucie, że to nic miłego. W każdym razie, szczęście w nieszczęściu, że nie było tutaj Miiko, w przeciwnym wypadku – była tego stuprocentowo pewna – płonąca głowa manekina jak nic uderzyłaby właśnie ją, a ona tym sposobem zyskałaby sobie za wroga szefową szefów. Na szczęście Miiko nie zawitała na jej egzaminy, więc unik przed płonącym czerepem drewnianej kukły musiał robić Leifan. Co dziwne, nie wyglądał nawet na złego. Chyba bardziej absorbowało go rozwikłanie zagadki „jak to w ogóle możliwe” niż ewentualny gniew.
            „Jak to w ogóle możliwe”… Sama była tego ciekawa, ale już dawno przestała sobie zadawać tego typu pytania. Inna rzecz, że jej pech i wrodzone niezgulstwo naprawdę dały popis swoich możliwości, chociaż wypadałoby, żeby i szefowie Straży wykazali się ciut wielkim pomyślunkiem. Wszędzie wokół słomiano-drewniane kukły, a oni jako jedno z zadań wyznaczyli zgaszenie lewitującej cztery metry nad ziemią czary ognia. Nie wspominając już o tym, że na alchemicznym stole, przy którym musiała przeprowadzić parę doświadczeń chemicznych, jednocześnie rozwiązując zawiłą zagadkę logiczną – to zadanie jako jedyne wykonała poprawnie – znajdowało się parę łatwopalnych substancji. Co prawda stół stał bardzo daleko od czary, a także upstrzonego kryształowymi dzwoneczkami toru przeszkód i „pola walki”, gdzie miała spróbować obronić się przed wielkim babskiem ze Straży Obsydianu – co poniekąd zrobiła, ale tylko dlatego, że podpaliła i siebie, i ją – jednak licho nie śpi. Szczególnie nie, kiedy Eryka Zgasła jest w pobliżu.
            Z boku dobiegł ją syk. To smagły chłopak z straży Cienia wydłubywał sobie z nogi fragmenty porozbijanych w drobny mak dzwoneczków. Medyków po zakończeniu testów czekała niespodzianka.
            Ech… Miała nadzieję, że żaden z poszkodowanych nie będzie miał do niej żalu. W końcu nie zrobiła tego wszystkiego specjalnie, prawda?
            Ponownie spojrzała na szefów Straży, którzy żywo o czymś dyskutowali balansując pomiędzy rozbawieniem, a załamaniem nerwowym, po czym zerknęła na trzy postacie czające się za nimi: Nevrę, Valkyona i Ezarela. Ezarel spłakał się ze zduszonego śmiechu, spojrzenie wyraźnie przejętego Nevry przesuwało się po kolei po wszystkich rannych, co nie przeszkodziło mu w zajęciu strategicznej pozycji za pełniącym rolę żywej tarczy Valkyonem, a Valkyon… No cóż… Eryka słyszała, że wojownik ma sporo zajęć z podstaw walki z rekrutami, więc obecnie zajmował się prezentowaniem światu miny „jeżeli każecie mi ją szkolić, odchodzę!”. W sumie nie dziwiła się mu. Nie dość, że była niezdarna i pechowa, to jej umiejętności walki wręcz ograniczały się do młócenia ramionami i kopania na ślepo w nadziei, że trafi przeciwnika we wrażliwy punkt. Natomiast, co do walki jakąkolwiek bronią, znała tylko podstawową zasadę „ostrym końcem/lufą od siebie”. Między innymi dlatego broń niemającą ostrego końca jak np.: kije bojowe czy nunczako stanowiła spory problem, z małym wyjątkiem dla kijów bejsbolowych i innych pałek. Nie żeby umiała jakoś specjalnie nimi walczyć, ale wiedziała, że trzeba chwycić za węższy koniec i wziąć zamach… I starać się nie wypuścić przy tym zamachu kija z rąk… Do tej pory pamiętała mający miejsce w podstawówce incydent z kijem od krykieta. W końcu złamać nos i zmiażdżyć genitalia wuefiście za pomocą jednego, przypadkowego „przyłożenia” to niemały wyczyn. Po tamtym wydarzeniu, przez następne trzy lata jedyne, co robiła na WF’ie, to rozwiązywała krzyżówki i czytała książki, bo została wszem wobec uznana za zagrożenie życia i zdrowia. No, chyba że mieli zajęcia na basenie, gdzie ilość potencjalnie morderczych obiektów, jak chociażby piłek, była mocno ograniczona, ale i tak starano się trzymać ją z dala od desek do pływania.
            Swoją drogą, zastanawiała się, co Ezarel, Nevra i Valkyon tutaj robią. Raz, że teoretycznie powinni jeszcze remontować jej pokój, a dwa wstęp na egzamin mieli nieliczni. Tak, znalazło się paru ciekawskich „widzów”, ale ci swoją ciekawość przypłacili zobligowaniem do uprzątnięcia sali treningowej… Fakt, że wszyscy wyglądali, jakby niczego nie żałowali, to inna rzecz. Im też się nie dziwiła – przedstawienie, które mimowolnie dała, należało do rodzaju takich, które po prostu trzeba obejrzeć.
            Zaraz, zaraz… Miiko wspominała, że trójca koleżków ma ją niańczyć, przynajmniej na początku. Czyżby to dlatego ich wpuszczono?
            Westchnęła ciężko. Wyglądało na to, że jej egzaminy staną się małą sensacją. Na miejscu faery też byłaby przejęta faktem, że jakaś niemagiczna niezguła przypadkiem zniszczyła jedną trzecią sali treningowej i raniła pięć osób, w tym samą siebie i jednego ze szefów Straży. Co prawda niegroźnie, ale jednak. W końcu dokonanie czegoś podobnego, bez knucia dokładnych planów i przygotowań, leżało poza możliwościami większości z nich…
            Zaczynała się zastanawiać czy nie być dumną ze swojego niezgulstwa. W końcu prezentowała je na wręcz olimpijskim poziomie. Pewien podziw doprawiony ociupiną niedowierzania w spojrzeniach szefów Straży stanowił na to najlepszy dowód.
            Ezarel rechotał złośliwie, zagadując od czasu do czasu kolegów, którzy spoglądali na nią z czymś w rodzaju zaprawionej krytycyzmem obawy, szefowie plotkowali między sobą, cała reszta usiłował nie stać w polu jej potencjalnego rażenia. A Eryka co? A Eryka czekała, zajmując się roztaczaniem aury lekkiego skrępowania i wydzielaniem zapachu spalenizny. Nie było to szczególnie komfortowe zajęcie. W prawdzie lata dziwnych wypadków i robienia sobie samej wstydu przyzwyczaiły ją do czucia się głupio, czasem nawet bywało to zabawne, ale teraz powoli zaczynała mieć dość. Dopadło ją wrażenie, że jest jakimś okazem zoologicznym, bo też podobnie musiały mieć zwierzęta zoo – otaczały ją dziwaczne istoty gapiące się na nią i rozmawiające o niej w nieznanym języku. Brakowało tylko, żeby nosiła tabliczkę „jedyny człowiek na całej planecie, uwaga egzemplarz wybrakowany”.
            Nagle rozległo się energiczne pukanie do drzwi, po czym te rozwarły się szeroko.
            - Skończyłem analizować odpowiedzi … - zaczął Kero, machając trzymanym w ręku arkuszem papieru. Widząc panujący wokół nieporządek, uniósł brwi i potoczył wzrokiem dookoła. – E… Coś się stało?
            Eryka odetchnęła widząc Keroshane, chociaż rano spędziła z nim ponad trzy godziny odpowiadając na dziwaczne pytania i wykonując proste zadania – część egzaminów do Straży miała formę psychotestu połączonego z prostym testem wiedzy i umiejętności. Gdyby potrafiła czytać i pisać w tutejszym języku, cała sprawa zajęłaby może godzinę, ale że Kero musiał pytać ją o wszystko i notować jej odpowiedzi nieco się to rozwlekło. Podziwiała go, że nie ochrypł. W każdym razie, żywiła nadzieję, że przybycie jednorożca nieco popchnie sprawy do przodu, bo powoli zaczynała mieć serdecznie dość stania jak kołek i odgrywania roli tymczasowej atrakcji turystycznej.
            - Nic takiego. Po prostu został przeprowadzony wyjątkowo emocjonujący egzamin – warknął Kraval, zerkając z ukosa na Erykę. – Egzamin, który dostarczył nam wielu informacji, z którymi nie wiadomo co zrobić. Może tylko schować się przed wysypem następnych.
            Oogle zachichotała, patrząc z rozbawieniem na gnoma, a Sabak uśmiechnął się zjadliwie:
            - Och, czyżby duma szefa Cienia została urażona, bo nie uniknął tego przypadkowego ciosu?
            Kraval odpowiedział coś, ale tego już obroża Eryki nie przetłumaczyła – słowa gnoma nie były przeznaczone dla jej uszu. Jednak  cokolwiek nie znaczyło śpiewne warknięcie szefa Cienia, szczerze rozbawiło gnoma i aviak oraz sprawiło, że Kero spojrzał na nią niepewnie. Naprawdę zaczynała mieć coraz gorsze przeczucia. Mogła się założyć, że po dzisiejszym występie została sklasyfikowana jako kula u nogi. Co gorsza, kula u nogi, która raz na jakiś czas może doznać samozapłonu.
            Westchnęła. Naprawdę czekała ją długa i ciężka droga, jeżeli chciała wrócić do domu. Chwilowo robiła za ofiarę losu nawet w sprzyjających warunkach, a co dopiero, gdyby okoliczności stały się nieco mniej przyjemne. Do tej pory ze wszystkich niekorzystnych sytuacji wychodziła obronną ręką, czego dowodem był chociażby wypadek i przenosiny do Eldaryi, ale przecież nie mogła polegać na tym dziwnym farcie w niefarcie jak na czymś pewnym. Poza tym wątpiła, że wpuszczą ją samą za bramy miasta, jeżeli nie udowodni, że sobie poradzi.
            - Dobrze, daj to – mruknęła Oogle do Kero, wymownie wyciągając rękę w jego kierunku. Zmieszany jednorożec, nadal usiłujący rozpracować, co właściwie tu zaszło, podszedł do niej, wręczając pergamin. – Za jakąś godzinę ogłosimy decyzję, będziemy w Małej Salce Zebrań. A tym czasem część zebranych chyba powinna odwiedzić szpitalną przychodnię… Zresztą nie tylko zebranych.
            Szef Cienia spojrzał na nią ostro, na co odpowiedziała mu niewinną miną. Chyba niewinną. Eryka nie do końca potrafiła interpretować jej ptasią mimikę. W każdym razie, ponura mina gnoma stała się jeszcze bardziej ponura. Z kolei Sabak sprawiał wrażenie zamyślonego i nieco nieobecnego. Wpatrywał się w tkwiący w dłoni aviak arkusz papieru, a jego wąskie usta wykrzywiał grymas mogący być zarówno zamyślonym uśmiechem jak i oznaką wzgardy.

Online

#72 01-08-2018 o 16h49

Straż Cienia
Methrylis
Przyjaciółka Jamona
Methrylis
...
Wiadomości: 15 210

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


„jedyny człowiek na całej planecie, uwaga egzemplarz wybrakowany” — piękne XDDD

Kurde, byłam pewna, że już w tej części zostaną ogłoszone wyniki, a tu w sumie nie mamy nic. Tylko zdenerwowanie szefa Cienia, choć wcale mu się nie dziwię XD A jak wielka trójca ma być niańką Eryki, to pozdrawiam XD I szczerze mówiąc, poza wyborem straży, to mnie najbardziej interesuje :v

To czekam na kolejną część i pozdrawiam ^^

Offline

#73 03-08-2018 o 16h52

Straż Cienia
Le0kadia
Straż na szkoleniu
Le0kadia
...
Wiadomości: 218

@Methrylis - wyniki Straży? Tak hop-siup? /static/img/forum/smilies/big_smile.png Tutaj wszystko idzie powooooliiii.... Niestety. To będzie największa przez długi czas wada tego opowiadania (potem wymienię ją na inną xD Albo nie /static/img/forum/smilies/wink.png ). Ale chcę dość dobrze rozpisać relacje bohaterów, a niestety nie mam pomysłu jak to zrobić zwięźlej. Muszę przyznać, że pod tym względem Amrenie idzie to super - nakreśliła szybko i naturalnie relacje między postaciami. Ja się rozwlekam i rozwlekać będę.


V Pierwsze decyzje (cz.6)


            Eryka, tak jak pozostali poszkodowani – w końcu i ją zdobiło parę sińców oraz zadrapań – ruszyła do drzwi. Wychodząc, ukradkiem rzuciła szybkie spojrzenie przez ramię, zauważając, jak Leifan bacznie ogląda zostawione przez nią pobojowisko, wyraźnie usiłując odtworzyć ciąg zdarzeń, a szefowie Straży żywo o czymś rozmawiają.
            Oj nie opisała się. Chociaż z drugiej strony miało to jedną dobrą stronę. Brak jakichkolwiek, większych oczekiwań. Do którejkolwiek Straży nie trafi, jej szef powinien być szczęśliwy, jeżeli powstrzyma się od przypadkowego siania chaosu.
            Westchnęła ciężko. Po raz kolejny tego dnia.
            - Mam prośbę człowieczku. Jeżeli trafisz do mojej Straży i będziesz robiła cokolwiek  z palnikiem nie zajmuj stołu obok mnie dobrze? – usłyszała za sobą wesoły, wyraźnie podbarwiony kpiną głos.
            Odwróciła się na pięcie. Ezarel, wyglądał na rozbawionego i niemal zafascynowanego. Znowu uśmiechał się w ten sam sposób, jak przy ich pierwszym spotkaniu. Tak, jakby uśmiechał się znudzony, mający ochotę nieco popsocić kot na widok myszy. Eryka zjeżyła się wewnętrznie. Wspomnienia z tamtego dnia były zbyt świeże, poza tym naprawdę nie miała ochoty na starcie z prześmiewcą. Przynajmniej nie takim, którego na dobrą sprawę nie znała. Z przyjaciółkami nie raz ani nie dwa żartowała ze swojej łamagowatości, zwykle piekielnie złośliwie. Zresztą wszystkie sobie wrzucały nawzajem i to tak, że ludzie czasem patrzyli na nie z obawą w oczach „zaraz rzuca się sobie do gardeł”. Rzecz w tym, że nie robiły tego, aby sobie wyrządzić przykrość, tylko dla zabawy. Znała ich intencje. A czy znała intencje Ezarela, z którym do tej pory rozmawiała tylko jeden, jedyny raz? Nie. Na dobrą sprawę nie znała nawet intencji Kero, chociaż jednorożec wzbudzał w niej niemal instynktowne zaufanie. W dodatku w oczach elfa połyskiwała pewna arogancja, wyższość, która nie kojarzyła się nazbyt dobrze Eryce. Podobne patrzyły na nią wredne dzieciaki z podstawówki, kiedy jej dokuczały. Kiedy chciały doprowadzić ją do płaczu, bo była inna: koścista o wystającym podbródku i krzywych zębach. Co prawda jako urodzona wojowniczka nie dała im się, a że miała gadane, to zwykle wychodziło na jej, ale pierwsze wczesnoszkolne lata wspominała kiepsko.
            - Przykro mi, kiedy uruchamia się mój pech, przed efektem domina nie uchroni cię żadna odległość. – Mruknęła, podbarwiając wypowiedź tonem nawiedzonego wieszcza. Z doświadczenia wiedziała, że żart jest zwykle najlepszą odpowiedzią w starciu z kpiną, czy to przyjacielską, czy to wrogą, nawet wtedy, kiedy humor niezbyt dopisuje. – Sabak siedział stosunkowo daleko ode mnie i nic mu to nie dało.
            - Zatem nasz mały człowieczek zamierza bawić się w puszkę Pandory? Nieładnie – zachichotał elf.
            - Raczej za palec przeznaczenia. – Nevra spojrzał na nią uważnie. – Do tej pory nie mogę zrozumieć, jak taki splot wydarzeń w ogóle był możliwy… A tak właściwie to wszystko w porządku? To rozcięcie na wardze nie wygląda dobrze.
            - Obrywałam gorzej.
            - To widać – mruknął Valkyon. – Oogle miała raję mówiąc, że pobiłaś rekord upadków i powstań w jednostce czasu.
            - No… To właściwie trochę straszne. – Ezarel wyraźnie dobrze się bawił. – To jak szybko i jak często zrywała się z podłogi rodzi obawę, że nawet jakby pchnąć ją mieczem, to też wstanie. Właściwie to jest jakaś metoda… Nikt nie będzie z nią walczył w obawie, że jak ją zabije, ta wstanie z martwych i zje mu twarz. Hm… Jak nic nadaje się do twojej Straży.
            Valkyon spojrzał na niego wymownie. A owo spojrzenie mówiło „jeżeli ona weźmie cokolwiek ostrego do ręki, łącznie z dobrze zatemperowanym ołówkiem, dopilnuję, abyś to ty był pierwszym, który zginie”. Wyraźnie na spojrzeniu chciał poprzestać, ale prowokacyjny, pozornie niewinny uśmiech elfa nie pozwolił mu.
            - Z nas dwóch, wolę żebyś to ty krwawił w wyniku nieszczęśliwego wypadku – warknął.
            - Och, twoja oziębłość rani mnie. Swoją drogą, co z twoim image szlachetnego wojownika ochraniającego słabych i tak dalej?
            Valkyon spojrzał na niego z politowaniem. Prowokacyjna mina elfa tym razem nie podziałała, wojownik nie rzekł nawet słowa, przez co długouchy prześmiewca zaczął wychodzić na idiotę. Jednak nie zraziło go to. Przerzucił swoją uwagę powrotem na Erykę, która westchnęła ciężko w duchu.
            - Swoją drogą, to niebywałe, że pan Duży obawia się zwykłego, słabego człowieczka – błysnął zębami w szerokim uśmiechu. – Czyżby jakaś fobia? Jak myślisz?
            - Myślę, że nie ja jestem straszna, ale tak zwane w moim świecie prawo Murphy’ego, które podąża moim tropem.
            Nieoczekiwanie usta Valkyona wygiął uśmiech.
            - Murphy był w jednej czwartej krasnoludem – oznajmił ku zaskoczeniu Eryki. – Jego dziadek, Burf, był jednym z nas, strażnikiem. Brał udział w wyprawach na Ziemię i z jednej nie powrócił. Próbowano ściągnąć go siłą, ale w końcu odpuszczono, jednak sława jego syna dotarła i do nas. Powiedzmy, że postawione przez niego tezy są i tutaj szeroko znane.
            Eryka zamrugała. Uśmiech u wyrastającego nad nią, wielkiego mężczyzny wydawał jej się niemal nie na miejscu… Prawdopodobnie dlatego, że do tej pory nie widywała go za często uśmiechniętego. Kiedy mijali się na korytarzach, to głównie spoglądał na nią z góry, z poważną miną na twarzy. Nie nieprzyjazną, ale sugerującą możliwość stania się taką.
            Jednak bardziej niż jego uśmiech, zastanowiło ją coś innego.
            - Ściągnąć siłą? A co z tymi eliksirami klucza i tak dalej? – zapytała.
            - Nie wiedzieć czemu otworzenie portalu z Ziemi na Eldaryę jest dużo łatwiejsze niż w odwrotną stronę. – Ezrael nieco spoważniał, ale błysk w jego spojrzeniu nie zgasł. – Z tego tytułu mamy wiele problemów… Nawet tego typu ewenementy, których padłaś „ofiarą”, naturalne, samorzutne portale, zdarzają się dużo częściej na Ziemi niż u nas. Jednak i tak są bardzo rzadkie, a skoro ty trafiłaś na jeden… Cóż, istotnie może cię prześladować prawo Murphy’ego. Na szczęście, jak na razie mnie omija, więc jest zabawnie. Szczerze powiedziawszy mam nadzieję, że jeszcze nie raz dostarczysz mi rozrywki, człowieczku.
            Na twarzy elfa zagościł szeroki uśmiech. Trochę za szeroki, drapieżny, pewnie mający w zamyśle wywołać niepokój. I poniekąd go wywołał, chociaż raczej nie w taki sposób, w jaki miał. Eryka mimowolnie wyobraziła sobie dość skomplikowany i makabryczny splot wydarzeń, w wyniku którego Nevra i Valkyon zginęli rozerwani na strzępy, a ona ślizgała się na ich zakrwawionych wnętrznościach jak puszysty kiciuś na dobrze napastowanej podłodze. We tle stał Ezarel pękając ze śmiechu i klaszcząc w ręce.
            „Za dużo „Happy Tree Friends”” przebiegło jej przez myśl, aczkolwiek jakiś wewnętrzny głos podpowiadał jej, że elf doskonale wkomponowałby się w kreskówkę.
Widząc jej dziwny wyraz twarzy, Nevra tylko przewrócił oczyma, kładąc dłoń na ramieniu elfa:
            - Nie przejmuj się, Ezarel to z natury dupek, ale i tak go kochamy… Tylko nie bierzemy na serio – dodał po chwili, puszczając do niej oko.
            Eryka dawno nie widziała, żeby ktoś spojrzał na coś z taką wzgardą, jak elf na dłoń wampira.
            - Dupkiem, który ceni sobie swoją przestrzeń osobistą i nie życzy żeby ktoś go dotykał – burknął zrzucając rękę przyjaciela ze swego ramienia. – Kochać, a nawet wielbić, podziwiać i czcić możesz, ale na litość, tylko na odległość.
            Nevra posłał mu mordercze spojrzenie, po czym westchnął ciężko i wymownie.
            - Jest skrajnie narcystycznym dupkiem o wydumanym ego, ale i tak go kochamy, ale na odległość, bo gdybyśmy go kochali z bliska, moglibyśmy go „przypadkiem” udusić.
            Eryce nie umknęły szybkie, jakby nieco rozmarzone uśmiechy, jakie zagościły na chwilę na twarzach Valkyona i Kero. Szybkie, ale na tyle wyraźne, aby również wampir i elf je zauważyli, na co wampir zareagował szerokim uśmiechem i wymownym, wbitym w elfa spojrzeniem. Rzecz jasna owo spojrzenie niezbyt przypadło Ezarelowi do gustu.
            - Przypominam ci, że mogę cię otruć i to tak, żeby nie było żadnych śladów – zasyczał.
            - A ty zdajesz sobie sprawę, że jeżeli wyssę z ciebie całą krew, to pół KG będzie mi pomagało z pozbyciem się twojego ciała i zacieraniem dowodów? – Nevra uśmiechnął się szerzej, obnażając długie kły. – Rzucanie groźbami, kiedy zaszło się co trzeciej spotkanej osobie za skórę, nie jest rozsądne…
            Nagle Eryka poczuła klepnięcie w ramię. Odwróciła się, spoglądając wprost w na w poły zmęczoną, a na w poły rozbawioną twarz jednorożca.
            - Chodźmy, póki są zajęci sobą – wyszeptał. – Trzeba coś zrobić z twoimi siniakami. Im dłużej zwlekamy, tym bardziej nasłuchamy się od Ewelein.
            Eryka skinęła głową i bez słowa ruszyła na jednorożcem. Przede wszystkim dlatego, że miał rację. Wyglądało na to, że Ewelin wzięła sobie za cel utrzymanie jej zdrowia na wysoko wyśrubowanym poziomie i za każdym razem, gdy widziała u niej jakiś nowy siniak, sprawiała wrażenie poirytowanej. Nawet dzisiaj rano dostała od lekarki burę za upadek ze schodów w rybie trzewia, a miała przeczucie, że i Leifanowi się oberwie, no bo przecież miał ją pilnować.
            Doceniała troskę Ewelein, ale nadopiekuńczość lekarki nie leżała jej. W końcu umiar jest potrzebny we wszystkim. W trosce, beztrosce… I w żartach. Między innymi dlatego wolała się ewakuować z pobliża Ezarela – elf sprawiał wrażenie, jakby dopiero się rozkręcał, a nie wiedziała do czego rozkręcony jest zdolny. Nie sprawiał wrażenia szczególnie delikatnego w słowach. No i niespecjalnie dopisywał jej humor, żeby bawić się w z nim i jego kumplami w przekomarzanki. Właściwie to humoru nie miała prawie w ogóle.
            Westchnęła ciężko. Wtopy były jej drugą naturą i zwykle stanowiły okazję do tego, aby się pośmiać. Rzecz w tym, że śmiech nie jest najlepszym rozwiązaniem, kiedy waży się twoja przyszłość, poza tym nawet śmiech może zmęczyć. Szczególnie, kiedy jest się obcym pośród obcych w obcym świecie i ma się zły dzień. Z rana wyrzuty Ewelein, teraz te całe egzaminy, a po przyjściu do szpitala pewnie kolejny wykład. No i na koniec, znając życie, całkowite załamanie nastroju po tym, co usłyszy od szefów Straży. Szkoda gadać. Naprawdę nie potrafiła się doczekać wieczora, żeby mieć wszystko za sobą i nie myśleć już o tym, tylko pójść spać.
Ewelein oczywiście nie była zachwycona jej kolekcją siniaków i przeciętą wargą, ale o dziwo nie grzmiała zbytnio. Prawdopodobnie głównie dlatego, że przed Eryką weszły jej „ofiary” i lekarka wiedziała, czego może oczekiwać. Mimo tego wygłosiła krótką mowę z cyklu „naprawdę mogłabyś bardziej uważać”.
            - Uwierz mi, NAPRAWDĘ nie zrobiłam tego specjalnie. – Westchnęła Eryka, gdy jej sińce zostały wysmarowane dziwnym, pomarańczowym tonikiem, a warga zasklepiona czymś w rodzaju zielonego kleju. – I uważałam. Gdybym nie uważała, nie przyszłabym tu o własnych siłach, tylko została wniesiona z poważnymi poparzeniami i złamaniem otwartym. Po prostu brak mi jakiejkolwiek zręczności i czasem trafia mnie pech, i muszę z tym żyć. Inni też… A tak właściwie czemu nie zrobiłaś z tymi siniakami tego samego, co z moimi pooperacyjnymi bliznami?
            Ewelein westchnęła, sprzątając z biurka waciki.
            - Bo metoda, której użyliśmy na tobie po operacji, jak już kiedyś wspominałam, pochłania wiele energii. Dlatego tak długo spałaś, a potem byłaś słaba jak niemowlę. Ale to nie wszystko… Abyś w ogóle przeżyła proces musieliśmy przetransportować do ciebie energię innych żywych stworzeń, które w tracie procesu zginęły… Z dwóch moogliz. To takie jakby wasze krowy. A biorąc pod uwagę, że wszystkie tutejsze stworzenia są wobec nas agresywne – Ewelein rozłożyła wymownie ręce. – Nie jest to ani łatwe do przeprowadzenia, ani bezpieczne. Z resztą i w trakcie samego procesu wiele rzeczy mogło pójść „nie tak”. Dlatego używamy metody tylko i wyłącznie w naprawdę krytycznych sytuacjach, takich jak twoja. Niestety nasza medycyna klasyczna nie jest rozwinięta tak jak ziemska i gdybyśmy ci tylko założyli szwy, prawdopodobnie nie przeżyłabyś. Szczególnie, że nie jesteś obeznana z naszymi mikrobami. Nawet gdyby nic się nie „sypnęło” zaraz po operacji, prawdopodobnie niedługo potem dopadłaby cię sepsa. Dlatego NAPRAWDĘ byłabym zobowiązana, gdybyś unikała większych niebezpieczeństw.
            Eryka mimowolnie dotknęła blizny przecinającej jej pierś. Teraz rozumiała, co bibliotekarka miała na myśli mówiąc, że ludzka medycyna jest lepsza. Być może przynosi wolniejsze efekty, ale za to jest bezpieczniejsza i pewniejsza. Mimo to uważała ton lekarki, szczególnie kryjąca się w nim pretensję, za głęboko niesprawiedliwy.
            - Doceniam wysiłek który włożyłaś… Który wszyscy włożyliście, żeby mnie postawić na nogi. Naprawdę. I naprawdę uważam na siebie. Przecież nie robię nic głupiego: nie biegam z nożyczkami, nie skaczę przez ogrodzenia, nie wypuszczam się nigdzie sama. Przestrzegam waszych zaleceń. Dzisiaj po prostu chciałam przejść ten zakichany egzamin, próbę czy co to tam nie było. I starałam się zrobić to poprawnie, uwierz nie zrobiłam z siebie idiotki dla zabawy. Po prostu nie wyszło.
            Ewelein ponownie westchnęła ciężko, tym razem robiąc przepraszająca minę.
            - Wiem, nie chciałam ci robić wyrzutów… Po prostu… Jesteś tu obca, a tym samym narażona na wiele niebezpieczeństw. Niebezpieczeństw, których ani ty, ani ja nie możemy do końca przewidzieć. Dlatego musisz mieć oczy dookoła głowy.
            - Mam, inaczej już dawno ZABIŁABYM się o własne nogi. Niestety nie jestem w stanie za wiele poradzić na to jaka jestem – mruknęła z goryczą.
            Eryka z ponurą miną opuściła gabinet, po czym udała się razem z Kero na stołówkę, żeby wciągnąć obiad. Liczyła, że chociaż jedzenie poprawi jej nastrój, ale niestety – większość specjałów serwowanych tego dnia odstraszało zarówno wyglądem jak i zapachem. W dodatku Kero potwierdził, że wszystko smakuje paskudnie, chociaż – jak zapewnił – jest bardzo odżywcze.  Nie mając większego wyboru ani kuponów żywnościowych wzięła to, co wydało jej się najmniej obrzydliwe, a co przypominało nadgniłe dozownice w sosie ze zmiksowanych trzewi zdechłego przed miesiącem szczura. Podejrzewała, że rozjechany przez tira jeż, którego zeskrobano z jezdni i upieczono na łopacie nad ogniskiem z krowiego nawozu smakuje lepiej niż to.
            Usiadła wraz z Kero przy wolnym stoliku, wzięła widelec w dłoń i ostrożnie dźgnęła „dżdżownice” sprawdzając czy te czasem nie rozlezą się na wszystkie strony. Nie rozlazły. Po chwili wahania nabrała trochę na widelec i wsadziła do ust. Natychmiast tego pożałowała, bo jedyne, co mogła powiedzieć o „potrawie” to „mogło być gorzej”.  Znaczy nie było to aż tak obrzydliwe, żeby zrezygnowała z napełnienia żołądka, ale balansowało na granicy.

Online

#74 05-08-2018 o 19h35

Straż Cienia
Methrylis
Przyjaciółka Jamona
Methrylis
...
Wiadomości: 15 210

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


No dobra, dziecko wróciło z Wooda, to może poczytać.

„Jeżeli trafisz do mojej Straży i będziesz robiła cokolwiek z palnikiem nie zajmuj stołu obok mnie dobrze?” — a gdzie się podziały przecinki? Bo ci aż dwóch tu brakuje: „Jeżeli trafisz do mojej Straży i będziesz robiła cokolwiek z palnikiem,[!!] nie zajmuj stołu obok mnie,[!!] dobrze?”

„Ezarel, wyglądał na rozbawionego” — tu z kolei nie powinno go być!

„nie uchroni cię żadna odległość. – Mruknęła” — tu z kolei jest błąd w zapisie dialogu.
„mruknęła” to kontynuacja dialogu, ponieważ stanowi jego opis. A skoro kontynuacja, to nie powinno być kropki przed myślnikiem, a „mruknęła” powinno być małą literą.

Wiem, czepiam się :< Ale dawno tego nie robiłam, a przecinki jakoś mnie zachęciły :v

„uwagę powrotem na Erykę” — ‘z powrotem’

Ale rozmowa Nevry i Eza o miłości na odległość i innych szczątkach do ukrycia to czyste złoto <3

„A biorąc pod uwagę, że wszystkie tutejsze stworzenia są wobec nas agresywne – Ewelein rozłożyła wymownie ręce. – Nie jest to ani łatwe do przeprowadzenia, ani bezpieczne.” — tutaj też popełniłaś błąd w zapisie dialogu, i to naprawdę duży. Chyba że moja interpretacja jest mylna, ale wydaje mi się, że te obie części dialogu są jedną wypowiedzią, a ‘Eweleïn rozłożyła wymownie ręce’ jest tylko wtrąceniem. Bo tak jak ty to zapisałaś, a więc z kropką po „ręce” i zaczynając kolejne zdanie od dużej litery, zdanie zabrzmi tak [bez wtrącenia oczywiście]: „A biorąc pod uwagę, że wszystkie tutejsze stworzenia są wobec nas agresywne.  Nie jest to ani łatwe do przeprowadzenia, ani bezpieczne” — przyznaj, że brzmi raczej słabo, nie? Więc, tak jak wyżej: kropkę wywalić i zacząć część po wtrąceniu od małej litery.

Hm, z tego co mówi Lein, Eryka to faktycznie delikatniusi bluszcz. Liczę na jakiś dramat z pogorszeniem się jej stanu zdrowia xd

Ok, tyle ode mnie. Czekam na kolejną część i pozdrawiam ^^

Offline

#75 10-08-2018 o 16h54

Straż Cienia
Le0kadia
Straż na szkoleniu
Le0kadia
...
Wiadomości: 218

@Methrylis - przyznaję bez bicia, że baboli nastrzelałam, co nie miara, a tekst i tak dodany po wstępnej korekcie. Nie wiem czemu tu ich tak dużo. Chyba byłam w kiepskiej kondycji pisząc, albo nie wiem co. Shit happens.
            Dramatu z pogorszeniem stanu Eryki nie będzie, a to z jednego, banalnego powodu - założenia Ewe są błędne. Czemu - top secret.

V Pierwsze decyzje (cz.7)

            - Co tu się stało? – mruknęła pod nosem, na poły do Kero, na poły do siebie. – Jakaś zemsta kulinarnych bogów czy co?
            - Prawdopodobnie Karuto, znaczy nasz szef kuchni, miał zły dzień… Dość łatwo się irytuje. Czasem zdarza się. Miejmy nadzieję, że szybko mu minie.
            - Ja też mam zły dzień, a nie funduję nikomu bycie ofiarą wojny.
            - Ofiarą wojny?
            - Tak. I to cywilną – burknęła, nabierając na widelec paskudnego czegoś. – Bo jakbyś to nazwał?  Nie wiemy o co konflikt, nie wiemy, kto go wszczął, nie jesteśmy z nim związani, a obrywamy. Oddziały paskudnego żarcia przybyły  siać terror na naszych językach, a niewykluczone, że i palić kiszki.
            Kero zachichotał, niepomny na jej ponurą minę. Wyglądał na szczerze rozbawionego.
            - Ale jakoś widelcem wachlujesz – mruknął, po czym skrzywił się przełykając łyżkę burej zupy, którą wziął. – Chociaż muszę przyznać, że tym razem Karuto naprawdę… – kaszlnął. –  To jest straszne.
            - Kolejna straszna rzecz tego dnia, oby się skończył jak najprędzej.
Mężczyzna uniósł brwi, spoglądając na nią łagodnie.
            - Chodzi o egzaminy? – zapytał. – Jeżeli tak, to nie przejmuj się. Każdy może mieć gorszy dzień, szefowie to wiedzą. Poza tym na moich testach poszło ci całkiem nieźle. Nie mogę za dużo powiedzieć, bo to wszystko musi być oficjalnie, ale nawet Ykhar była pod wrażeniem, a jej nie łatwo zaimponować.
            - Tylko szkoda, że moja niezgułowatość eliminuje mnie na wejściu z dwóch Straży, a z trzeciej kompletna nieznajomość i brak magii. Poza tym ogólnie jestem jakaś-taka zmęczona. Ciągle myślę tylko o powrocie do domu, planuję jak to rozegrać, a tu nagle zderzam się ze ścianą. Nie potrafię przejść niezbyt skomplikowanego testu sprawnościowego, a nawet strach mnie wypuścić na miasto, żebym nie wpadła pod rower, nie została ścięta z nóg przez stukniętego kurczaka albo nie wylądowała w rybich flakach…
            - Kurczaka? Rybich flakach? – Kero zamrugał. – Nic o tym nie wiem…
            Ciężko wzdychając, streściła mu wczorajsze wydarzenia. Zwykle, chociaż może to zabrzmieć dziwnie, lubiła rozmawiać o swoich wpadkach, bo dzięki ogromnemu dystansowi do siebie bawiły ją tak samo jak innych. Jednak nie teraz. Teraz dopadło ją przygnębienie. Przygnębienie będące efektem nie tylko egzaminu, ale też długotrwałego stresu, ciągłego robienia dobrej miny do złej gry i nieustannej niepewności. Dlatego też ograniczyła historyjkę do minimum, ale jej talent komediowo-narratorski i tak pokazał pazur. Kero przez chwilę walczył z rozbawieniem, ale w końcu nie wytrzymał i parsknął tłumionym śmiechem. Bynajmniej nie czuła się tym podbudowana.
            - To niesamowite – mruknął. – Leifan przegrywający z kurczakiem i Leifan w rybich flakach. Nie sądziłem, że dożyję podobnej opowieści.
            - Nie rozumiem…
            - Ech… - Kero spojrzał na nią z szerokim uśmiechem. – Otóż Leifan ma niezwykłą umiejętność. Dzięki swojemu obyciu, manierom i delikatności potrafi oczarowywać innych. Zdobywać zaufanie, sprawiać, że czują się swobodnie w jego towarzystwie. Wiele kobiet podkochuje się w nim. A tu nagle jego urok osobisty szlag trafia pierw przez kurczaka, a potem przez rybie flaki.
            - Nie lubisz go? – Eryka spojrzała na Kero badawczo.
            - Nie, skąd. Po prostu zastanawia mnie, co sobie teraz myśli, w końcu podobna sytuacja musiała być dla niego niemałym zaskoczeniem. Podobnie zareagowałbym, gdyby ktoś zagiął w pyskówce Ezarela, albo sprawił, że Nevra spłonie rumieńcem wstydu… No, może przy Ezarelu miałbym do tego sporo satysfakcji. – Zachichotał. – Leifan to świetny strażnik i dobry współpracownik. Bystry, bezkonfliktowy, uprzejmy. Po prostu jego urok na mnie nie działa… Mam opory, żeby się otworzyć przed kimś, kogo naprawdę dobrze nie znam. Dlatego chociaż lubię i szanuję niemal wszystkich strażników, to chyba tylko Ykhar mógłbym nazwać ze spokojem swój przyjaciółką. Tylko ona wie o mnie prawie wszystko.
            - Rozumiem. Masz do Leifana podejście tak jakby z zewnątrz.
            - Właśnie tak.
            Zamyśliła się. Czy dostała się pod urok Leifana, wtedy na wycieczce po mieście? Chyba nie. Raczej czuła się przy nim ociupinkę dziwnie… Traktował ją prawie jak księżniczkę, do czego nie była przyzwyczajona i z czym niezbyt potrafiła sobie poradzić, podobnie jak z zalotami Nevry. Chociaż musiała przyznać, że jego uprzejmość znalazła jej uznanie. Czy powiedziała mu za dużo? Nie, szczególnie, że nie miała niczego do ukrycia. No, może poza paroma wpadkami z przeszłości. Tymi, które nie kwalifikowały się do tego, aby o nich opowiadać gdziekolwiek i kiedykolwiek. Na przykład o dniu, kiedy po raz pierwszy dostała miesiączki, czysty koszmar… Unikała nawet myślenia o tym, a co dopiero mówienia.
            Tak, zdarzeń oznaczonych etykietką „czysty koszmar” miała na kącie z kilkanaście i o większości z nich nie wiedziały nawet jej przyjaciółki, a Eddie była regularnie ostrzegana, że jeżeli komukolwiek o nich powie, to czeka ją okrutna zemsta. Niestety Eryka obawiała się, że ogłoszenie wyników egzaminów dołączy do „czystych koszmarów”, a w dodatku wieści o wszystkim rozniosą się po całej Kwaterze Głównej. Co prawda nie była faery, tylko człowiekiem, więc przypuszczała, że ma jakąś-tam taryfę ulgową, ale wolała na niej nie polegać. Dlatego też, gdy dotarła pod drzwi Małej Salki Zebrań, jej serce waliło jak młotem, a w głowie kłębiły się tysiące obaw.
            - Będzie w porządku – mruknął Kero, klepiąc ją po ramieniu.
            Zerknęła na niego, po czym z ciężkim sercem weszła do sali.
            W kwadratowym pomieszczeniu o krwiście czerwonych ścianach czekali na nią szefowie Straży, ich zastępcy, Leifan i paru innych, nieznanych jej członków Lśniącej Straży, z których nikogo nie rozpoznawała. Generalnie dużo większe zebranie niż w trakcie testów, co sprawiało, że czuła się jeszcze bardziej niepewnie. Fakt, że zasiadający przy długim stole szefowie Straży mieli poważne i nieodgadnione wyrazy twarzy, również nie poprawiał jej nastroju.
            - Siadaj – nakazała Oogle, wskazując krzesło stojące naprzeciw ich stołu. Czatujący pod ścianami obserwatorzy wbijali w nią wiercące spojrzenia.
            Zgodnie z poleceniem usiadła i spojrzała wyczekująco na aviak, ale to nie ta przemówiła tylko Kraval, z którego nieco opuchniętego nosa wystawał strzęp okrwawionej tkaniny. Jednak nie wyglądał, aby w ogóle pamiętał o nosie. Zamiast tego patrzył na nią jak przysłowiowy pies na jeża.
            - Naprawdę  nietypowa z ciebie persona panno Eryko, a przynajmniej tak wynika z zebranych przez nas danych. – Mruknął, gładząc kciukami arkusz papieru trzymany w przypominających serdelki palcach. – Teoretycznie całkowicie położyłaś część egzaminu, która miała zbadać twoje predyspozycje fizyczne… Zresztą prawdopodobnie sama sobie zdajesz z tego sprawę…
            Eryka zdawała sobie z tego sprawę i to aż do bólu. Zarówno dosłownie jak i w przenośni.
            - … Teoretycznie. Co prawda udowodniłaś wszem i wobec, że brak ci zarówno zręczności jak i siły, ale twoja szybkość reakcji jest niewiarygodna. Uchwyciliśmy to dopiero po przeanalizowaniu wszystkiego na spokojnie. Wygląda na to, że reagujesz na bodziec natychmiast po jego pojawieniu się, szybciej nawet niż twoje ciało potraf przygotować się do tej reakcji. To częściowo tłumaczy twój brak zręczności, a także to, jakim cudem, mimo tylu upadków niczego sobie nie złamałaś. Niefortunnie na chwilę obecną nie wiemy jak to wykorzystać, bo niestety innych predyspozycji na wojownika, łowcę czy szpiega nie masz żadnych. Przynajmniej pod względem fizycznym, bo jeżeli chodzi o szeroko pojęte kwestie umysłowe jak inteligencja, inteligencja emocjonalna czy hart ducha wygląda na to, że spisywałabyś się świetnie w każdej ze Straży. Prawdopodobnie. Otóż niektóre twoje odpowiedzi wykraczają poza schemat i nie bardzo wiemy, jak je interpretować, ale jednocześnie pokazują, że potrafisz patrzeć na wiele spraw pod zupełnie innym kątem niż wszyscy. To cenna umiejętność, chociaż może być też zgubna. – Umilkł i  przez chwilę przypatrywał się Eryce w milczeniu. Były to dla niej istne katusze. – W każdym razie, jedyną słuszną decyzją wydaje się umieszczenie cię w Absyncie. Tam nie narazisz się, a przynajmniej nie powinnaś, na bezpośrednie niebezpieczeństwo urazów. W dodatku umiesz myśleć logicznie i wykazujesz się dużą  starannością. Zatem od dzisiaj trafiasz pod skrzydła Sabaka – tu wskazał na goblina, który skłonił się lekko. – Aczkolwiek nie oznacza to, że wobec ciebie zostanie zaniechany trening fizyczny. Wysoce zalecanym jest, aby każdy strażnik potrafił posługiwać się bronią, a i obywatele powinni potrafić się obronić. Eldarya nie jest bezpiecznym światem, a w dodatku żyjemy w niebezpiecznych czasach.
            Szybka wymiana spojrzeń i głos przejął Sabak, spoglądający na nią z czymś w rodzaju łagodnego zaciekawienia.
            - W związku z przydziałem otrzymasz dostęp do pomieszczeń, do których wstępu nie mają inne Straże jak Świetlica Absyntu, podziemne laboratoria, Sala Eksperymentalnych Zaklęć i tym podobne, jednak na razie, ze względu na swój status rekruta i tak będziesz musiała meldować odwiedzenie któregokolwiek z tych miejsc… Za wyjątkiem Świetlicy rzecz jasna. Kwatera Główna jest wyposażona w parę miejsc, gdzie wszyscy strażnicy mogą wspólnie spędzać czas, w tym Wielką Bawialnię, jednakże każda Straż posiada własną świetlicę, która ma za cel zacieśniać więzi pomiędzy jej członkami. Prócz tego, że to miejsce odpoczynku, jest też miejscem wymiany informacji wewnętrznych danej Straży i obwieszczania wewnętrznych ogłoszeń, dlatego dobrze byłoby, gdybyś zaglądała tam przynajmniej raz dziennie. Jutro przeprowadzimy na tobie test magii, żeby sprawdzić czy posiadasz czarodziejski potencjał, a jeżeli tak, to jak bardzo rozwinięty. To standardowa procedura w przypadku przystąpienia do którejkolwiek Straży, ma za cel pomóc przydzielić cię do konkretnego, wewnętrznego oddziału. Do twojego pokoju zostanie dostarczony komplet umundurowania, a także, ze względu na to, że przybyłaś tu tylko z  tym, co miałaś na sobie, dodatkowa odzież. Poza tym również notatniki i przybory do pisania, o które prosiłaś, a także ogólne plany Kwatery Głównej, cytadeli i miasta, które, miejmy nadzieję, pozwolą ci się nie zgubić. Rzecz jasna dostaniesz też kupony żywnościowe oraz podstawowe środki czystości. Te wydajemy co miesiąc. Jeżeli coś zużyjesz przedwcześnie, będziesz musiała uzupełnić braki ze swojego żołdu albo zdać się na samą gorąca wodę. Żołd będzie ci naliczany od jutra, wypłacamy go w postaci tygodniówek. Na razie byłoby wysoce zalecanym, gdybyś nie wypuszczała się na własną rękę na miasto. W razie potrzeby będzie towarzyszył ci jeden z twoich… - Goblin zawahał się. Powoli jego wargi ułożyły się w ciut ironiczny uśmiech. – Jeden z twoich opiekunów ewentualnie Kero bądź Ykhar, jeżeli znajdą czas, bądź ktoś równie kompetentny. Coś jeszcze? Ach tak… Twoi opiekunowie poinformowali mnie, że skończyli remontować pokój dla ciebie, aczkolwiek lepiej, żebyś nie zaglądała tam przed wieczorem, opary farby jeszcze się wietrzą. Jednak już dzisiaj będziesz mogła w nim spać. Jakieś pytania?
            Eryka spojrzała na niego unosząc brwi. Czy miała pytania? Całe mnóstwo. Tylko jakoś żadne z nich nie przychodziło jej do głowy.
            - Obecnie czuję się nieco przytłoczona nawałem informacji i mam pustkę w głowie. Ale znając życie, mnóstwo rzeczy przyjdzie mi na myśl, jak tylko wyjdę z tej sali.

Online

Strony : 1 2 3 4